- Kiedy otworzyły się granice... Byłem w Grecji na delegacji...jako rezydent wycieczek. Oczywiście turyści uczyli Greków przeklinać. No i któregoś razu, wszyscy zeszli na kolację, siedzą, podchodzi Grek i mówi: čo budeš piča? A tam siedziała maminka, dwoje dzieci i mąż...mąż od razu mu...wiesz, prawie że wyskoczy do gardła. Ale na szczęście byłem obok, zaraz podchodzę do niego i tłumaczę mu, temu Grekowi, że piča to nie jest ładne słowo. No to wrócił się, odwraca się w jego stronę i mówi: a ty piča čo budeš? I on wtedy, ten mąż, zrozumiał o co biega, a ja mu mówię: widzisz, tutaj przed wami był taki turnus i nauczyli go brzydkich słówek. No i potem, w tej restauracji, zrobili SPIS BRZYDKICH SŁOWACKICH SŁÓW, których nie należy używać, bo turyści ich oczywiście tego uczyli...no...tak było...
Zdrowy rozsądek podpowiada nam zawsze: “Nie siadaj przy barze.” Ale są miejsca, w których bar jest jedynym kluczem do poznania tajemnicy. Tę tajemnicę chciałam znać od dawna. Przychodziłam tutaj dla Flaminga, który miał mnie za nic i zawsze obdarzał mnie standardowym uśmiechem numer zero, przysługującym zwykłym śmiertelnikom, czasem jedynie komentując mój płaszczyk, albo szaliczek. Nigdy jednak nie wystrzeliwał w moje oczy tym strumieniem brokatu, na który tak bardzo czekałam. Ten strumień przysługiwał tylko moim kolegom. Podawał im piwo powoli, głęboko patrząc w oczy i uśmiechając się, jakby jego brak zęba na przedzie miałby być zaproszeniem do podjęcia gry, przynętą, tunelem do rozkoszy. Dziś wiem, że wiedział, że to ja poszukiwałam tego zęba i że to ja wiedziałam, że jego brak jest kluczem do odkrycia tajemnicy, takim samym kluczem, jak afrykańskie maski porozwieszane na wszystkich ścianach, albo ludowe kobierce, pełne kurzu, który z pewnością Flaming potrafi zamienić w konfetti. Wiedział też, że ten ząb jest przynętą na mnie, podczas gdy starał się całym ciałem, każdym gestem swoim i słowem udobruchać nie mnie, a moich kolegów. Podawał piwo zamaszyście, kręcąc przy tym podpiwnikiem, znacząco ściągając jednym ruchem palca kroplę spływająca ze schłodzonego kufla, potem przez dłuższą chwilę wpatrywał się jeszcze w swoją ofiarę, następnie podnosił szyję, tak tylko jak to Flaming potrafi, następnie, według zasady głowa, ramiona, kolana, palce, delikatny skręt, rozpoczynający się powoli, żeby na końcu zamaszyście naruszyć zatęchłe od dymu masy powietrza.
Od czasu do czasu przychodziłam, żeby obserwować ten taniec, aż stałam się na tyle bezczelna, że zaczęłam zabierać ze sobą znajomych, z wypiekami mówiąc o tym, że NAPRAWDĘ, tutaj mieszka Królowa Nocy, która odradza się codziennie o trzeciej nad ranem i że może na naszych oczach też dokona się cud i odrodzi się z energii powodowanej rytmicznymi słodkimi beknięciami.
- Tutaj urzęduje prawdziwa Królowa Nocy.- Powiedziałam do O.
I wtedy to się stało. Wkroczyła ona. Królowa Flaminga. Na wysokich, srebrnych pantofelkach, które okupują wszystkie bratysławskie wystawy, bo bratysławskie wystawy zatrzymały się w czasie, nie przyjmują nowych trendów, dla nich luksus to pantofelki tego typu, niezniszczalny od lat 70-tych model, pantofelki dla księżniczki, takie, w których teraz moszczą się zniekształcone stopy Królowej Flamingi. Flaminga jest jak księżniczka z Pana Kleksa, którą grała Sośnicka, jestem z Adasiem wewnątrz pnia pachnącego wilgocią i mchem i jeszcze “tym czymś”. Flaminga śpiewa cichym głosem: “ Jestem twoją bajką, jestem twoją bajką” po czym kontroluje szerokim spojrzeniem całą salę, jak matka, wygina jedno ramie, prostuje drugie, odwraca się z szykiem, platynowa peruka nieco się przechyla (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie) przecież i tak widzę brak zęba, już prawię trzymam srebrny klucz, już prawie, ale Królowa odchodzi, pozostawiając za sobą jedynie zapach alkoholu, który kiedyś był perfumami w niebieskiej flaszeczce.
Królowa już nigdy nie wraca, czekam ranki i wieczory, ale obsługują mnie jedynie ordynarni mięśniacy ze srebrnymi łańcuchami na nadgarstkach. Dlatego właśnie, kiedy po raz kolejny przyprowadzam gościa,siadamy przy barze.
Znudzona barmanka nalewa nam piwo, jej odpryśnięty lakier z paznokci wpada do piwa, które zaczyna świecić jak semafor. Aha, to z pewnością agentka Flaminga, za chwilę zadzwoni do niego przez różowe walkie talkie i powie:
-Szmira na godzinie północnej! - bo północ już była.
Agentem jest też z pewnością starszy brunet w obcisłej, czerwonej bluzie. Zerka na nas z zaplecza, uśmiecha się zalotnie i kiedy dostaje w zamian nasz, ośmiela się i zaczyna tańczyć, najpierw delikatnie, z nóżki na nóżkę, ale z wyraźnym poczuciem rytmu, potem coraz ostrzej. Chwyta łopatę do pizzy, wkłada ja sobie między nogi i zaczyna wykonywać ruchy frykcyjne, lekko przy tym rechocząc. Staram się podnieść jedną brew do góry, chociaż nigdy to mi nie wychodziło. Tym razem też nie wychodzi, ale próby tak wygórowanej gimnastyki dają swój efekt, mężczyzna opamiętuje się, odkłada niebezpieczny sprzęt, zarzuca ryzykowną grę ciała i jakby tłumacząc się mówi:
-Ja nie na pana spoglądałem, ja na panią spoglądałem, bo ja dla pani tańczyłem, państwo polskie.
Siedzimy, państwo polskie, zdezorientowani i wiemy, że gdzieś czai się podstęp, że Królowa Flaminga sobie z nas kpi, podsyłając nam eks-tancerza, barmana na wylocie, czarnowłosego Joszka ( karamba!) wraz z jego wspomnieniami z turnusów.