Nie mogę już mieć z Tobą kontaktu.
Nie wiem, czy Ty przeżywasz to wszystko tak jak ja, ale wiem jedno: nie mogę już dłużej być w Twoim życiu.
Nie chcę być obecny tylko wtedy, gdy Ty mnie potrzebujesz.
Potrzebuję kogoś, o kogo mogę się troszczyć – bo na tym dla mnie polega miłość.
Miłość to wspieranie swojego partnera, gdy ten przestaje wierzyć we wszystko.
Nie chcę być Twoim zbawicielem ani ratownikiem Twojej duszy.
Ale potrafię być przy kimś, kto nie odrzuca mojej obecności pod pretekstem, że "lepiej być samemu".
Nie chcę nikogo, kto ucieka, bo emocjonalnie nie dorósł.
Twoje próby zostania w moim życiu już nic nie zmienią.
Kiedyś, na początku, słuchałeś mnie uważnie.
Myślałem, że interesuje Cię to, co mówię.
I wiem, że rzeczywiście tak było – ale nie z powodu, który ja sobie wtedy wyobrażałem.
Chciałeś się po prostu dopasować do tego, czego ode mnie oczekiwałeś.
Chciałbym, żebyś tym razem jeszcze raz posłuchał mnie uważnie:
Jest już za późno. Nie da się tego naprawić. Ja już Ciebie nie chcę.
Nawet seks – który kiedyś potrafił nas jeszcze połączyć – przestał istnieć.
Nasze ostatnie spotkanie, Twoje naciski, by pojechać na orgię, Twój chłód wobec mnie, traktowanie mojego ciała jak rzeczy, którą chcesz wykorzystać albo wystawić innym – to wszystko zerwało iluzję, przez którą widziałem Ciebie wcześniej.
Nie chcę ranić Cię przykrymi słowami – nigdy tego nie chciałem.
Zawsze pragnąłem Twojego szczęścia, nawet jeśli oznaczało to rezygnację z mojego własnego.
Dziś już tego nie zrobię.
Czuję się lepiej ze sobą.
Bez wiecznego zastanawiania się, czy jestem chciany.
A to oznacza, że uwalniam się także od Ciebie.
I powtórzę Ci to raz jeszcze – z troską i spokojem:
Odetnij się od swojego współlokatora.