Ahora sé que la tierra es el cielo || Capítulo 21
Tytuł: „Ahora sé que la tierra es el cielo” („Teraz wiem, że ziemia jest niebem”)
Gatunek: Romans, Dramat, Psychologiczny, Obyczajowy, Fanfiction
Pairing: Leonetta (Leon & Violetta)
Czas akcji: Rok 2014/2015 (wraz z rozpoczęciem opowiadania - t.j. 1 rozdział - 17 marca 2014)
Miejsce akcji: Buenos Aires, Argentyna; epizodycznie inne miasta/kraje
Opis: Violetta żyje w swoim własnym, idealnym świecie. Jednak przez jeden wypadek wszystko drastycznie się zmienia. Jak dotąd zawsze radosna i pogodna dziewczyna popada w ciężką depresję. Jakiś czas później do miasta wraca jej były najlepszy przyjaciel - Leon. To, co zastaje w jej domu jest wręcz… okropne. Czy uda mu się odbudować perfekcyjny świat Violetty oraz to, co kiedyś ich łączyło?
Informacje: Wydarzenia mające miejsce w opowiadaniu nie opierają się na wydarzeniach z serialu. Jest to alternatywna rzeczywistość; wszystko oprócz postaci i miejsc jest fikcją literacką.
Ostrzeżenie: W opowiadaniu będą pojawiać się: wulgarny język, trudne tematy, a także sceny +16.
Od autorki: Przepraszam za trzy tygodnie bez rozdziału, ale starałam się jak tylko mogłam i mam nadzieję, że się wam spodoba. :) Jestem po raz kolejny z siebie dumna za ilość haha. Myśli, wspomnienia bohaterów, etc. oznaczone są pogrubioną czcionką/kursywą! Enjoy! :) x
Za kilka minut będzie wpół do dwudziestej drugiej, czyli godzina, gdy Leon codziennie pisze mi sms na dobranoc. Jestem ciekawa, czy dziś też to zrobi, ale biorąc pod uwagę naszą ostatnią rozmowę przez telefon… To raczej niemożliwe. Chociaż to nadal Leon i… to nadal mój Leon.
Co z tego, że “twój” Leon, skoro go skrzywdziłaś.
Wcześniej myślałam o tym, co mu odpiszę, jeśliby jednak do mnie napisał. Ale z każdą kolejną chwilą coraz bardziej wątpiłam, że to zrobi i wątpię do teraz. Nawet nie wiem, dlaczego się tym aż tak przejmuję. Przecież od kilku dni co chwilę mówię mu tylko to, by się do mnie nie odzywał, bo i tak nie zmienię zdania i nie mam ochoty na rozmowę z nim. A on mimo wszystko próbuje…
Może wreszcie, po rozmowie z Fran, powoli dociera do ciebie, że to było złe i tylko sprawiłaś mu przykrość? Ogromną.
Rozmawiam sama ze sobą, czy można upaść jeszcze niżej? Tyle, że druga ja jest mądrzejsza od tej prawdziwej mnie…
Mijają dwie minuty od godziny, w której powinnam dostać wiadomość od niego. Przez ostatnie kilka dni było w niej jedynie krótkie “dobranoc” lub “słodkich snów”, a ja zwykle po prostu ignorowałam te słowa. Oboje zachowywaliśmy się tak z wiadomych względów.
Ale dziś jest całkiem inna sytuacja. Wcześniej zbywałam go, ale on ciągle próbował, próbował i próbował… Dzisiaj również spróbował, a ja raczej przegięłam.
Nie mogę przestać myśleć o tym, co powiedziała mi Francesca. Płakał. Ostatni raz widziałam maleńkie łzy w jego oczach, kiedy mówił mi już który raz z kolei, że przeprasza, że się we mnie zakochał, ale nie potrafi nic z tym zrobić i to go boli. Bo zamiast mnie pocieszać, to mówi, że mnie kocha. A to było kilka miesięcy temu. Propo tego - płakał, bo mówił, że mnie kocha, a ja teraz odpierdalam takie głupoty…
Zastanawiam się nad tym, co w tej chwili robi Leon. Może śpi, chociaż to za wcześnie jak na niego. Ale gdy człowiek chce uciec od problemów chociażby na chwilę, to potrafi zasnąć o każdej godzinie. Albo może przepisuje od kogoś dzisiejsze lekcje? Nie przyszedł dziś do szkoły.
Przez ciebie. Pomyśl też o tym, że może płakać i starać się wyrzucić ciebie ze swojej głowy.
Przewracam oczami , gdy co chwilę słyszę w głowie te beznadziejne myśli. To mi w niczym nie pomaga, tylko jeszcze bardziej miesza. Ale z drugiej strony wiem, że jest w tym wiele prawdy.
Spoglądam na mój telefon, leżący na łóżku obok mojej nogi. Po paru sekundach sięgam do niego ręką i odblokowuję go. Żadnych nowych wiadomości. Wzdycham głośno. Jest już prawie za dwadzieścia dziesiąta. W końcu biorę go do ręki, wchodzę w wiadomości i postanawiam sama do niego napisać.
Chyba też muszę pokazać, że mi jednak zależy. Nadal. Chyba.
Heh, tradycja musi nią zostać mimo wszystko :)
Nie płacz już dzisiaj, przepraszam
- Kto przeczyta swoje zadanie? Może Leon? - Nauczycielka historii patrzy w stronę chłopaka, przez co mój wzrok automatycznie tam wędruje.
Kolejny raz tego dnia czuję ukłucie w sercu. Zwykle siedział ze mną i uśmiech nie znikał mu z twarzy. Mimo to i tak starał się słuchać uważnie nauczycielki, bo historia nie wchodziła mu zbyt łatwo do głowy. A teraz od samego rana jest w swoim własnym świecie. Smutnym świecie. Na jego miejscu pewnie zostałabym w domu, a najlepiej w łóżku, ale nie narzekam na to, że przyszedł. Właśnie bardzo dobrze, mój plan może wyjść dobrze. Może…
Pani Rodriguez wstaje z obrotowego krzesła, robi kilka kroków i staje tuż przed pierwszą ławką stojącą przy oknie, w której siedzi chłopak. Ma lekko pochyloną głowę i wpatruje się w ławkę pustym wzrokiem. Podpiera głowę na dłoni i z tego, co zauważyłam - kompletnie niczego nie ogarnia.
- Leon, co się dzieje? - ponownie zwraca się do niego i dotyka jego ramienia, by zwrócił na nią swoją uwagę.
Opiera się o parapet, a ten powoli unosi głowę, by spojrzeć na kobietę. Otwiera usta, by coś powiedzieć, ale szybko zamyka je i wpatruje się w jego oczy. Nie mam pojęcia, co tam zauważa, ale mówi tylko, by został na chwilę po lekcji i odchodzi do swojego biurka. A szatyn znowu opuszcza wzrok na ławkę i w ułamku sekundy wraca do swojego świata. W ogóle nie przejmuje się tym, że jest lekcja i tym, co się dzieje dookoła.
- To w takim razie zadanie domowe przeczyta Lauren. Tylko swoje, ze swojego zeszytu, a nie od koleżanki, dobrze? - patrzy na nią wymownie i to ostatnie, na co zwracam uwagę, bo mój wzrok ponownie wędruje do chłopaka siedzącego na drugim końcu sali.
Nigdy nie widziałam go w takim stanie, a świadomość, że jest w nim przeze mnie… to mnie przerasta i boli. Bardzo. A jeśli mnie bardzo boli to, że widzę, jak jest smutny i zamknięty w sobie, to w jakim stopniu w tym momencie musi boleć jego?
Od tygodnia nie widziałam jego uśmiechu. To boli najbardziej.
Patrzę na niego i patrzę… Widzę to, jaki spokojny jest. Że nawet się nie ruszy. Nie odgarnie grzywki niemalże wpadającej mu do oczu. Nie podniesie długopisu, który sturlał się po ławce i upadł na podłogę. Można nawet powiedzieć, że nie ma zamiaru oddychać, ale jeśli się dobrze przypatrzeć - robi to. Bo musi. Albo może nawet tego nie kontroluje. Nie oddycha, by żyć. Oddycha, by oddychać. Po prostu.
Gdy tak się w niego wpatruję, sama się uspokajam. Uspokajam się do tego stopnia, że przestaję słyszeć jakiekolwiek dźwięki z zewnątrz. Jedynie nieco przyspieszone bicie serca, które stopniowo zwalnia i normuje się oraz miarowy, delikatny oddech. Zaczynają zamykać mi się oczy i muszę podeprzeć głowę dłonią, by nie zasnąć za chwilę na ławce.
- Castillo, nie śpij - poucza mnie nauczycielka, przechodząc obok mojej ławki. - Jesteśmy na lekcji, a o ile dobrze pamiętam, lubisz historię i w jakimś stopniu się nią interesujesz, więc proszę cię, byś słuchała. A jeśli masz zamiar spać, to możesz wyjść, proszę bardzo. Tylko wpiszę ci nieobecność i na następnej lekcji będziesz pisać kartkówkę z tego tematu.
Przez chwilę zastanawiam się, co ją znowu ugryzło. Często zdarza się tak, że co chwilę ma inny humor, ale jeszcze przed chwilą zachowywała się dość normalnie, a dla Leona była wyjątkowo miła i pozwoliła mu się kompletnie nie interesować lekcją.
- Nie, nie. Po prostu… Jestem strasznie zmęczona, bo nie spałam całą noc. Myślałam o osobie, którą wciąż bardzo kocham i równie bardzo ją skrzywdziłam. I staram się to naprawić. Przepraszam.
Nauczycielka już się nie odzywa. Jedynie patrzy na mnie przez parę sekund, a później na Leona.
Pewnie od razu połączyła te informacje w całość. Wzdycha przeciągle i wraca do swojego biurka.
Jeszcze na chwilkę odwracam wzrok od niej i zerkam na Leona. Widzę, jak lekko przekręca głowę w bok, by spojrzeć na mnie kątem oka. Może myśli, że nie widzę tego, ale nasze oczy się spotykają i wtedy czuję, że motyle w moim brzuchu budzą się i są gotowe do lotu.
Po dzwonku na przerwę wszyscy od razu podnoszą się ze swoich miejsc, pakują szybko książki do toreb lub plecaków i kierują się do wyjścia z klasy. Byleby tylko jak najszybciej wyjść. W przeciwieństwie do nich, mi wcale się nie spieszy. Poza tym chcę zaczekać na Leona, by z nim porozmawiać. Przerwa trwa piętnaście minut, więc może się uda.
Zakładam plecak na jedno ramię i wychodzę z sali, w międzyczasie spoglądając na chłopaka. Nadal siedzi na swoim miejscu, jakby zupełnie nie zauważył, że lekcja już się skończyła i wszyscy wyszli. Przekraczam próg i mam zamiar iść do miejsca, gdzie mamy kolejną lekcję, by tam na niego poczekać, ale przypominam sobie, że pani Rodriguez chciała porozmawiać z nim po lekcji.
Staję za ścianą tak, by nie było mnie widać i czekam. Nie powinnam podglądać, a tym bardziej podsłuchiwać, ale chcę wiedzieć, czy nie stało się coś jeszcze. Mimo wszystko wolałabym być jedyną przyczyną jego dziwnego zachowania.
- Leon, co się dzieje? - pyta w końcu nauczycielka, podchodząc do jego ławki, po czym przez dotknięcie jego ramienia, przywraca go do żywych.
- Nic - odpowiada po chwili, wstaje i bierze swoją torbę do ręki, po czym stawia ją na ławce. Schyla się po długopis, który wcześniej spadł z jego ławki i przeleżał całą lekcję na podłodze. Byle jak wrzuca książki do torby i zawiesza ją sobie na ramieniu.
- Jak to nic? Widzę, jak się zachowujesz i dzisiaj nie jest tak pierwszy raz. Coś musiało się stać, tak?
- Problem jak każdy inny. Może z czasem będzie lepiej, nie wiem. To nieważne, nie będę pani zamęczać swoimi sprawami. - Uśmiecha się do niej lekko i robi krok w stronę wyjścia z klasy. - Sam sobie z tym poradzę - dopowiada niepewnie, jakby wiedział, że wcale tak nie będzie, ale chciał zapewnić, że nie potrzebuje niczyjej pomocy.
- Dobrze, skoro tak uważasz, to nie będę się narzucać. Ale pamiętaj, że zawsze możesz zwrócić się do mnie lub do jakiegokolwiek innego nauczyciela o pomoc. Między innymi po to tutaj jesteśmy - odpowiada zbyt miło jak na nią i uśmiecha się do niego pocieszająco.
Leon idzie w stronę drzwi i znajduje się coraz bliżej nich, więc szybko odchodzę na bezpieczną odległość, żeby nie zauważył, że przez całą ich rozmowę stałam przed wejściem i podsłuchiwałam. Zatrzymuje się po kilku krokach i ponownie odwraca w stronę nauczycielki.
Może się rozmyślił i powie jej wszystko.
- I przepraszam za to, że olałem całą dzisiejszą lekcję… Nadrobię to i postaram się już aż tak nie wyłączać - tłumaczy, po czym robi jeszcze dwa kroki i znajduje się na korytarzu.
Stoi w odległości kilku metrów ode mnie i spogląda na mnie. Widzę po nim, że przez chwilkę zastanawia się, czy do mnie podejść… ale w końcu rezygnuje, a jego mina w parę sekund znowu jest pełna smutku. Opuszcza głowę i powoli odchodzi w przeciwną do mnie stronę.
- Przytulić cię, misiu? - pyta pewnie brunetka, na co kiwam głową.
Ona uśmiecha się do mnie, przyciąga do siebie i mocno obejmuje swoimi chudziutkimi, delikatnymi ramionami. Gdy czuję jej uspokajający dotyk na swoich plecach, od razu rozluźniam spięte od samego rana mięśnie. Spięte przez zdenerwowanie, stres, smutek. Przez wszystkie negatywne emocje, których z całego serca nienawidzę i chcę się ich pozbyć, ale… nie potrafię. Jedynie Violetta może to zrobić. Zabrać je ode mnie i wyrzucić daleko, daleko stąd, by już nigdy nie wróciły. Może to głupie, że tak myślę, ale to prawda. Bo kochałem ją, kocham i będę kochał najbardziej na świecie. I wiem, że nic ani nikt nigdy tego nie zmieni.
- Kocham, gdy nazywasz mnie misiem - przyznaję szczerze, a na moją twarz wkrada się lekki uśmiech, który dziewczyna natychmiast odwzajemnia. Ale jej uśmiech jest większy i szczerszy, niż mój.
- Bo jesteś misiem. Takim do przytulania. Ale tylko ja mogę cię przytulać, żebyś sobie czegoś nie pomyślał. Jeszcze będę zazdrosna, pff. - Po chwili milczenia śmieje się cicho, a kąciki moich ust ponownie unoszą się ku górze. - Cieszę się, że potrafię poprawić ci humor i że się uśmiechasz.
- A ty jesteś słodka. I też się cieszę, że poprawiasz mi humor i że przez ciebie się uśmiecham.
- Skąd wiesz, że jestem, próbowałeś? - Spogląda na mnie rozbawionym wzrokiem, a ja po chwili namysłu nachylam się i całuję ją w policzek.
- Słodziaku - stwierdzam krótko, czym wywołuję jej uśmiech.
- Długo jeszcze mam cię tak przytulać, hm? - odzywa się po parunastu sekundach ciszy. - Nie to, że nie chcę, ale tak pytam.
- Jak policzę do trzech, to możesz przestać, okej? - Kiwa delikatnie głową, a ja zaczynam liczyć. - Jeden… Dwa… Dwa… Dwa…
Nie przestawaj mnie przytulać, potrzebuję tego.
- Dobrze, rozumiem, że nie potrafisz liczyć do trzech? Poczekam, aż się nauczysz, a do tego czasu będę cię przytulać.
Kładę brodę na jej ramieniu i przytulam się do niej nieco mocniej. Stoimy tak pośrodku korytarza, przytulając się, na co uśmiecham się w duchu. Francesca mogłaby robić teraz o wiele ciekawsze czy ważniejsze rzeczy, ale jest ze mną i po prostu mnie przytula, bo nie chce, żebym się smucił i w dodatku sam. Od wczoraj ciągle tylko pyta, jak się czuję, czy już chociaż trochę lepiej, czy może mi jakoś pomóc albo czy chcę, żeby mnie przytuliła. Taka przyjaciółka, to najlepsze, co może spotkać człowieka.
Zauważam, że Violetta wychodzi z jakiejś sali i ledwo o tym pomyślę, a ona spogląda na mnie i Francescę. Z początku wydaje mi się, że jedynie się rozgląda i tak po prostu zatrzymała na nas wzrok, ale staje się w miejscu i patrzy na nas uważnie przez dłuższą chwilę. Wygląda, jakby była zła, może coś się stało. Chciałbym móc do niej podejść, przytulić ją i upewnić się, że wszystko jest jednak w porządku. A później zobaczyć jej uśmiech, który widziałbym już do końca dnia w swoich myślach.
Posyłam jej smutne spojrzenie, gdy nasze oczy się spotykają i widzę, że cała jej złość ulatuje. Patrzy na mnie zmieszana przez kilka sekund, po czym otrząsa się, szybko odwraca wzrok i odchodzi.
A ja nadal się w nią wpatruję, czym odprowadzam ją do klasy od muzyki, póki nie znika za zamykającymi się drzwiami.
Dlaczego ta cała sytuacja musi być taka dziwna, pogmatwana. Taka, że niczego nie rozumiem i nie wiem, co robić.
Chciałbym potrafić zebrać w sobie wystarczająco dużo odwagi, by wstać z tej niewygodnej ławki, podejść do niej i najzwyczajniej w świecie porozmawiać oraz postarać się wszystko wyjaśnić. Ale nie potrafię i nawet chyba nie ma co zbierać, bo nie mam w sobie nawet grama odwagi. Inaczej mówiąc, boję się. To cholernie głupie i dziecinne, ale boję się, bo ciągle mam wrażenie, że mógłbym powiedzieć czy zrobić coś nie tak i wszystko bym zepsuł. A nie chcę psuć tego bardziej. Zależy mi na niej, strasznie i to od dawna. Można powiedzieć, że od momentu, kiedy poznaliśmy się nieco bardziej i zaczęliśmy rozmawiać częściej niż raz na parę dni. I dłużej. Mam na myśli to, że z dnia na dzień chcieliśmy wiedzieć o sobie więcej i uwielbialiśmy przebywać w swoim towarzystwie.
A niedługo później zakochałem się w niej po uszy i nie wiem, co było gorsze - nie powiedzenie jej tego przez tak długi czas czy może nawet sam fakt, że ją kochałem. I że wciąż ją kocham, od momentu kiedy zaczęliśmy patrzeć na siebie z uśmiechem przez kilka sekund dłużej, niż zwykle. Może gdybym jej powiedział, gdyby się dowiedziała, to dziś byłoby zupełnie inaczej. Mogłoby być lepiej. Ale z drugiej strony mogłem ją stracić i to byłoby najgorsze. A może najlepiej jest tak, jak jest.
Unoszę głowę, przez uczucie, że ktoś wbija we mnie wzrok od dłuższej chwili. Jestem pewien, że to Francesca i dałbym sobie rękę uciąć, że mam rację, ale kilka metrów przede mną nie stoi ona, lecz Violetta. Opiera się ramieniem o ścianę i po prostu mi się przygląda. Szybko odwracam wzrok. W pobliżu nie ma nikogo i jest dość cicho, przez co zrobiło się niezręcznie.
Mija kilkanaście sekund i żadne z nas nie podejmuje kolejnego kroku. Słyszę tylko przyspieszone bicie swojego serca oraz czuję jej palący wzrok na sobie. Wydaje mi się, że chce iść do swojej szafki, ale nie robi tego, bo ja tu jestem… W chwili, gdy mam zamiar wstać i odejść, w głowie pojawia mi się myśl, że to nie ma sensu. Nie ma sensu unikać się i uciekać jak najdalej od siebie, bo jeśli nadal oboje będziemy tak robić, to nie dojdziemy do żadnego porozumienia. A przecież nie o to tu chodzi, prawda?
Kątem oka widzę, że w naszą stronę idzie dziewczyna z naszej klasy. Nie pamiętam w tej chwili jej imienia, jest nowa w szkole i rzadko kiedy odzywa się na lekcjach czy nawet poza nimi. Ale jak widać Viola doskonale pamięta jej imię, bo ciągnie ją delikatnie za ramię i uśmiecha się do niej. Rozmawiają przez chwilę o tym, jaka jest kolejna lekcja, w której sali, czy usiądą razem… A później - wciąż ciągnąc rozmowę - obie podchodzą do swoich szafek, które zresztą mieszczą się tuż obok siebie. A także dość blisko mnie.
Odsuwam się trochę bardziej w róg pomieszczenia, przez co jestem może o pięć centymetrów dalej od Violetty.
Ponownie spoglądam na nie i kąciki moich ust delikatnie unoszą się do góry, gdy widzę uśmiech Violi. Twój uśmiech jest moim uśmiechem - powtarzałem zawsze, gdy była smutna, a wymagała ode mnie, bym się nie przejmował i rozweselił.
- Co dostałaś z kartkówki z historii muzyki? - pyta Violetta, próbując otworzyć swoją szafkę od dobrej minuty, jeśli nie dwóch.
- Jakiej kartkówki? - Dziewczyna stojąca obok niej odpowiada jej pytaniem na pytanie. Właśnie też się zastanawiam, o jaką kartkówkę jej chodzi, bo ostatnio żadnej nie było, aż do głowy przychodzi mi myśl, że Viola po prostu nie wie, co powiedzieć, a ze względu na mnie chce uniknąć ciszy i wymyśliła cokolwiek, o czym mogłyby porozmawiać.
- Oj no ta ostatnia, co była… Przecież wiesz, o którą mi chodzi. - Macha ręką na znak, że już nieważne, po czym szarpie za drzwiczki od szafki, przez co wreszcie udaje jej się ją otworzyć. Na jej usta wkrada się delikatny, zwycięski uśmiech i wygląda wtedy tak cholernie uroczo.
Szatynka bierze do ręki swój fioletowy pamiętnik, który ma, od kiedy tylko pamiętam, a znam ją już dość długo. Przekłada go szybko w drugą dłoń i głośno zamyka szafkę, nieco zagłuszając tym dźwięk dzwonka oznajmiający początek lekcji. Przekręca kluczyk i już po chwili znajduje się kilkanaście kroków ode mnie, ciągnąc delikatnie za ramię koleżankę. A ja wciąż na nią patrzę, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje wokół mnie - zbierających się pod drzwi klas uczniów, chodzących w tą i z powrotem nauczycieli oraz hałasu, który spowodowany jest rozpoczęciem kolejnej lekcji. Patrzę na nią i zastanawiam się, co mógłbym zrobić, by było między nami dobrze. I czy w ogóle to, co bym zrobił, byłoby dobre.
Odwracam wzrok od dziewczyny, gdy znika w grupie osób wchodzących do środka sali, a moją uwagę przykuwa kartka leżąca na podłodze. Wstaję z ławki i widzę, że ta kartka, to zdjęcie. Jest na nim Viola ze mną. Uśmiechnięci, szczęśliwi, nie przejmujący się tym, co może stać się za chwilę lub jutro. Cieszący się tym, co trwa właśnie w tej chwili i sobą. Uśmiecham się delikatnie przez to i schylam się, by podnieść zdjęcie. Pewnie wypadło z pamiętnika Violetty, gdy go wyciągała.
W pierwszej chwili chcę schować je do kieszeni swoich spodni, ale rozmyślam się, gdy spoglądam na szafkę dziewczyny, z którą tak się przez chwilą męczyła. Wsuwam do środka zdjęcie przez przestrzeń między drzwiczkami i ścianką i gdy upewniam się, że jest już bezpiecznie na swoim miejscu - odchodzę.
- Violu, już jesteś gotowa?
Unoszę głowę, by spojrzeć na Pablo, rozmawiającego z Violettą. Ma za chwilę zaśpiewać piosenkę, którą napisała ostatnio i nie mam pojęcia, dlaczego, ale mam dziwne przeczucie, że będzie w niej coś o mnie. Kilka razy pisała ją przy mnie i ciągle przyłapywałem ją wtedy na spoglądaniu na mnie i uśmiechaniu się pod nosem.
To był najsłodszy widok na całym świecie.
Przenoszę wzrok na dziewczynę, stojącą już na scenie przy mikrofonie i uśmiecham się niekontrolowanie na ten widok. Jest w swoim żywiole, który sprawia, że jest szczęśliwa. A to w sumie wystarcza do tego, bym ja też był troszeczkę szczęśliwy.
Wokół rozbrzmiewają pierwsze dźwięki piosenki i już po chwili dołącza do nich głos Violetty. Staram się, jak tylko mogę, ale za nic nie potrafię ukryć delikatnego uśmiechu, kiedy śpiewa. I kiedy podczas tego patrzy na mnie, a ja mam wrażenie, jakby dookoła mnie nie było nikogo innego, tylko ona. I jakby śpiewała jedynie dla mnie.
Chciałabym zacząć od nowa
Viola opuszcza na chwilę wzrok, ale gdy przechodzi do kolejnej części piosenki - ponownie na mnie spogląda. Dokładnie wsłuchuję się w jej tekst i zdaję sobie sprawę, że to nie może być piosenka, którą pisała, jak ostatni raz u niej byłem. Wtedy była już prawie skończona i według szatynki potrzebowała jedynie małych poprawek. Więc po co i jak miałaby napisać piosenkę, która - jak mi się wydaje - nawiązuje do naszej obecnej sytuacji?
Kochanie, nie poddawaj się
Jeśli ona naprawdę śpiewa o nas, to czuję się może nawet trochę lepiej. Zawsze, gdy coś ją gryzło i sobie z tym nie radziła - pisała o tym piosenkę. Kiedy na czymś bardzo jej zależało i było to dla niej ważne - pisała o tym piosenkę. Po prostu pisała je zawsze, kiedy czuła, że to jej w czymkolwiek pomoże lub ją rozweseli. Niektórzy pewnie pomyśleliby, że co to takiego, zwykła piosenka, która nie ma zbyt dużej wagi. Ale dla mnie ma, bo jeśli te słowa to prawda i nadal jestem dla niej ważny, to wiem, że to coś wielkiego.
Bo to, co mamy jest prawdziwe
I nie chcę pozwolić temu odejść*
Zamyśliłem się, przez co nawet nie zauważam, kiedy Violetta kończy śpiewać i wszyscy zebrani wstają, zaczynają klaskać i mówić, jak bardzo im się podobało. A ja wciąż siedzę na swoim miejscu, myślę jeszcze przez chwilę i… wychodzę. Kieruję się w stronę wyjścia z budynku, by usiąść na ławce na zewnątrz i pobyć chwilę sam, na świeżym powietrzu. Muszę uporządkować natłok myśli, który pojawił się wraz ze wspomnieniami ostatnich dni, jak i tych wcześniejszych - sprzed paru oraz parunastu lat. Z dni spędzonych z nią i bez niej.
Słyszę, że ktoś biegnie za mną i nim zdążę mrugnąć - ta osoba łapie mnie za rękę i obraca w swoim kierunku, uniemożliwiając wyjście ze szkoły. W pierwszej chwili myślę, że to Pablo, ale widzę przed sobą jedynie drobną, dość dużo mniejszą od siebie brunetkę i zakłopotanie w jej pięknych, czekoladowych oczach.
- Porozmawiaj ze mną, proszę - mówi, starając się złapać głębszy oddech. Nie odzywam się, pozwalając jej mówić, chociaż tak naprawdę nawet nie wiem, co miałbym powiedzieć. - Ja… To pewnie nie wystarczy, ale przepraszam, naprawdę przepraszam. Za to, jak cię potraktowałam, że ci nie uwierzyłam, że przeze mnie czułeś się źle… Przepraszam. Nie chodzi mi o to, żeby było ci jeszcze gorzej czy cokolwiek takiego, tylko o to, że naprawdę żałuję tego, co zrobiłam i że tak jest przeze mnie. I chciałabym, żebyśmy… żebyś dał mi jeszcze jedną szansę.
Nagle brakuje mi słów w głowie i wszystkie myśli znikają, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I mimo że jeszcze kilkanaście minut temu sam chciałem zrobić ten pierwszy krok - teraz nie wiem, co mam odpowiedzieć, ani co zrobić. Tak po prostu wybaczyć i postarać się zapomnieć czy poczekać jeszcze jakiś czas, pomyśleć i zastanowić się dobrze? Przecież kocham ją najbardziej na świecie, cholernie mi jej brakuje, tęsknię za nią jak jakiś idiota, ale… Nie wiem.
Wiem, że jest w stanie na mnie poczekać i dać mi jeszcze trochę czasu, ale też wiem, że mogę ją przez to stracić. Spoglądam na nasze wciąż złączone ręce i ściskam nieco mocniej jej dłoń, gładząc jej wierzch kciukiem.
- Nie dzisiaj, daj mi jeszcze chwilę - odpowiadam wreszcie po chwili ciszy, dopowiadam ciche „przepraszam” i wychodzę z budynku szkoły.