Skąd się biorą sny (2020) - nastoletnia Minna mieszka ze swoim ojcem w domku na jakimś wypizdowie. Matka ich opuściła na rzecz kariery muzycznej, ale we dwójkę też są szczęśliwi. Przynajmniej taka jest perspektywa Minny. Pewnego dnia ojciec oznajmia jej, że jego nowa partnerka, która też swego czasu przeżyła bolesne rozstanie, niedługo wprowadzi się do nich. Mało tego, partnerka ma córkę w wieku Minny, więc dziewczyna też skorzysta na nowym układzie. Na papierze wygląda to na potencjalnie dobrą zmianę. Co się okazuje? Że Jenny, czyli ta przybrana siostra, jest rozpuszczoną goowniarą, która na wszystko narzeka i cały dzień siedzi na Instagramie. Minna i ojciec przygotowują domowy gulasz? Łeee, ohyda, zamawiamy sushi! W pokoju mieszka chomik? Łeee, ohyda, wywalmy go do schroniska! O jak miło, rozłożyłaś mi łóżko w swojej sypialni? To se na nim śpij, ja biorę to duże! Krótko mówiąc Jenny jest osobą, na której człowiek najchętniej by przetestował jak mocno trzeba walnąć kijem, zeby głowa odpadła od reszty ciała. Szykuje się ciężki dramat rodzinny. Czy aby na pewno? Którejś nocy Minna odkrywa, że istnieje przestrzeń poza jej snem. Tam okazuje się, że jej sen jest sceną, którą kierują tajemnicze, niebieskie ludziki. Mało tego, przestrzeń jest wypełniona scenami innych ludzi, które latają jak jakieś małe planety i można swobodnie wędrować między nimi. Czyli w praktyce Minna może oglądać i ingerować w cudze sny. Podczas pierwszej wyprawy przypadkiem zmienia przebieg snu swojego ojca, a rano okazuje się, że wpłynęło to na jego dzienne zachowanie. Postanawia wykorzystać te możliwości, żeby naprostować skrzywioną Jenny i uczynić z niej lepszą siostrę i osobę.
(Dalej będą subtelne spoilery, ale nic, czego człowiek by się nie domyślił) Inspiracje duńskich twórców są oczywiste. W głowie się nie mieści + Incepcja. A że to bajka, dalszego przebiegu łatwo się domyślić - czyli początkowe, stopniowe sukcesy przechodzą w nieprzewidziane problemy, które niebezpiecznie eskalują, a na końcu siostry jakoś się ze sobą godzą bez potrzeby zmieniania osobowości Jenny. Ogólnie pozytywne przesłanie. Tylko to co mnie trochę gryzie to to, że najpierw twórcy zrobili wszystko co w ich mocy, żeby możliwie obrzydzić nam postać Jenny, a potem zmieniają narrację i nagle mamy jej współczuć, bo ma swoje przeżycia (które nie przeszkadzają jej w byciu okropną osobą), a poza tym to Minna niechcący naraziła ją na niebezpieczeństwo próbując ją zmienić. Kogoś to dziwi? Jak szczur wyżera ci żarcie ze spiżarni, to nie próbujesz się z nim zaprzyjaźnić, tylko go przeganiasz albo otruwasz i wyrzucasz na śmietnik. Bo tym właśnie jest Jenny: bezinteresownym szkodnikiem. Minna zastosowała sposób, który wydawał się być w miarę humanitarny, a to, że sprawy nieuchronnie wymykają się spod kontroli jest w większym stopniu winą Jenny, która tylko dolewa oliwy do ognia zamiast się opamiętać. Do tego brak wsparcia ze strony ojca, który praktycznie zmuszał córkę, żeby szła na niekorzystne ustępstwa dla apatycznej idiotki, która znieważa gospodarzy w ich domu. Dobrze, że twórcy chociaż oszczędzili nam wątku szkolnego, który nawet widzę oczami wyobraźni: Jenny zostają nową szkolną gwiazdą, a Minna zostaje zepchnięta na margines społeczny, czym tylko jeszcze bardziej podkręca naszą niechęć do jej osoby.
I czemu po czymś takim mam nie kibicować Minnie, żeby zmieniła Jenny albo pozbyła się jej z mieszkania? Bo ogólne przesłanie jest takie, że psycho sztuczki są be, że z każdym można się dogadać i możemy żyć ze sobą w zgodzie. Ostatecznie historia kończy się szczęśliwie, ale choć bajka ogólnie jest ładna i fajna, to jakoś nie jestem przekonany, że mnie to do końca satysfakcjonuje. Ale polecam zbadać film samodzielnie i wyrobić sobie swoją opinię.