Stowarzyszenie ochrony zwierząt
Jak zapewne niektórzy z Was wiedzą - mam psa. No i któregoś razu przed praktykami wyszłam z nią przed blok żeby się załatwiła, a mój kochany piesek od czasu do czasu lubi sobie uciec, no i wybrała sobie akurat ten dzień. Zerwała się że smyczy i po prostu uciekła, wróciłam zła do domu, opowiedziałam o wszystkim mamie, stwierdziłyśmy, że ja pójdę na praktyki, ona poszuka psa i przy okazji obdzwoni znajomych żeby dali znać jakby ją zobaczyli.
Wróciłam z praktyk, psa dalej nie było, więc wstawiłyśmy post. No i tam jakąś laska się odezwała, wszystko spoko fajne, jesteśmy na miejscu, a ta dziewczyna, która do mnie pisała jest jeszcze z jakąś babką i trochę podpitym gościem. Facet trochę się kłócił, babka stwierdziła że pies atakował jeża i koty (pies po prostu biegał za uciekającymi kotami bo chciał się bawić, mam w domu jeszcze 4 inne zwierzęta i mimo, że są wypuszczane z klatki to pies nie robi im krzywdy)
Okazało się, że ta babka i ten podpity gościu są założycielami jakiegoś tam stowarzyszenia ochrony zwierząt i zadzwonił i na policję, później na straż miejską. Przyjechali panowie ze straży miejskiej, pytają o co chodzi, zaczęły się jakieś niezrozumiałe rozmowy, więc panowie powiedzieli, żeby się uspokoić, każdy powoli i niech zbędne osoby sobie pójdą, no to poszedł wcięty i dziewczyna, która do mnie pisała. Ta babka zaczęła opowiadać, że pies rozszarpał jeża, że zrobił rzeźnię bla bla bla...
- No dobrze, ale komuś się coś stało? Nie wiem, pies Panią ugryzł? Podrapał albo chociaż warknął?
Na co ona odpowiedziała "no nie ale jeż został rozszarpany". Każdy zdziwiony, no bo nie oszukujmy się - gdyby pies rozczarował jeża, to na ciele psa znajdowałyby się kolce i byłoby pełno krwi. Poszliśmy w miejsce gdzie znajdował się rzekomo rozszarpany jeż... Jeż po prostu zwinął się w kulkę zabierając ze sobą trochę trawy, żeby się wtopić. Więc funkcjonariusz mówi, że temu jeżowi nic nie jest. Wtedy ona zaczęła brać tego jeża na ręce, każdy próbował jej powiedzieć że to trochę nie higieniczne, bo jeże mają kleszcze, pchły itd. stwierdziła, że to nie prawda.
Historia skończyła się tym, że mamie wypisali jakiś mandat, bo ta baba czekała aż oni to zrobią, inaczej by nie odeszła i oczywiście trzeba było donieść książeczkę psa z aktualnymi szczepionkami itd.