My edit/my original drawing/photo.
Przeglądałam dzisiaj stare zdjęcia na telefonie i znalazłam zdjęcie tego pięknego szkicu, który zrobiłam już jakiś czas temu. (Przy okazji znalazłam jeszcze paręnaście moich editów tej fotki ale nie ważne). Kocham ten rysunek! Osobiście uważam, że jest naprawdę udany, chociaż oryginalnej postaci za bardzo nie przypomina. Myślę, że praca sama w sobie wyszła całkiem nieźle. Jest to TE6 - Malachite Anzus Develop z polskiej mangi “artificial people magenta” stworzonej przez Kattlett. Polecam też “exitus letalis”! Kocham te dwie serie. I kocham Anzusa! 💚
/ I was browsing trough the old photos on my phone today and I found a picture of this beautiful sketch I made some time ago. (By the way, I have found more than a dozen of my edits of this photo but, whatever). I love this drawing! Personally I think it’s really good, although he doesn’t really resemble an original character. I think the drawing itself came out pretty well. This is TE6 - Malachite Anzus Develop from the polish manga “artificial people magenta” created by Kattlett. I also recommend “exitus letalis”! I love these two series. And I love Anzus! 💚
- Tak się zastanawiałam siostra. W ostatni weekend, kiedy ona była u dziadków, miałam dla siebie chwilę czasu - dzewczyna uśmiechnęła się do siostry - Wyjątkowo nie spożytkowałam, go jak zawsze, co nawet mnie zdziwiło, ale nie specjalnie zabolało. To tak jak dziś. Siedzimy tu sobie, w ciszy, spokoju na balkonie, dzieciaki nasze śpią i wiesz, odpowiedź przyszła sama, bardzo szybko. Spójrz na nas, zdajesz sobie sprawę z tego co przeszłyśmy, jak wygląda nasze życie. Siostra czy jestem Superdziewczyną?
- Tak.
- Ale…
- Ale???
- Ale jeszcze nie znasz mojej córki, to dopiero Superdziewczyna! Chylę przed nią czoła mimo, że ma zaledwie kilka lat, to już mnie nauczyła jak wykorzystywać nasze super moce.
- Wiesz Młoda, ja o tym wiem, widzę to od dłuższego czasu. Najbardziej się jednak cieszę tym, że i ty to zauważyłaś sama. Zatem wznoszę toast, za Superdziewczyny, Superchłopaków i nasze super moce.
Przyjemnie móc czasem spojrzeć na wszystko z inne strony. Taka nowa perspektywa kadru, świeże spojrzenie na tą samą sprawę, a zupełnie inny rezultat.
Nauczony sporym doświadczeniem (jak na czas który minął odkąd kręcę się w kręgach anime), tak samo jak do innych tytułów, do Guilty Crown podszedłem bez szczególnych oczekiwań i z odpowiednim dystansem. A to dlatego, że jak raz zacząłem oglądać coś z nastawieniem, że jest bardzo dobre, bo tak mówi opinia publiczna, to niestety wychwyciłem więcej głupot niż w którejś z przeciętnych, beznadziejnych serii, od których nie spodziewam się właściwie niczego konkretnego (a mowa tu konkretnie o Attack on Titan, w gruncie rzeczy bardzo dobrym anime).
A na Guilty Crown się nie zawiodłem. Jak dla mnie przyjemna, niezobowiązująca seria. Oczywiście, geniuszu w niej raczej próżno szukać, ale zdecydowanie nie jest szkodliwa, a bezwzględne przestrzeganie wszystkich przed jej oglądaniem mocno przesadzone. Winna Korona (zarówno to tłumaczenie, jak i wszystkie spolszczone w tym wpisie nazwy własne są wzorowane na angielskich odpowiednikach i przetłumaczone według mojego uznania. Recenzja też moja, to mi wolno) określana była przez wielu nieudolnym plagiatem, konkretnie dwóch innych anime: Code Geass oraz Neon Genesis Evangelion. Na szczęście Korony, żadnego z nich nie widziałem w całości, a tylko o Evangelionie mam jako takie pojęcie.
Więc czym tak właściwie jest Guilty Crown i czym tak zawiniło? Zacznijmy od początku.
Akcja anime rozpoczyna się w bliżej określonej przyszłości, a dokładniej w 2039 roku, dziesięć lat po wielkiej katastrofie z bronią biologiczną w tle, która dotknęła Japonię. Nie wiadomo, kto jest za to odpowiedzialny, wiadomo za to, jakie są tego skutki. Pierwszorzędnym jest rozsianie wirusa, powodującego jakoby krystalizację ciała chorego, a z czasem jego rozpad. A skutkiem drugorzędnym jest interwencja organizacji wysłanej z ramienia ONZ, określanej równie mrocznym skrótem GHQ, początkowo powołanej do opanowania sytuacji w skażonej wirusem Japonii. Lecz później, niczym pokojowe interwencje Stanów Zjednoczonych, przeradza się to w całkowite przejęcie władzy w kraju, najeżonym odtąd strefami kwarantanny i spacerującymi w biały dzień Przeciwciałami - zbrojnymi oddziałami służącymi do zwalczania wirusa razem z nosicielami, mającymi na swoich usługach zastępy robotów (właściwie to lepszym określeniem są mechy, ale jakoś nie przemawia do mnie ten termin). A nosicielem zazwyczaj określa się każdego, kto nie podporządkuje się władzy. Nikogo więc nie powinno dziwić, że w takiej sytuacji zawiązała się zbrojna grupa opozycyjna, określająca się mianem Dom Pogrzebowy, która początkowo w ramach akcji iście partyzanckich stara się osłabić choć trochę siłę władz.
Gdzieś w tej całej zawierusze żyje sobie nasz biedny protagonista Ouma Shu, uczeń liceum, zwykły aż do bólu. Jedyne co wykracza poza przeciętność, to jego poziom nieradzenia sobie z relacjami społecznymi. Ten osamotniony (nie bez własnej winy), targany wewnętrznymi rozterkami niczym chorągiewka na wietrze chłopak, spędza wieczory (a przynajmniej ten ukazany w anime, nie wiem, może ma jeszcze jakieś ciekawsze zajęcia) na słuchaniu i oglądaniu internetowej gwiazdy zespołu zwanego Egoist, rozmyślając zapewne nad swoim marnym żywotem i jego problemami. Ale realne problemy zaczynają się dopiero wtedy, gdy staje się jedynym świadkiem pojmania przez Przeciwciała właśnie pięknego obiektu westchnień. Inori, bo tak na imię ma to słodkie, pierwszoplanowe dziewczę, okazuje się być członkinią wspomnianej wcześniej grupy terrorystycznej, zranioną podczas jednej z akcji antyrządowych. Jej celem było wykraść potężną broń biologiczną i dostarczyć ją do lidera Domu Pogrzebowego, Tsutsugami Gaia. Ten drugi punkt misji, po porażce pierwotnej wykonawczyni, postanawia wypełnić właśnie Shu, skutkiem czego jest szereg przypadków, doprowadzający do powierzenia mu Mocy Królów tej broni biologicznej. Z jej pomocą jest w stanie wydobyć z każdego młodego człowieka mniej lub bardziej przydatną broń, nazwijmy ją Pustką. Przybierają one różne kształty (od wielkich mieczy, po, jak się później okazuje, lodówki...) Ta moc, pierwotnie mająca należeć do Gaia, może przechylić szalę zwycięstwa na stronę Grabarzy i, jak dotąd, szary Shu, staje przed trudnym wyborem po której stronie barykady ma się opowiedzieć, czy może lepiej rzucić te całe wojny w cholerę i wrócić do szkoły, by dalej cieszyć się mentalną próżnią. I właśnie wokół Mocy Królów i Pustek oraz ich genezy oraz pochodzenia wirusa koncentruje się fabuła.
Tak zarysowuje się początek, przynoszące mnóstwo pytań kto? gdzie? jak? skąd? i dlaczego? Szczerze muszę przyznać, że na większość z nich odpowiedź można znaleźć w drugiej części serii i choć pewne rzeczy zdają się nie trzymać kupy, to jednak przeważnie trzyma (i nie w tym negatywnym znaczeniu kupy). Fabuła ma swoje wzloty i upadki. Raczej nie prezentuje równego poziomu, więc są momenty, na które niemal nie można już patrzeć, jak również takie, które ogląda się z przyjemności. Ciężko tu o jakąkolwiek ogólną ocenę.
Ocenić za to można bohaterów serii. Naturalnie, jako główny bohater, na pierwszy ogień pójdzie Shu. Jest to postać, której oczywistym zadaniem na przestrzeni wszystkich 22 odcinków jest wyczołgać się jakoś ze swojej beznadziejności, krocząc ku zmianom i chwale. Jednym słowem stać się takim bohaterem, którego widz oglądając zdoła polubić, w przeciwieństwie do jego pierwotnej formy. Cel częściowo spełniony, jednak dążenie do niego utrudniły między innymi dwie rzeczy. Pierwsza z nich to mnogie przemyślenia i zagłębianie się w jego kuśtykającą psychikę. Jak wiadomo - co za dużo, to niezdrowo. Powiedzenie ma zdecydowanie odzwierciedlenie w jego postaci, utytłanej aż nadto w kompleksach, tyczących się szczególnie uosobienia doskonałości, lidera Gaia. Ale o nim później. Drugi płotek na protagonistycznym biegu do doskonałości, to wykorzystanie przez twórców (gdzieś tak za połową anime) znienawidzonego przeze mnie schematu, który potrafi zniszczyć nawet najlepiej wykreowanych bohaterów. W tych chwilach miałem ochotę Shu zabić bez litości, brnąc z trudem przez kolejne odcinki chyba tylko po to, żeby dowiedzieć się kiedy ten chłoptaś się w końcu ogarnie. Na jego szczęście tak się dzieje, ale nie jestem pewien czy do końca starcza mu czasu na odbudowanie reputacji. No może...
Ale kimże by był nasz mały mazgaj, bez swojej wiernej podpórki, gotowej wysłuchać wszystkich jego żali? W tej roli obsadzona została Yuzuriha Inori i po części doskonale się do tego nadaje. Cicha, uległa, krocząca zawsze przy Shu, czyli jakaś taka... bez charakteru. Liczyłem na to, że może rozwinie się on nieco, ale z przykrością stwierdzam, że nie jest mocnym punktem serii, a jej rola w pewnym momencie sprowadza się tylko do rozpaczliwego wymawiania imienia głównego bohatera, a takie panny zdecydowanie działają mi na nerwy. Co prawda w fabule można doszukać się pewnego usprawiedliwienia dla jej biernego charakteru, jednak mogła, a nawet powinna być barwniejszą postacią.
Wymieniając obsadę nie można zapomnieć o chodzącym bóstwie, liderze Domu Pogrzebowego. Tsutsugami Gai, przystojny, długowłosy blondyn o niezwykłej charyzmie i zdolnościach przywódczych oraz podziwu godnej umiejętności unikania kul karabinów maszynowych z odległości kilkunastu metrów (rzuciło mi się w oczy kilka takich scen). Doskonały strateg pociągający za sobą tłumy, które nawet nie są w stanie stwierdzić jednoznacznie, czym kieruje się ich lider w walce z władzami. Pomimo tego są gotowi zrobić dla niego wszystko, a poświecenie życia dla Gaia wydaje się być dla nich wyjątkowym odznaczeniem.
Poza tą główną trójką przewija się również kilka postaci drugoplanowych, które odpowiednio rozwinięte mogłyby naprawdę dużo wnieść do serii. Niestety - żadna z nich nie otrzymała wystarczająco dużo czasu antenowego i uwagi, żeby to osiągnąć. A szkoda, bo taką Ayase, dziewczynę sterującą jednym z Endlavów (rodzaj robota) Domu Pogrzebowego, bez najmniejszego wahania zamieniłbym miejscami z Inori, która właściwie jest tam gdzie jest... bo tak. Niestety nie jestem reżyserem i Ayase oraz inni członkowie opozycji, jak młoda hakerka i operatorka Tsugumi, czy świetnie wyszkolony i odpowiedzialny Argo, niewiele mają do powiedzenia w Koronie. Podobnie jak szkolni znajomi Shu: Hare, po kryjomu się w nim podkochująca, oraz wspierająca ją Kanon i dwójka kolegów ze szkolnego kółka filmowego: Yahiro i Souta. Wszyscy co prawda jakąś rolę odgrywają, ale kręci się ona cały czas wokół Shu i zdają się istnieć tylko dla niego, bez własnych wątków czy historii. Jeszcze raz mówię: szkoda, bo niektórzy mogli by nieźle to anime pociągnąć, a nie mają okazji.
Są oczywiście jeszcze antagoniści, ale starczy powiedzieć, że stanowią wysoko postawioną, posiadającą wielką władzę i siłę militarną grupę, która zrobi wszystko by zlikwidować zagrożenie ze strony terrorystów. Najbardziej wyróżnia się tu chyba postać pewnego majora Segaia, ekscentrycznego i sadystycznego człowieka o sporym doświadczeniu. Wykazujący się niebywałym opanowaniem nawet w sytuacji zagrożenia, umiejętnościami manipulacji i nietypowym wyglądem stanowi całkiem ciekawą i udaną postać.
Jako, że na grafice się nie znam, nie będę jej szczegółowo omawiać ani oceniać. Powiem tylko tyle, że jak na moje oko to wygląda niesamowicie i nawet po ponad dwóch latach trzyma się nadspodziewanie dobrze. Moim zdaniem największy plus całej serii. Nie bez znaczenia jest muzyka, która trzyma równie wysoki poziom. Piosenki śpiewane przez Inori (która koniec końców też potrafi zrobić coś dobrze) wpadają w ucho i idealnie komponują się z całością. Zarówno oba openingi jak i endingi, choć może na liście top bym ich nie umieścił, są całkiem udanie i jedyne co może przeszkadzać, to angielska wymowa wokalistki, której na szczęście nie jest tak wiele.
No, trochę się rozpisałem, ale dla tych co jeszcze dotrwali do tego momentu, teraz do brzegu. Podsumowując, mimo wszelkich wad Guilty Crown nadal uważam, że jest to stosunkowo dobra seria. Momenty spowolnienia fabuły nie dają się aż tak we znaki, przeplatane z grubsza dobrymi scenami walk i akcji stanowią znośną kombinację, która w mojej ocenia nie zasługuje na potępienie. Mogę się zgodzić, że anime wyraźnie zainspirowane jest Evangelionem (co do Code Geass nie będę się wypowiadał), jednak z klasycznym plagiatem raczej nie ma aż tyle wspólnego, bo przede wszystkim pozbawione jest charakterystycznej dla Neon Genesis Evangelion psychozy i zdecydowanie łatwiejsze w odbiorze. Choć nie jestem może najlepszą osobą, żeby o tym mówić. I tak dla odmiany od innych recenzji ja serię polecam i zachęcam do obejrzenia. Mam świadomość, że nie każdemu przypadnie do gustu, jednak warto chociaż sprawdzić, czy konkretne stanowisko co do tego tytuły jest uzasadnione.