Ahora sé que la tierra es el cielo || Capítulo 25
Tytuł: „Ahora sé que la tierra es el cielo” („Teraz wiem, że ziemia jest niebem”)
Gatunek: Romans, Dramat, Psychologiczny, Obyczajowy, Fanfiction
Pairing: Leonetta (Leon & Violetta)
Czas akcji: Rok 2014/2015 (wraz z rozpoczęciem opowiadania - t.j. 1 rozdział - 17 marca 2014)
Miejsce akcji: Buenos Aires, Argentyna; epizodycznie inne miasta/kraje
Opis: Violetta żyje w swoim własnym, idealnym świecie. Jednak przez jeden wypadek wszystko drastycznie się zmienia. Jak dotąd zawsze radosna i pogodna dziewczyna popada w ciężką depresję. Jakiś czas później do miasta wraca jej były najlepszy przyjaciel - Leon. To, co zastaje w jej domu jest wręcz… okropne. Czy uda mu się odbudować perfekcyjny świat Violetty oraz to, co kiedyś ich łączyło?
Informacje: Wydarzenia mające miejsce w opowiadaniu nie opierają się na wydarzeniach z serialu. Jest to alternatywna rzeczywistość; wszystko oprócz postaci i miejsc jest fikcją literacką.
Ostrzeżenie: W opowiadaniu będą pojawiać się: wulgarny język, trudne tematy, a także sceny +16.
Od autorki: Um, hej wszystkim. Nie było mnie tutaj pół roku i w sumie nie zamierzam po raz kolejny się tłumaczyć, po prostu dużo się działo, wena średnio była, ale najbardziej chodzi o to, że zawaliłam i tyle. Przepraszam, chciałabym obiecać poprawę, ale z drugiej strony nie chcę niczego obiecywać, żeby znowu tego nie zepsuć. Mam nadzieję, że chociaż jeszcze kilka osób czeka i to przeczyta. I wiem, że dzisiaj jest niezbyt dobry dzień, a zwłaszcza tak późno, bo większość ma jakieś plany, ale chciałam jeszcze w tym roku coś dodać. :) Życzę wszystkim szczęśliwego nowego roku, mam nadzieję, że będzie dla was dobry i spełnicie swoje marzenia. x Myśli, wspomnienia bohaterów, etc. oznaczone są pogrubioną czcionką/kursywą! Enjoy! :) x
Dedykacja: Dla wszystkich, którzy czekali i się doczekali. Kocham was. ♥
Dopisuję kilka słów do przepisanego tekstu piosenki Violetty, którą pisała na ostatniej lekcji muzyki, na której byliśmy. Nie skończyła jej, nie miała kiedy, to wszystko działo się tak szybko... A teraz nie da rady tego zrobić, nie w takim stanie. Postanowiłem, że zrobię to za nią i pokażę jej, gdy skończę, żeby uśmiechnęła się chociaż trochę, żeby poczuła się chociaż troszeczkę szczęśliwa.
Skreślam wszystko, co dopisałem i ponownie myślę nad kolejnymi wersami. Po kilku minutach wpatrywania się w kartkę rzucam długopis gdzieś w kąt i rozrywam notatkę na kilka części, zgniatając je później w ręce. Rzucam je gdziekolwiek, przeklinając pod nosem. Uderzam pięścią w biurko tak mocno, że wszystko na nim podskakuje, ale nawet nie czuję bólu przez złość. Wstaję z krzesła, by usiąść na łóżku i gdy kilka sekund później uświadamiam sobie, co właśnie się dzieje i co robię, po prostu zaczynam płakać.
Nie potrafię niczego zrobić, nie potrafię przestać myśleć o Violetcie i o tym, że nie potrafię dokończyć piosenki, która na tą chwilę jest moim priorytetem. Po prostu nie potrafię. Już za kilka dni może jej nie być na tym świecie i to jest najgorsze. Nienawidzę siebie za to, że nie mogę nic z tym zrobić i że nawet nie umiem sprawić, by w ostatnich chwilach swojego życia się uśmiechała.
Gdy myślę o tym wszystkim i płaczę coraz bardziej, nie mogąc się uspokoić chociaż na moment, drzwi mojego pokoju otwierają się powoli, przez co znowu czuję ten sam przypływ złości. Czy moi rodzice nie rozumieją, że nie chcę, by przychodzili, choćby nie wiem, co się działo? Rozumiem, że się martwią, ale...
- Leon? - Cichy głos Francesci od razu sprawia, że wszystko ze mnie ulatuje i trochę się uspokajam. To działa jak jakaś magia i jest aż śmieszne, ale nie jest mi do śmiechu w tym momencie. - Misiu. - Powtarza jeszcze trochę ciszej, ale słyszę, że głos jej się nieco łamie i wiem, że to dlatego, że na mnie spojrzała. Też nie chciałbym zobaczyć jej w takim stanie, po zapewnieniach przez cały dzień, że dzisiaj jakoś się trzymam i jest nawet w porządku.
Słyszę, że robi kilka kroków w moją stronę, po czym czuję jak materac obok mnie ugina się lekko. Jej delikatne ramiona przyciągają mnie do uścisku, więc nie protestuję i od razu mocno się do niej przytulam. Poza tym, że czuję się, jakby ktoś wydarł mi serce i zrobił z niego szmatę do podłogi, to tak, już mi lepiej.
- Co się stało? - pyta i widzę, że chce coś dodać, ale boi się powiedzieć to na głos. Kręcę głową na znak, że nie chodzi o to, czego oboje najbardziej się boimy od kilku dni. - Więc?
- Chciałem skończyć jej piosenkę i… nie umiem, nic mi nie wychodzi. Nawet nie potrafię się uspokoić i odpocząć, tak jak mnie prosiła, bo ciągle myślę o czymś, co wytrąca mnie z równowagi - odpowiadam na jednym wdechu, po czym gwałtownie wciągam powietrze. Jak tak dalej pójdzie, to zacznę się dusić własnymi łzami.
- Hej, spokojnie. Chodź, pomogę ci i jutro już pokażesz jej gotowy tekst, hm?
- Umiesz, wiem to. Pomogę ci, no chodź.
[od autorki: jeśli ktoś chce - włączcie piosenkę „Saturn” - Sleeping At Last]
Otwieram powoli drzwi sali Violetty i wchodzę do niej z małą niepewnością. Zamykam je za sobą i przez chwilę się nie odwracam. Jakby coś mnie przed tym powstrzymywało - pewnie to, że boję się, co zobaczę.
Viola z dnia na dzień wygląda coraz gorzej. Najbardziej chodzi mi o to, że wygląda na jeszcze bardziej smutną niż wtedy, kiedy zobaczyłem ją pierwszy raz, gdy wróciłem. Wtedy, kiedy kłóciła się ze mną, gdy chciałem jej pomóc i pytała, dlaczego mnie przy niej nie było, jak chciała odebrać sobie życie. Wtedy, kiedy oboje byliśmy na cmentarzu, żeby mogła tak jakby pożegnać się z tatą.
Ale jak inaczej mogłaby wyglądać?
Nie chcę jej takiej widzieć, bo wiadomo, że wolałbym zawsze móc patrzeć na jej piękny, szczery uśmiech i wesołe, błyszczące oczy. Ale błyszczące od szczęścia, a nie łez. Nawet nie wiem, kto czuje się gorzej w ostatnim czasie - ja czy ona.
Całkiem możliwe, że jej „opowieść” o samobójstwie nie do końca była prawdziwa. Bo nieważne, jak bardzo źle by było, Viola nie miała i nie ma na tyle odwagi, by to zrobić. Może chciała, ale na tym się kończyło. A teraz, gdy nie chce - musi. Musi i tyle, nie ma innej możliwości.
Dlaczego zamiast niej nie może umrzeć ktoś, kto nie ma kompletnie nic i to jego marzenie (jeśli można tak powiedzieć)?
Rozmawiałem wczoraj z dziewczyną trochę starszą od mnie, która jest tutaj od miesiąca i to już drugi raz. Powiedziała, że gdy zachorowała pierwszy raz, była najszczęśliwsza na świecie, kiedy dowiedziała się, że uda się wyleczyć ją całkowicie. I teraz sytuacja się powtórzyła, ale nie ma już nawet dla kogo walczyć o zdrowie i przytłacza ją to. Gdy się ze mną żegnała, powiedziała, że bardzo chętnie zamieniłaby się z Violettą, tym bardziej, że ma jeszcze całe życie przed sobą i ma mnie, a ja chyba znoszę to jeszcze gorzej. Nawet nie wiedziałem, czy mam się do niej uśmiechnąć chociaż trochę, przez to, co powiedziała, czy może zacząć płakać, bo ma rację i to jest okropne.
Odsuwam od siebie te wszystkie myśli, zanim łzy napłyną mi do oczu i odwracam się szybko w stronę Violi. Mam wrażenie, że stałem tak przed tymi drzwiami całe wieki. Podchodzę do jej łóżka i siadam na krześle stojącym obok. Ostatnio jest to moje stałe miejsce.
- Hej, misiu. Jak się dzisiaj czujesz? - Wypowiadam te słowa trochę zbyt szybko, bo boję się, że usłyszę nie to, co chciałbym usłyszeć. Ale wolę mieć to pytanie już za sobą.
- Całkiem okej - odpowiada z wyczuwalną wesołością w głosie, co powoduje, że przez chwilę myślę, że mnie okłamuje, by było „lepiej” dla mnie. Ale gdy patrzę jej w oczy, widzę, że mówi prawdę. Szczerze? Wcale nie czuję się z tym dobrze.
Podobno przed śmiercią człowiek czuje się lepiej.
- To dobrze. Mam coś dla ciebie. - Viola słysząc to, unosi pytająco prawą brew, przez co znowu delikatnie się uśmiecham. - Pamiętasz tą piosenkę, którą niedawno zaczęłaś pisać? - przerywam na chwilę, czekając na jej odpowiedź. Kiwa głową. - Nie skończyłaś jej, więc… pomyślałem, że ja to zrobię.
Wyciągam z kieszeni starannie złożoną na kilka razy kartkę i oboje przez chwilę się nie odzywamy. Obserwuję jej reakcję i gdy zauważam, że po chwili wpatrywania się we mnie i w kartkę, uśmiecha się szeroko - czuję, jakby moje serce robiło wielkie salto. To jest coś, za czym tęskniłem najbardziej.
Podaję Violi kartkę, a ona po chwili zaczyna ją ostrożnie rozkładać, jakby bała się, że rozpadnie się jej w dłoniach, gdy zrobi gwałtowniejszy ruch. Patrzy jeszcze raz na mnie i widzę w jej oczach, że się cieszy. Wszystkie jej zmartwienia odeszły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Cel osiągnięty.
- Właśnie tak ją sobie wyobrażałam - odzywa się po paru minutach ciszy i przytula mnie. - Jest cudowna, dziękuję. Ty jesteś cudowny.
- Nie musisz, po prostu chciałem, żebyś się uśmiechnęła.
- Uśmiechnę się, jak wrócę do domu. I do szkoły. Mam nadzieję, że to będzie już niedługo - mówi wesoło, na co ja tylko niechętnie przytakuję. Też chciałbym, żeby tak było, ale nie będzie. - No co?
- Ty coś wiesz. I nie chcesz mi powiedzieć. - Odsuwa się ode mnie, by móc spojrzeć mi w oczy. - O co chodzi? Też bym się nie cieszyła, gdybyś był na moim miejscu, ale ostatnio jesteś jakoś strasznie przybity, mimo że mówisz, że jest w porządku. Chyba jednak nie jest, hm?
- Nie wiem, czy wrócisz do domu. - odpowiadam niepewnie po chwili milczenia. - Dlatego chciałem, żebyś uśmiechnęła się teraz.
- Bo… Po prostu… - Głos zaczyna mi się trząść, a w oczach pojawiają się łzy. Kiedy jedna z nich spływa po moim policzku, ścieram ją dłonią i odwracam twarz w stronę ściany, by Violetta nie widziała. - Nie wiem.
Dziewczyna nie odzywa się, a gdy spoglądam na nią po kilku sekundach, widzę, że jej reakcja jest zupełnie inna niż się spodziewałem. Sądziłem, że nie zrozumie, o co chodzi, a ja szybko zmienię temat i oboje unikniemy tego tematu. Tak chyba byłoby lepiej dla nas obojga - ona byłaby spokojniejsza, a ja w pewnym sensie szczęśliwszy dzięki temu. Patrzy na mnie ze łzami w oczach i cicho pyta, czy chodzi o to, o czym myśli. Nie chcę odpowiadać na to pytanie, nie dam rady wydusić z siebie jakiegokolwiek słowa w tym momencie. Wstaję ze swojego miejsca, by usiąść tuż obok niej i przytulam ją mocno do siebie. Chcę, by czuła, że nie jest w tym sama, że będę przy niej do końca.
To zdanie kompletnie mnie rozbija. I jak do tej pory starałem się przy niej w ogóle nie pokazywać tych negatywnych emocji, tak teraz mam jedynie ochotę rozpłakać się i utonąć we własnych łzach. Problem w tym, że przez ostatnie dni nie mam już czym płakać.
Viola często przy mnie płakała, ale jeszcze nigdy nie widziałem, by rozpłakała się tak szybko z jakiegokolwiek powodu. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co musi w tej chwili czuć i przeżywać, bo to dla mnie już za dużo. Chciałem wierzyć w to, że może jeszcze jest jakaś nadzieja i może będzie dobrze. Chciałem móc ją zapewnić, że tak będzie, ale nie potrafię już dłużej udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Pod moją kontrolą nie było już nic, nawet ja sam nie potrafiłem się opanować.
- Ale ty nie płacz. - Przytula się do mnie mocniej. - Dlaczego… Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?
- A jak miałem powiedzieć? - odpowiadam cicho i taka cisza już zostaje, ponieważ Viola nie odzywa się. - Przepraszam.
- Nie rób tego, nie masz za co przepraszać. - Przestaje na chwilę mówić i patrzy na mnie. - Obiecaj mi, że jak już mnie nie-
- Nie mów tak - przerywam jej, na co ona tylko cicho wzdycha. Nawet w takiej chwili musi mi pokazać, że ją to denerwuje.
- Posłuchaj mnie przez chwilę. Obiecaj, że nie będziesz robił niczego głupiego, jak już mnie nie będzie, dobrze? - W odpowiedzi jedynie kiwam delikatnie głową. - Powiem Fran, żeby cię pilnowała. I żeby się tobą opiekowała, żebyś nie był sam. Ale ja też będę się tobą opiekować.
Nie mogę powstrzymać łez.
Kilka dni później, wieczorem…
Podchodzę powoli do drzwi domu Fran i stoję tak przez jakiś czas, aż w końcu odważam się nacisnąć dzwonek. Czekam chwilę, aż w końcu słyszę czyjeś kroki i drzwi się otwierają.
- Leon… - Spoglądam na mamę Francesci i widzę, jak szybko zmienia się wyraz jej twarzy z wesołego na zmartwiony i smutny. - Wejdź, Fran jest w swoim pokoju.
Otwiera szerzej drzwi, bym mógł wejść i kiedy wchodzę do środka, zamyka je za mną. Idę w stronę schodów i z trudnością wchodzę na górę. Pukam do drzwi jej pokoju i nie czekając na odpowiedź, wchodzę do środka.
- Czekałam aż… - zatrzymuje się na chwilę, gdy jej wzrok się na mnie zatrzymuje - …napiszesz.
Odkłada telefon na poduszkę, wstaje z łóżka i podchodzi do mnie. Od razu mocno się do niej przytulam i walczę z tym, by nie rozpłakać się, jak dziecko. Ale nie potrafię już dłużej trzymać tego wszystkiego w sobie i czuję, jak z każdą sekundą koszulka Francesci robi się coraz bardziej mokra.
- Przepraszam - wyduszam z siebie po chwili.
Odsuwa się ode mnie trochę, by usiąść na łóżku. Gdy siadam obok niej, znowu mocno mnie przytula. Nawet o nic nie pyta ani niczego nie mówi. Po prostu pozwala mi przytulać się do niej i płakać. A ja, nawet, gdybym chciał, nie potrafię tego powstrzymać. Jakieś dwie godziny temu straciłem najważniejszą, jak do tej pory, osobę w moim życiu i już cholernie za nią tęsknię. A myśli o tym, że już nie wróci, że już nie zobaczę jej uśmiechu, że już nigdy się nie przytulimy, dobija mnie jak nic innego. Ale nie potrafię przestać o tym myśleć, nie potrafię tak po prostu zapomnieć i żyć dalej.
I nie wiem, czy się nauczę.
- Będzie cię głowa bolała - mówi cicho i odgarnia włosy z mojej twarzy.
- Na razie boli mnie serce.
- Wiem. Ale nie mów tak. - Jej głos zaczyna się trząść i tylko błagam w myślach, żeby nie zaczęła płakać, bo to już całkiem mnie rozbije. - Napiszę do twojej mamy, że jesteś u mnie, hm?
- Violetta, zaczekaj! - krzyczę za dziewczyną, próbując ją dogonić. Zatrzymuje się i odwraca w moją stronę. - Nie odchodź. Nie zostawiaj mnie.
Podchodzę do niej i próbuję ją przytulić, lecz za każdym razem odsuwa się ode mnie i robi krok do tyłu. Łapie ją za dłoń i splatam nasze palce ze sobą. Patrzę na nią i próbuję wymusić chociaż najmniejszy uśmiech, ale nie udaje mi się. Za to ona posyła mi delikatny uśmiech i robi kilka małych kroków do przodu, aż w końcu znajduje się jedynie kilka centymetrów ode mnie.
- Nie mogę. Przepraszam, ale nie mogę. Tak będzie lepiej. - Puszcza moją dłoń i przerywa na chwilę. - Dla mnie i dla ciebie. Jeśli odejdę, będę się lepiej czuła. I nie zostawiam cię, bo zawsze będę przy tobie, nawet jeśli ty nie będziesz przy mnie. Więc będę szczęśliwa.
- Ale ja nie będę szczęśliwy, jeśli nie będę przy tobie.
- Będziesz, zaufaj mi. To minie i będziesz szczęśliwy. Obiecuję. - Przytula mnie mocno i po chwili odsuwa się. Uśmiecha się do mnie, całuje mnie w policzek i odchodzi. Na zawsze.
- Nie zostawiaj mnie. Viola…
Otwieram gwałtownie oczy i po chwili rozglądam się dookoła. Mój wzrok zatrzymuje się na Francesce, która leży obok i przytula mnie mocno. W pokoju panuje ciemność, a jej twarz oświetla jedynie delikatne światło z ulicy wpadające przez okno. Wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę, aż w końcu pyta:
Zaczynam myśleć nad odpowiedzą i przypominam sobie słowa Violetty, mówiące, że będzie dobrze i żebym jej zaufał. Niezbyt w to wierzę, poza tym to tylko sen, ale może coś w tym jest i jednak powinienem uwierzyć.
- Tylko trochę. Ale to nic. Dobranoc - odpowiadam cicho i ponownie zamykam oczy.
- Dobranoc, misiu. - Składa delikatny pocałunek na moim czole i przytula mnie nieco mocniej.
Tak będzie lepiej. Zaufaj mi.