Są tacy ludzie, którzy przypominają sobie o twoim istnieniu z częstotliwością komety Halleya. Przelatują nagle przez twoje wiadomości z wielkim „hej, co tam”, a ty już wiesz, że zaraz po tym będzie właściwy komunikat, czyli lista potrzeb, próśb i drobnych przysług „na już”. Bo przecież są strasznie zajęci. Tak zajęci, że na zwykłe „co u ciebie” czasu nie ma od miesięcy, ale kiedy trzeba coś załatwić, pożyczyć, podwieźć, napisać, ogarnąć, to nagle znajdują te magiczne pięć minut. Cud! Medycyna powinna to zbadać. 😅
Najlepsze jest to ich udawane zainteresowanie. Najpierw szybki small talk, który brzmi jak formularz kontaktowy. Jak zdrowie, jak praca, jak życie. Klik, klik, wysłane. I zanim zdążysz odpowiedzieć czymś więcej niż jednym zdaniem, już wjeżdża sedno sprawy. Bo przecież nie przyszli tu dla relacji. Przyszli po usługę.
Potem znowu zapada cisza. Znikają szybciej niż twoja motywacja w poniedziałek rano. Nie odpisują, nie oddzwaniają, nie mają czasu. Znów są zabiegani. Bardzo zabiegani. Tak zabiegani, że aż przypadkiem aktywni na wszystkich możliwych platformach, tylko nie w rozmowie z tobą.
I wiesz co jest w tym wszystkim najciekawsze. Oni naprawdę wierzą, że tego nie widać. Że nie widać tej sezonowej życzliwości, tej relacji na baterie, które działają tylko wtedy, gdy coś jest do wzięcia. Jakby kontakt z człowiekiem był aplikacją, którą otwiera się wyłącznie w trybie awaryjnym.
Na szczęście z czasem człowiek uczy się czytać te wiadomości jak powiadomienia z banku. Widzisz nadawcę i już wiesz, że zaraz coś zniknie z twojego konta. Czas, energia albo święty spokój.
Więc spokojnie. Odpowiadaj, kiedy masz ochotę. Pomagaj, kiedy naprawdę chcesz. A resztę traktuj jak spam. Bo relacje to nie infolinia czynna tylko wtedy, gdy ktoś czegoś potrzebuje.











