“Monumentalna praca słynnego pisarza i myśliciela, poświęcona więzienno-obozowej martyrologii narodu rosyjskiego i obywateli innych republik ZSRR i krajów, łączy w sobie elementy powieści, autobiografii, reportażu, wspomnień świadków i uczestników”, informuje napis na okładce. “Dzięki tej książce (...) świat poznał prawdę o łagrach i skrywanej przed opinią publiczną części historii ZSRR”.
Sołżenicyn opowiada o systemie z perspektywy ofiary, którą sam był, od samego początku - a więc od aresztowania i śledztwa poprzez etapy oraz pobyt w kolejnych obozach do “wyjścia na wolność”, czyli zesłanie.
Sołżenicyn opisuje historię systemu karnego w komunistycznej Rosji (można na przykład dowiedzieć się, że kodeks nie przewidywał wyroków uniewinniających. Skoro wszczęto śledztwo, skoro organy poświęciły czas i energię - przecież uniewinnienie znaczyłoby, że wszystko to poszło na marne! a tak być nie może...) oraz wyjaśnia poszczególne punkty artykułu 58: czyny kontrrewolucyjne, zdrada ojczyzny, pomoc obcym mocarstwom lub pomoc międzynarodowej burżuazji, szpiegostwo (a do tego podejrzenie o szpiegostwo oraz niedowiedzione szpiegostwo), szkodnictwo, terror (jeśli komuś nie szło czegoś udowodnić, zawsze można było mu wlepić karę za terrorystyczne zamiary), dywersja, agitacja antysowiecka...Naprawdę skazano ekspedientkę za wbicie igły w gazetę, gdzie akurat było zdjęcie Stalina. Wystarczyło podnieść kłosy zboża leżące na drodze bo wypadły z wozu, a już się rozkradało państwowe mienie. Wystarczyło powiedzieć, że żyje się ciężko - a już nielubiany sąsiad donosił, już było śledztwo i skazanie za “agitację antysowiecką”. Skazać z artykułu 58 można było w sumie każdego. Sołżenicyn pisze: “Punkt 10 art 58 d o s t ę p n y jest dla wszystkich. Jest do dyspozycji sędziwych staruszek i dwunastoletnich szkolaczków, ludzi żonatych i kawalerów, kobiet w ciąży i dziewic, sportowców i kalek, pijanych i trzeźwych, ostrowidzów i ślepców, posiadaczy własnych aut i żebraków.” A porównać z nim można tylko punkt 12, niepowiadomienie (”czyli wiedział, a nie powiedział”).
Znalazło się miejsce i na taką anegdotkę: na zakończenie jakiejś konferencji poddano pod głosowanie “pismo do towarzysza Stalina z zapewnieniem wierności”. Wszyscy stają i zaczynają bić brawo. Burzliwe oklaski trwają trzy minuty, cztery, pięć... ale jak tu przestać? Dłonie bolą, robi się coraz trudniej, ale nikt nie chce być pierwszym, który przestanie klaskać. W jedenastej minucie, jak pisze Sołżenicyn, odważył się na to dyrektor lokalnej papierni, który z “rzeczowym wyrazem twarzy” siada na swoim krześle za stołem prezydialnym - i zaraz owacje się urywają, ludzie siadają z ulgą. Ale dyrektora papierni w nocy aresztowano, skazano na dziesięć lat.
Na celowniku były oczywiście pewne grupy - inżynierowie, wierzący, grupy narodowe - którym po prostu nie odpuszczano. O inżynierach, których Stalin postawił sobie za cel wybić, czytamy na przykład: “Inżynierowie (...) nie mają wyjścia. Każde wyjście jest złe. Źle jest mówić ‘tak’, źle jest mówić ‘nie’. Iść naprzód jest źle i cofać się - źle. Gdy się spieszyli, to pośpiech był szkodnictwem; gdy pracowali bez pośpiechu, to szkodzili przez opóźnianie, to opóźniali umyślnie rozwój, to był sabotaż; gdy poddawali się kaprysom czyjejś fantazji, to szkodzili poprzez tworzenie dysproporcji. Remont, modernizacja, kapitalne prace przygotowawcze to było zamrażanie kapitałów; gorączkowa praca aż do zużycia urządzeń to była dywersja!” Prześladowanie cerkwi to również osobny temat; Sołżenicyn zawsze dobrze wypowiada się o więźniach wierzących, bo trudno ich było złamać lub przekupić.
Fale aresztowań - które były jedynie falami w nieustannym potoku - dowodziły, że aresztowany mógł być każdy, donosić potrafili najbliżsi, przyjaciele. Aresztowań dokonywano często w nocy, nieprzygotowani przyszli więźniowie byli wyrywani ze snu więc łatwiej było sobie z nimi poradzić, a i świadków było mniej. Śledztwo miało często okrutny przebieg (bicie, tortury, morzenie głodem, pozbawianie snu, przepełnione cele - przepełnione tak, że w niektórych więźniowie stali w ścisku) i miało na celu jedno: aby aresztowany podpisał obciążające go zeznanie. Co z tego, że wyssane z palca. Często też żądano nazwisk - i wtedy ledwo trzymający się przy życiu aresztanci wydawali niewinnych ludzi tylko po to, żeby ich własna męka się skończyła.
A po zakończonym śledztwie etapem wysyłano świeżo skazanych do obozów - wysepek Archipelagu.