Tym razem już nieodwołalnie. To ostatnia recenzja na Bez Popcornu. Brak mi już motywacji do opisywania filmów, a i w najbliższej perspektywie raczej nie będę miał wiele czasu na opisywanie wrażeń po wizytach w kinie. Przygodę z blogowaniem zakończy tekst o naprawdę świetnym filmie, pełnym emocji i niełatwych pytań, z cudowną ścieżką dźwiękową.
Felix Van Groeningen opowiada nam historię zmagania z losem i walkę o prawdziwą miłość. To historia dylematów i ludzkiego dramatu, w którym Didier i Elise będą starali się odnaleźć po śmierci ukochanej córeczki. Po strasznym ciosie będą musieli stawić czoła nowemu życiu i odpowiedzieć na niełatwe pytania. Czy mają prawo obwiniać się wzajemnie? Czy powinni mieć pretensje do innych czy raczej do samych siebie? Krąg miłości oraz wzajemnego zrozumienia okaże się niezbędny do przetrwania. Czy krąg nie zostanie jednak przerwany? A jeśli tak - czy zdąży się z powrotem zamknąć na czas?
Reżyser nie pokazuje zdarzeń chronologicznie. Jednym razem oglądamy narodziny związku bohaterów, po czym przenosimy się na salę oddziału onkologicznego, by za chwilę znaleźć się na przyjęciu urodzinowym małej Maybelle. Na powitanie dostajemy jednak w twarz widokiem cierpiącej dziewczynki, by po chwilę poznać okres beztroskiego szczęścia młodej rodziny. Bohaterowie chociaż dość ekscentryczni, są cholernie autentyczni i szczerzy. Ich los jest przejmujący, a film mocno oddziałuje emocjonalnie na widza. Duża w tym zasługa koncertowo spisujących się aktorów grających główne role.
Jedyna rzecz, której w tym filmie nie kupuje to bunt Didier wobec systemu i amerykańskiej polityki wobec badań nad komórkami macierzystymi. Wątek ten został wyraźnie i mocno zaznaczony, ale nie pasuje mi do klimatu filmu. Przez większość czasu oglądamy prywatny, osobliwy dramat pary, w obliczu którego polityczne tyrady Didiera są trochę nieadekwatne. Ma się raczej wrażenie, że reżyser czuł potrzebę zademonstrowania własnych poglądów, ale wychodzi z tego jednowymiarowy i wąski wywód.
W kręgu miłości ma doskonały klimat. Zdjęcia i urzekająca ścieżka dźwiękowa są doskonale zgrane z wydarzeniami na ekranie. Chociaż film jest dojmująco smutny, to trudno się od niego oderwać, a czas w kinie mija niemal niepostrzeżenie. Coś pięknego.
Cieszę się, że ostatni tekst na blogu dotyczy tak znakomitego filmu. Dziękuję wszystkim, którzy przez cały czas dopingowali mnie do pisania, czytali recenzje, komentowali, lajkowali (i czasem też hejtowali) tę stronę. Dziękuję też poznańskiemu Kinu Muza za współpracę, bez której pewnie nie obejrzałbym niejednego znakomitego filmu. No i tyle! Baj baj! :)
A na zakończenie soundtrack z opisanego wyżej filmu. Miłego słuchania.
Występują: Alec Baldwin, Cate Blanchett, Sally Hawkins, Bobby Cannavale, Peter Sarsgaard.
Fot. theatlantic.com
Woody Allen ma coś z huśtawki. Jakoś tak wychodzi, że ostatnimi laty co drugi film nowojorczyka jest dobry. Po kiepskich Zakochanych w Rzymie można było oczekiwać więc wzrostu formy. No i stało się - Blue Jasmine naprawdę daje radę, chociaż obok klasycznego "allenowskiego" humoru, nie brak w tym filmie goryczy.
Jasmine próbuje podnieść się po ciężkich życiowych przejściach. Jej mąż okazał się finansowym naciągaczem, który budował fortunę kosztem innych ludzi. Kobieta mając przy boku bogacza była częścią towarzyskiej śmietanki Nowego Jorku. Obracała się w najwyższych sferach i ubierała w najdroższych butikach. Teraz zostaje z niczym i jedzie do San Fransisco do swojej przybranej siostry (którą nota bene mąż Jasmine także oskubał z pieniędzy) szukając nowego życia. Ginger jest kompletnym przeciwieństwem Jasmine. Prowadzi skromny i prosty żywot, który wypełnia praca w markecie i wieczorne piwko z nieokrzesanym narzeczonym - Chillim. O dawnym blichtrze, bogactwie i ubraniach od Hermesa główna bohaterka może zapomnieć. Czeka ją zderzenie z przyziemną rzeczywistością, codzienną pracą i powracającą nerwicą. Na horyzoncie pojawi się jednak nowy mężczyzna i szansa na powrót do wyższych sfer.
W Blue Jasmine nie brakuje niczego, do czego przyzwyczaił nas Woody Allen w swoich "amerykańskich filmach". Jest charakterystyczne poczucie humoru tkwiące szczególnie w dialogach, jest cała masa relacji damsko-męskich i wszelkich perturbacji z nich wynikających. Chociaż akcja toczy się głównie w Kalifornii, to nie brak wizyt i odniesień do ukochanego przez Allena Nowego Jorku. Jednak w przeciwieństwie do ostatnich filmów reżysera, z najnowszego obrazu bije wyjątkowa gorycz. Twórca nie tyle nabija się tutaj (po raz kolejny) z elit i szydzi z ich sposobu życia, co bardziej pokazuje (bez większego humoru) zagubienie Jasmine, której zawalił się świat, a następnie przygląda się próbom jego odbudowy. Kobieta niby stara się rozpocząć nowe życie, podejmuje się pracy i próbuje robić kurs obsługi komputera. W rzeczywistości chce jednak z powrotem swojego księcia na białym koniu, przy boku którego będzie mogła zająć się działalnością charytatywną i organizacją przyjęć dla znamienitych przyjaciół. Pragnie ponownie być KIMŚ, chociaż doskonale wie, że poprzednie życie było czymś fałszywym, było jedynie fasadą skrywającą finansowe oszustwa.
Bohaterowie filmu generalnie żyją złudzeniami i wierzą w ich spełnienie. Losy Jasmine już znamy, ale nie tylko ona ma ten problem. Jej mąż wierzył, że zawsze będzie mógł bezkarnie oszukiwać ludzi. Ginger z kolei pakuje się w wątpliwy związek z Chillim, przy czym oboje są przekonani, że wspólne mieszkanie wypełni ich życie szczęściem. Allen nie stara się moralizować i oceniać postaw swoich bohaterów. Wydaje się jednak, że losy Jasmine mówią w tym wypadku same za siebie i wyraźnie pokazują nastawienie twórcy do takich postaw.
Film jest aktorskim popisem Cate Blanchett. Nie bez przyczyny to jej twarz znajduje się na wszystkich plakatach reklamujących film - to jej show. Aktorka doskonale pokazuje wahania nastrojów, wybuchy paniki czy zakłopotanie podczas wymyślanych na poczekaniu kłamstw. Bardzo barwnie wypada również Sally Hawkins w roli niezbyt rozgarniętej Ginger. Wiarygodnie odgrywa tutaj rolę prostej kobiety, która nie do końca ma pomysł na swoje dalsze życie.
Oby Woody Allen nie wracał już do portretowania kolejnych miast, płacących za kręcenie filmu na ich terenie. Zdecydowanie lepszy efekt osiąga bowiem pisząc po prostu dobre historie.
Nadine Labaki ujęła mnie swoją wizją świata w filmie Dokąd Teraz. Mówiła o ważnych rzeczach z humorem, dystansem, tworząc wyraziste postacie ze szczególnym upodobaniem silnych kobiet. Wczoraj TVP 2 wyemitowała wcześniejszy film libańskiej reżyserki - Karmel. Nie mogłem odpuścić.
Salon piękności w centrum Bejrutu to miejsce spotkań pięciu kobiet. Każda z nich jest inna i każda ma swoje indywidualne problemy. Łączy je jedno - bardzo pragną miłości i akceptacji, a na drodze do szczęścia każdej z nich stoją rozmaite przeszkody. Layale jest zakochana w żonatym mężczyźnie, który traktuje ją jako odskocznię od rodzinnego życia. Nisrine czeka na ślub z ukochanym, ale musi przywrócić sobie dziewictwo, gdyż jej wybranek nie wie, że spała już kiedyś z innym facetem. Rima zdaje się bardziej interesować kobietami i stylizuje się na mężczyznę. Jamale ma z kolei problem z akceptacją swojego wieku i menopauzą. No i jest jeszcze Rose - najstarsza z całej grupy, która podejmując wszelkie decyzje musi brać pod uwagę nie do końca sprawną umyśle krewną Lili, którą ma pod swoją opieką.
Salon piękności prowadzony przez trzy kobiety staje się miejscem, gdzie bohaterki podejmują decyzję, zwierzają się sobie z tajemnic i sekretów oraz znajdują zrozumienie dla swoich problemów. Czy wszystkie zostaną rozwiązane? Otóż nie. Tytuł filmu przekłada się na fabułę w dwójnasób. Po pierwsze, karmel służy w salonie do depilacji - to ta bezpośrednia konotacja. Ale ciekawsza jest druga. Słodko-gorzki smak karmelu jest dokładnie taki jak losy bohaterek. Części z nich uda się złapać szczęście za nogi, ale pozostałe będą musiały poczekać na swoją kolej. Jak to w życiu - raz na wozie, raz pod wozem.
Siłą filmu Labaki jest jego bezpretensjonalność i lekkość. Nie ma co doszukiwać się tutaj wielkiej głębi i szukać górnolotnych słów na temat jego przekazu. To po prostu historia o poszukiwaniu miłości skąpana w klimacie Bejrutu, gdzie Chrześcijaństwo i Islam przenikają się wzajemnie, tworząc kulturowy tygiel. Ten z kolei da się wyraźnie odczuć na ekranie, chociażby podczas groteskowej swoją drogą procesji z Matką Boską przez dzielnicę czy rozmów Nisrine z rodziną.
W Karmelu niemal wszyscy bohaterowie są wyraziści, nawet Ci męscy, których reżyserka plasuje w epizodycznych rolach. Żywiołowo reagują, dyskutują, są bardzo autentyczni w swoich emocjach. Dzięki temu film ogląda się z prawdziwą przyjemnością i jednym tchem.
Nadine Labaki po pięknym debiucie, równie dobrym drugim filmie przestała być już tylko ciekawostką w postaci reżyserki z Bejrutu. Pozostaje czekać na kolejny jej film i liczyć, że po raz kolejny oczaruje widzów na całym świecie.
Występują: Edward Dziewoński, Tadeusz Łomnicki, Leon Niemczyk
Fot. sfkadr.com
Film składa się z dwóch niezwiązanych ze sobą fabularnie nowel. Pierwsza z nich to losy cwaniaczka - Dzidziusia Górkiewicza, który zostaje nieco przypadkowo bohaterem trwającego właśnie w Warszawie powstania. Głównego bohatera poznajemy w momencie, gdy wymyka się z irracjonalnej musztry podczas szkolenia wojskowego i ucieka pod Warszawę do swojej rodzinnej miejscowości, gdzie stacjonują oddziały węgierskie. Okazuje się, że Madziarzy chcą wesprzeć powstańców w walce z niemieckim okupantem. Dzidziuś pośredniczy w kontaktach pomiędzy dowództwem AK w stolicy oraz Węgrami ryzykując przy tym życie podczas przedzierania się przez niemieckie pozycje do Warszawy. Górkiewicz nie jest archetypowym bohaterem-patriotą, ale zwykłym człowiekiem, cywilem, dla którego liczy się przede wszystkim przeżycie wojny, a nie zdobywanie kolejnych przyczółków Śródmieścia. Choć podejmuje się heroicznej misji, nadal pozostaje cwaniaczkiem i lowelasem, co nadaje scenom w filmie groteskowego charakteru. Niosąc meldunki bohater upija się choćby z łączniczką znaleźnym winem, po czym dręczony ciężkim kacem pada ofiarą humoru niemieckiej załogi czołgu. Koniec końców Dzidziuś i tak postanawia dołączyć do oddziałów walczących w Warszawie.
Munk poddaje w tej części krytyce pewien stereotyp powstańca-bohatera pozbawionego słabości i jakiejkolwiek skazy. Pokazuje, że wiele osób zostało bohaterami wojny przy okazji, bez otoczki w postaci jakiejś szczególnej ideologii czy patosu. Czasem, jak w przypadku Dzidziusia decydowała spontaniczna decyzja. Munk nie kpi jednak w żadnym wypadku z powstańców i ich bohaterstwa, a jedynie pokazuje w humorystyczny sposób, że nie jest to jedyna droga, by zapisać się na kartach historii. Mocną stroną pierwszej noweli jest właśnie wspomniany dystans i lekki dowcip, który sprawia, że Dzidziuś budzi w widzach autentyczną sympatię.
Fot. wydarzenia.o.pl
Druga część Eroici nie jest już utrzymana w humorystycznym tonie. Jej akcja toczy się w niemieckim obozie dla oficerów. Przetrzymywanych tam Polaków obejmują zapisy Konwencji Genewskiej, więc warunki ich życia nie należą do najgorszych. Do obozu trafiają właśnie dwaj nowi jeńcy - Kurzawa i Szpakowski, którzy dołączają do pokoju zamieszkanego przez obozowych weteranów. Stanowią oni pełen przekrój postaw i osobowości. Prym nadaje Korwin-Makowski, wyższy oficer, który stara się utrzymać żołnierski dryg wewnątrz grupy, broniąc przy tym godności polskiego mundury. W grupie jest też kombinator Krygier, który pełni rolę obozowego bukmachera, stojący na uboczu oficer o pseudonimie Turek oraz darzący towarzyszy niechęcią porucznik Żak. Wszyscy oni żyją legendą o jedynym żołnierzu, któremu udało się uciec z obozu. Jest nim porucznik Zawistowski, a jego heroiczny wyczyn okaże się w rzeczywistości zupełnie odmienny od tego, żyjącego w wyobraźni obozowej braci.
Munk przedstawia polskich oficerów jako wewnętrznie niejednolitą i skłóconą grupę, która nie potrafi w prosty sposób dojść do porozumienia nawet w przypadku codziennych spraw. Przedstawieni bohaterowie kłócą się o drobnostki, tworząc niezdrową i nieprzyjemną atmosferę. Munk zdaje się pokazywać, że mówienie o polskich oficerach, jako spójnej grupie jest błędem. Jeńcy żyją legendą o ucieczce Zawistowskiego, która okaże się mitem. Jego domniemany heroizm stanie się jednak motorem napędowym dla Żaka i popchnie go do nierozważnych czynów, które sprawią, że śmierć dwukrotnie zapuka do obozowych bram.
Przez film przetoczyła się w swoim czasie fala krytyki, zarzucająca mu szydzenie z powstania i dezawuowanie postawy bohaterskiej. Jestem ciekawy, czy stworzenie podobnego dzieła w obecnym czasie skutkowałoby równą burzą. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że przy dzisiejszym klimacie politycznym, poziomie dyskusji i atmosferze w jakiej toczą się "powstańcze" debaty taki film rozpaliłby naszą opinię publiczną na długi czas.
Munk nakręcił Eroicę w odpowiedzi na Kanał Andrzeja Wajdy, który z pewnością będzie drugim filmem, który obejrzę online dzięki udostępnionym na Youtube kolekcjom Kadru i Toru.
Fot. materiały prasowe. Mobilne Kino Skody na Moście Jordana.
O tym, że nie miałem okazji uczestniczyć w tym roku w Festiwalu zbyt aktywnie pisałem wcześniej wielokrotnie. W związku z tym nie zamierzam opisywać kompleksowo Transatlantyku, bo nie czuję się na tyle kompetentny, by pisać rzetelnie o każdym aspekcie imprezy. Mimo rzadkich wizyt w salach Festiwalu, udało mi się jednak zaobserwować kilka naprawdę pozytywnych zmian w stosunku do poprzednich edycji.
Już rok temu pisałem w podsumowaniu Festiwalu, że w głównej siedzibie imprezy zaczyna się robić ciasno. Najwyraźniej organizatorzy również dostrzeli to zjawisko, gdyż do współtworzenia Transatlantyku zaproszono w tym roku obok Kina Muza również Kino Pałacowe w Zamku, które nieco odciążyło sale multipleksu. Bardzo ciekawą alternatywą dla seansów wieczornych (czytaj - najbardziej obleganych) stało się mobilne kino firmowane przez Skodę, które obejmowało atrakcyjnie zaaranżowane pokazy plenerowe realizowane każdego dnia w innym, nietypowym dla tego typu przedsięwzięć punkcie miasta. Ten punkt programu zastąpił realizowane w minionych edycjach pokazy pod chmurką wyświetlane w starym korycie Warty. Rozwinięto również kino łóżkowe, którego powodzenie najwyraźniej zaskoczyło samych organizatorów powodując awarię systemu zapisów. Plusem było też przeniesienie klubu festiwalowego na Plac Wolności. Powyższe elementy bardzo fajnie wpisały się w coraz wyraźniejszy trend organizacji różnych przedsięwzięć w przestrzeni miejskiej.
Fot. materiały prasowe. Silent disco w klubie festiwalowym.
Detalem, który irytował mnie od samego początku istnienia Festiwalu, a który wyeliminowano podczas tej edycji były paski styropianu, na których wyświetlano dodatkowe napisy podczas niektórych filmów (posiadających oryginalne napisy w języku angielskim). W końcu zastąpiono je estetycznym płótnem, które nie sprawia wrażenia prowizorki. Dużo bardziej komfortowo urządzono również biuro prasowe, które wyniesiono z zatłoczonego holu kina. Tematycznie Transatlantyk nadal kładzie duży nacisk na problemy globalne, konflikty, ekologię. Skręca przy tym w lewo, co może się nie podobać części widowni, ale konsekwencji w tej kwestii nie można twórcom odmówić.
Naprawdę bardzo podoba mi się fakt wynoszenia elementów imprezy w przestrzeń miejską. Pogoda na początku sierpnia z pewnością sprzyja takim pomysłom. Warto wspomnieć też, że plenerowe punkty programu są darmowe. Strasznie kibicuję rozwojowi Transatlantyku, uważam, że staje się jedną z najbardziej wartościowych imprez kulturalnych Poznania. Głównie dzięki swojej bardzo dużej dostępności i przystępności, za którą idzie w parze wysoka wartość w postaci szerokiej palety pokazywanych filmów. Pozostaje tylko odliczać dni do kolejnej edycji!
Kang-do Lee jest człowiekiem zimnym i okrutnym. Zajmuje się egzekwowaniem długów od ludzi, którzy pożyczyli stosunkowo niewielkie kwoty pieniędzy od mafii, ale nie byli w stanie ich spłacać wraz z rosnącymi z zawrotną szybkością odsetkami. Kang-do ma na to receptę. Kaleczy ludzi - łamie im nogi, odcina kończyny, zrzuca z okien, zapewniając pokrycie długów z polis ubezpieczeniowych nieszczęśników. Kang-do prowadzi przy tym samotne życie w obskurnym mieszkaniu, nie przywiązując szczególnej wagi do estetyki i porządku. Ascetyczne życie bohatera ulegnie drastycznym przeobrażeniom, kiedy pewnego dnia na progu jego kawalerki pojawi się kobieta podająca się za jego matkę. Matkę, która porzuciła go zaraz po narodzinach.
Kim Ki-duk kreśli w swoim filmie wielopoziomowy obraz cierpienia, które przyjmuje różnorodne wymiary. Główny bohater zmaga się z emocjonalnie pustym życiem i brzemieniem wywołanym specyficzną pracą. Reżyser wyraźnie sugeruje, że jego obecna sytuacja to efekt trudnego dzieciństwa i wychowania bez rodziców. Cierpią też z oczywistych powodów dłużnicy, cierpi tajemnicza kobieta, cierpią nawet zwierzęta, które mniej lub bardziej przypadkowo wchodzą w drogę Kang-do. Cierpią również w końcu widzowie, którzy są przez reżysera raczeni brutalnymi i momentami obrzydliwymi scenami.
To potwornie ciężki i wyjątkowo smutny obraz. Podobnie jak w przypadku biblijnego pierwowzoru, w Piecie Kim Ki-Duka również mamy cierpienie matki, które w filmowej wersji przekuwa się jednak w nieoczekiwaną sekwencję zdarzeń. Nie napiszę o co chodzi, nie chcę zdradzać zakończenia. Reżyser udanie tworzy pomost pomiędzy koreańską kulturą i azjatyckimi zwyczajami (chociażby policzkowanie jako wymiar upokorzenia, wysoki szacunek dla starszych), a stosunkowo uniwersalną tematyką przyswajalną przez europejskiego widza.
W trakcie seansu z wypełnionego niemal po brzegi kina wyszło kilkadziesiąt osób. Nie jestem wrażliwy na krew i przemoc na ekranie, nie ruszają mnie też zbytnio w filmach obrzydliwe rzeczy. Ale jest moment w Piecie, w którym ja też poczułem się nieco zgorszony. Kim Ki-duk jedzie wówczas po bandzie i wcale nie chodzi o szczególnie drastyczne ujęcia, ale po prostu o całą chorą sytuację, którą widzimy na ekranie i jej kontekst. A to i tak połowa drogi, bo pełną dramaturgię tych scen uświadamiamy sobie dopiero po zakończeniu filmu.
Pieta ma ponury klimat tworzony przez jesienno-zimową aurę, koreańską codzienność pokazaną w szarych barwach i nastrojową muzykę. Reżyser prawie nie pokazuje optymistycznych scen w filmie. Mimo to, ze wszystkich trzech filmów, które widziałem podczas Transatlantyku - ten zdecydowanie najszybciej pożarł mój czas. Ani się obejrzałem, a pojawiły się napisy końcowe. Aktorsko zdecydowanie najciekawiej wypada moim zdaniem Min-soo Joo w roli tajemniczej kobiety. Jej postać stara się utrzymywać przez cały czas kamienną twarz, a jednak daje się wyczuć ogromne emocje skrywane pod tą maską.
Pieta to z pewnością najbardziej intrygujący, ale też najtrudniejszy film, jaki miałem okazję obejrzeć podczas Transatlantyku. Dawno żaden obraz w kinie nie zrobił na mnie takiego wrażenia, ale też dawno nie miałem tak dużego problemu, żeby określić swoje emocje wobec filmu. Na pewno nie polecam osobom, które szukają w kinie wytchnienia.
Cornelia to bogata, pewna siebie kobieta. Jest wysoko postawioną urzędniczką z szerokimi wpływami. Nie chce się pogodzić z samodzielnym życiem swojego ponad 30-letniego syna Barbu, którego uważa za niezaradnego. Mimo wyraźnej niechęci i ignorancji ze strony swojej pociechy, Cornelia chętnie wtrąca się w jego sprawy, tłumacząc sobie przy tym wszystkie jego ignoranckie zachowania. Prawdziwą próbą jej uczuć okaże się spowodowany przez Barbu wypadek drogowy, w którym zginie nastoletni chłopiec. Matka zrobi wszystko, by jej syn nie poszedł do więzienia.
Film pokazuje dwustronny ludzki dramat. Ona - spełniona, dojrzała kobieta, która zapatrzona w syna niczym w obrazek chciała dać mu wszystko. Posyłała go na dodatkowe zajęcia, spełniała zachcianki. A teraz on odwraca się od niej i wręcz darzy matkę nienawiścią. Co ciekawe kolejne afronty ze strony Burby wręcz nakręcają Cornelię do jeszcze bardziej intensywnych prób zbliżenia do syna. Największym dramatem okaże się końcowa sekwencja filmu, kiedy coś w niej pęknie i wygłosi robiący olbrzymie wrażenie monolog przed matką ofiary wypadku. W pokoju znajdą się wówczas dwie kobiety, które straciły swoje dzieci.
Drugą stronę historii reprezentuje 30-letni facet, który poraża swoją nieporadnością. Przez cały film odzywa się raptem kilka razy, mimo że to jego dotyczy wypadek. Wychowany pod kloszem, mający obsesję na punkcie higieny i nieudolny w budowaniu swojego związku z Carmen. Wprawdzie dostrzega wchodzącą w jego życie matkę i próbuje się przeciwko temu buntować, ale czy w rzeczywistości nie jest po prostu wygodniej z mamą, która wszystko załatwi? Jego próby sprzeciwu są dość niemrawe. Reżyser zdaje się wysuwać oskarżenie w kierunku takich rodziców jak Cornelia, którzy wychowali pokolenie niezaradnych "dużych dzieci".
Niemal cały film nakręcono drżącą kamerą. Takie ujęcia sprawiają wrażenie bliskości widza z bohaterami - siedzimy z nimi przy stole, jemy posiłki, obserwujemy kłótnie. Co więcej, reżyser skupia się na pokazywaniu twarzy. Olbrzymia większość filmu to zbliżenia nastawione na pokazanie emocji postaci. Żadnych fajerwerków, scenograficznych błyskotek i muzyki, które odciągałyby uwagę od bohaterów. To Burba i jego matka są najważniejsi. Aktorzy spisują się świetnie, a Luminita Gheorghiu doskonale pokazuje zróżnicowane emocje - od troski, przez gniew aż po rozpacz. Nie wpada jednak w skrajności i przesadę pozostając cały czas wiarygodną dla widza.
Jedyną rzeczą, która momentami mi przeszkadzała to strasznie powolny rozwój wypadków. Myślę, że podkręcenie tempa nie wpłynęłoby negatywnie na wymowę filmu. No i znowu niemal brak muzyki w tle. Trochę szkoda, że tak wiele ambitnych filmów rezygnuje właściwie ze ścieżki dźwiękowej, jakby to oznaczało od razu skręt w stronę wysokiej komercji i konieczności wydania płyty z soundtrackiem.
Drugi film na Transatlantyku - jak najbardziej na plus. Dzisiaj wybieram się na "Pietę" po kolejną porcę psychologicznej dramaturgii. Będzie to niestety ostatni seans, jaki uda mi się zaliczyć na tegorocznej edycji Festiwalu.
P.S. Osobom z wrażliwym błędnikiem nie polecam zajmowania miejsc w pierwszych rzędach podczas oglądania filmu Pozycja dziecka. Drżąca kamera sprawiła, że seans z bliskiej odległości był trochę jak przejażdżka kolejką górską. Niefajnie.
Występują: Armando Espitia, Linda Gonzalez, Juan Eduardo Palacios
Fot. pastemagazine.com
Heli mieszka z całą rodziną na głębokiej meksykańskiej prowincji w domu przypominającym skleconą z odpadów lepiankę. Rytm życia wyznacza praca w fabryce, do której każdego dnia tytułowy bohater jeździ ze swoim ojcem. Wolne chwile, rodzinie wypełnia oglądanie telewizji i konsumpcja śmieciowego jedzenia. Nie ma miejsca na radość, empatię czy wspólne rozmowy. Naiwne zauroczenie nastoletniej siostry Heliego w starszym od niej uczniu szkoły policyjnej będzie nieoczekiwanie początkiem poważnych kłopotów.
Temat wojen meksykańskich karteli narkotykowych jest od jakiegoś czasu dość popularny w polskich mediach (polecam reportaże Artura Domosławskiego publikowane w Polityce). O ile teksty dziennikarskie zazwyczaj dotyczą całego społeczeństwa i poruszają szerokie konteksty, o tyle Amat Escalante analizuje jedną sytuację, konkretną rodzinę, fotografując realia jej życia oraz otaczającą rzeczywistość. Przygląda się przyczynom, przebiegowi i pokazuje druzgocące skutki wydarzeń, które wywołały dwie ukradzione paczki kokainy. A wszystko to bez oceniania i moralizatorstwa, z pewnym chłodem i dystansem.
Film obok tak oczywistych rzeczy jak wyjątkowa brutalność i bezkarność karteli czy nakręcająca się spirala przemocy pokazuje jeszcze jedną, poruszającą kwestię. Mianowicie rozpad życia rodzinnego, wywołany tragedią. Heli nie rozmawia o zajściu z żoną, jedynie tłumi w sobie bezradność i narastającą frustrację, która w końcu znajduje swoje ujście prowadząc do kolejnej, być może równie bezsensownej tragedii. Uderza również obojętność ludzi wobec wszechobecnej, spowszedniałej przemocy. Choć w filmie nie brakuje brutalnych scen, to i tak największe wrażenie zrobiła na mnie kobieta, która jakby nigdy nic parzy herbatę, w trakcie trwających w pokoju obok bestialskich tortur.
Narracja w filmie jest przez większość czasu powolna, akcja przyspiesza tylko w jednym momencie, by ponownie zwolnić na ostatnie 20-30 minut. Odniosłem wrażenie, że końcowy fragment jest już jednak nieco przeciągnięty i nie wnosi wiele nowego do opowiadanej historii. Twórcy raczą nas w dużej mierze spokojnymi, długimi ujęciami, które z pewnością nie przypadną wszystkim do gustu. Odbiór filmu jak zawsze utrudniała mi uboga ścieżka dźwiękowa, której dobitniejsze brzmienie można policzyć na palcach jednej ręki.
Heli to mocne i wyraziste kino, które nie ocenia wprost i pozostawia widzowi duże pole do popisu w tym obszarze. Niestety już wiem, że podczas tegorocznego Festiwalu uda mi się może obejrzeć nie więcej, niż 2-3 filmy. Pozostaje mieć nadzieję, że wiele wartościowych produkcji trafi do dystrybucji także poza festiwalowym obiegiem.
Występują: Geoffrey Rush, Jim Sturgess, Sylvia Hoeks, Donald Sutherland
Fot. thelowdownunder.com
Virgil Oldman jest licytatorem i wielkim znawcą dzieł sztuki. Prowadzi aukcje, podczas których sprzedaje prace nawet najbardziej znanych artystów. Dzięki współpracy z kumplem Billym udaje mu się robić przy okazji małe przekręty i za bezcen skupować obrazy mistrzów tworząc wartą miliony prywatną kolekcję. Virgil zajmuje się też wyceną prywatnych dzieł i ich przygotowaniem do sprzedaży. Pewnego dnia otrzymuje zlecenie od tajemniczej dziewczyny, której willa jest wręcz wypełniona wartościową sztuką. Sama zleceniodawczyni okaże się skrywać niesamowitą historię, która obudzi w Virgilu wyjątkowe pożądanie.
Nie ma sensu zagłębiać się w fabułę i rozpisywać na temat jej szczegółów, bo zwyczajnie popsuję Wam zabawę. Najlepszym rozwiązaniem w przypadku tego filmu to nie czytać spoilerujących opisów, tylko po prostu dać się prowadzić za rękę twórcom Konesera. W filmie pada ważne pytanie - czy wszystko może być falsyfikatem? Owszem, może. Powiem tylko, że kiedy wszystko wydaje się być już oczywiste i zbliżają się końcowe napisy, twórcy wywracają całość do góry nogami pokazując swoje zręczne fałszerstwo.
Film jest znakomicie zagrany. Wszyscy aktorzy bez wyjątku spisują się naprawdę znakomicie, a już grający Virgila Geoffrey Rush szczególnie. Jego wybuchy furii i kwieciste słowa wypowiadane nienaganną angielszczyzną cieszą oko i ucho. Warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze świetne, błyskotliwe dialogi, od których nie bije tandetnym sentymentalizmem czy banałem, a niejednokrotnie skrzy się w nich od ironicznego humoru. Po drugie doskonale napisane postacie - niejednoznaczne, skrywające swoje tajemnice przed otoczeniem. Po seansie można zadać sobie pytanie - kto był falsyfikatem, a kto oryginałem?
Pod względem technicznym film jest bez zarzutu. Piękna muzyka Ennio Morricone brzmi niemal bez przerwy. Cisza zapada dokładnie wtedy, kiedy powinna, podkreślając dobitnie klaustrofobiczną atmosferę chwili na ekranie. Atmosfera, która bije z ekranu przyciąga uwagę i nie pozwala się nudzić. Film ma może jedno chwilowe spowolnienie akcji, ale nie wpływa ona na odbiór ogółu.
Jedyną rzeczą, której absolutnie nie mogę pojąć jest polski tytuł. Dystrybutor chyba próbował przyciągnąć widza do kin sugerując, że obejrzy horror/thriller (coś w stylu Kolejkcjoner?). Oryginalny tytuł The Best Offer ma olbrzymie znaczenie w kontekście filmu i całej fabuły, potęguje wręcz jego przewrotność. A Koneser? Nijak się ma do tego i jest po prostu do dupy.
Poza tą jedną wadą nie mającą właściwie wpływu na odbiór, trudno mi znaleźć coś, do czego mógłbym się przyczepić. Naprawdę świetne, zaskakujące kino.
Występują: Freddie Highmore, Vera Farmiga, Olivia Cooke, Nicola Peltz, Max Thieriot
Fot. gaffchield.com
Norma Bates i jej syn Norman zaczynają nowe życie. Po tajemniczej śmierci męża, kobieta decyduje się na zakup starego motelu w zabitej dechami dziurze White Pine Bay. Pobyt w nowym miejscu rozpocznie zbrodnia, która nakręci spiralę przemocy i stworzy oś głównych wydarzeń w serialu. Pojawią się policjanci prowadzący szemrane interesy, zbuntowany syn bohaterki - Dylan. Z kolei Norman szybko pozna nowych znajomych ze szkoły - ponętną Bradley i równie urodziwą, chorującą na mukowiscydozę Emmę. A wszystko to powoli zacznie tworzyć tło do wydarzeń, które znamy z Psychozy.
Nawiązanie do historii stworzonej przez Hitchcocka jest dość swobodne. Warto w pierwszej kolejności obejrzeć ten klasyk kinematografii, by wychwytywać pewne subtelne znaki, które prowadzą do finału filmu z 1960 roku.
Fabuła serialu rozwija się dynamicznie i wielowątkowo. Główną osią są kryminalne problemy Normy, które zaczynają się już w pierwszym odcinku. To one napędzają rozwój historii i głównie dzięki nim wprowadzani są nowi bohaterowie. Drugim najważniejszym wątkiem są losy nieco dziwnego i zamkniętego Normana. Chłopak wchodzi w skomplikowane relacje zarówno z rówieśnikami, jak i dziwnie nadopiekuńczą mamą oraz bratem. Ostatni element układanki to losy Dylana pracującego w narkotykowej branży oplatającej swoimi mackami całe miasteczko. W każdym wątku mamy namiętności, zbrodnie, emocje, nudy nie ma.
Akcja rozgrywa się szybko, a scenariusz jest logiczny. Serial chociaż trzyma w napięciu jest nieco nierówny. Są lepsze odcinki (np. doskonały, w którym dowiadujemy się prawdy o śmierci ojca Normana) i zdecydowanie gorsze - chociażby ostatni ze stosunkowo przewidywalnym i rozczarowującym zakończeniem. Wielokrotnie fabuła potrafi jednak zaskoczyć swoim zwrotem, wciągając w kolejne odcinki.
Bardzo wiernie odtworzono sam motel przedstawiony w Psychozie. Serial ma naprawdę niezły klimat, który podkreślają dobre zdjęcia i odpowiedni dobór aktorów. Młody Norman grany przez Highmore'a nie dość, że jest podobny do pierwowzoru z filmu Hitchcocka, to jeszcze emanuje lekkim szaleństwem i niepokojącym błyskiem w oku. Nawet w jego oficjalnym zwrocie "matko" jest coś dziwnego. Na ekranie świetnie spisują się też w moim odczuciu Vera Farmiga w roli rozchwianej emocjonalnie matki (nominowana do nagrody Emmy) oraz Olivia Cooke jako Emma. Są naturalne, a prezentowane uczucia - wiarygodne. Nieco gorzej wypada chociażby Max Thieriot jako Dylan oraz Nicola Peltz, którzy zdają się wykorzystywać zamknięty pakiet min.
Bates Motel nie jest serialem, który wywołuje trzęsienie ziemi na rynku, nie wpływa też na losy świata, ale co tu dużo mówić - nie ma takich aspiracji. Jest za to naprawdę wdzięcznym towarzyszem na nudniejszą część wakacji. No i ma jeszcze jeden duży plus. Nakręcono do tej pory tylko jeden sezon, więc jeśli Was wciągnie to nie zarwiecie 3 tygodni na obejrzenie wszystkich dotychczasowych odcinków, czego ja zawsze obawiam się rozpoczynając oglądanie serialu.
W tym roku nastawiam się przede wszystkim na produkcje nagrodzone na najważniejszych europejskich festiwalach, a jeśli czas pozwoli - na nadrobienie zaległości umieszczonych w sekcji Sezon. Z pewnością nie będę w stanie uczestniczyć w prelekcjach, galach, kinie kulinarnym, o konkursie kompozytorskim czy koncertach gwiazd nie wspominając :(.
Poniższa lista to próba wyciągnięcia esencji z tegorocznego programu. Taki Transatlantyk w pigułce (niektóre opisy pochodzą ze strony Festiwalu). Seanse wszystkich poniższych filmów odbywają się w godzinach wieczornych.
1. Pieta. Reżyseria: Kim Ki-duk
Film nagrodzony Złotym Lwem podczas ostatniego Festiwalu w Wenecji to historia przepełniona religijną symboliką. Opowieść o bezwzględnym człowieku zajmującym się wymuszaniem pieniędzy od zadłużonych ludzi, który pewnego dnia spotyka na drodze tajemniczą kobietę podającą się za jego matkę.
2. Pozycja Dziecka. Reżyseria: Calin Peter Netzer
Kolejny laureat festiwalowej nagrody - tym razem Złotego Niedźwiedzia na Berlinale. Barbu stara się za wszelką cenę usamodzielnić. Ma 34 lata, a jego matka ciągle wchodzi w jego życie, bo jest jej jedynym synem, jej małym chłopcem. Kiedy on spowoduje groźny wypadek, mama zrobi wszystko, by syn nie znalazł się za kratami.
3. Heli. Reżyseria: Amat Escalante.
Nagroda za najlepszą reżyserię na Festiwalu w Cannes. Estela ma 12 lat i pragnie jak najszybciej rozpocząć dorosłe życie z dala od swojej rodziny. Aby zrealizować to marzenie, zamierza uciec ze swoim ukochanym – młodym uczniem szkoły policyjnej. Kres ich wspólnym planom kładzie afera narkotykowa, w którą zostaje uwikłana rodzina Esteli.
4. Oto Martin Bommer. Reżyseria: Chad Hartigan
Oto Martin Bonner, bohater podobny do każdego z nas. Ani brzydki, ani ładny, szalenie wesoły czy przesadnie smutny – po prostu zwykły. Choć może nie do końca, ponieważ Bonner nagle postanowił zrobić coś, na co wielu nie miałoby odwagi. Czuł, że nie odnajduje się w swoim codziennym życiu, postanowił zatem odciąć się od rodziny i świata, który mijał dzień w dzień z coraz większym znużeniem. Rzucił wszystko (choć na dobrą sprawę nie miał czego, skoro po niepowodzeniach w poprzedniej pracy stał się bankrutem) i przeprowadził się do małej miejscowości w Nevadzie, gdzie podjął pracę jako koordynator wolontariuszy, pomagających opuszczającym więzienie w przystosowaniu się do nowych realiów. Jedna z nagród publiczności na tegorocznym Festiwalu w Sundance.
5. Valentine Road, Reżyseria: Marta Cunningham
Kolejny film, który poruszył widownię w amerykańskim Sundance. Oxnard leży w Kalifornii, niecałe sto kilometrów od Los Angeles. „Każdy wie, gdzie znajduje się Miasto Aniołów, ale o nas słyszało niewielu” – gorzko żartują jego mieszkańcy. Słyszało niewielu, ale do czasu. Wystarczyło jedno wydarzenie, by nazwa Oxnard znalazła się na ustach całej Ameryki. W lutym 2008 roku 15-letni chłopiec został zastrzelony przez swojego szkolnego kolegę. Ofiara ataku, Latynos Larry, kilka tygodni wcześniej dokonał coming outu i otwarcie przyznał się przed szkolną społecznością do swojej orientacji seksualnej. Co więcej, aby podkreślić swoją tożsamość (Larry czuł się transwestytą) zaczął pojawiać się w szkole w damskich butach, makijażu i z torebką na ramieniu. Na krótko przed Walentynkami zdecydował się po raz pierwszy w życiu otworzyć serce – Larry był zakochany w uczęszczającym do tej samej szkoły Brandonie. Ten na miłość odpowiedział nienawiścią, odbierając życie swojemu rówieśnikowi.
6. Twice Born. Reżyseria: Sergio Castellito.
Gemma i jej syn Pietro przyjeżdżają do Sarajewa na zaproszenie Bojka, dawnego znajomego kobiety. Podczas podróży Gemma nie może wyzbyć się wspomnień z przeszłości. A konkretnie połowy lat 80., gdy mieszkała na Bałkanach jako studentka. Przebywając w górskim schronisku poznała Diega, czarującego fotografa. I choć sama była wówczas w związku z innym mężczyzną, to szalona miłość zwyciężyła wizję ustatkowanego życia u boku poprzedniego partnera. Zakochani nie odstępowali siebie na krok. Diego był przy niej nawet wtedy, gdy Gemma dowiedziała się o swoich problemach zdrowotnych. Problemach, które – jak miało się okazać – zaważą na przyszłości ich związku. W roli głównej Penelope Cruz :).
Wszystkie powyższe filmy znajdziecie w dokładnym harmonogramie Festiwalu, który można pobrać TUTAJ.
Wszystkim planującym uczestniczyć w Transatlantyku życzę samych udanych seansów. Jeśli polecacie inne filmy z repertuaru koniecznie podzielcie się linkiem w komentarzach :).
Występują: Ewan McGregor, Melanie Laurent Christopher Plummer, Goran Visnjic
Fot. poptower.com
Oliver przeżywa traumę po śmierci ojca. Skalę przeżyć mężczyzny potęguje fakt, że jego tata wyznał mu wcześniej, że jest gejem. Mimo to był przez lata wiernym mężem i spędził kilkadziesiąt lat w związku z jedną kobietą. W końcowym okresie życia, po śmierci żony postanowił jednak żyć w zgodzie ze swoją naturą stawiając tym samym Olivera przed zupełnie nowymi realiami. Z jednej strony jego ojciec czerpał z życia garściami bawiąc się w rytmie muzyki house w gejowskich klubach oraz znalazł nowego partnera, a z drugiej walczył z chorobą nowotworową. Oliver próbuje pozbierać się do kupy po tej traumie i w końcu ułożyć sobie życie. Na swojej drodze spotka bowiem piękną Annę.
Mike Mills nakręcił film o poszukiwaniu szczęścia, do którego uprawniony jest każdy bez względu na wiek czy swoje położenie. Bohaterów, choć bardzo różnych, łączy jedno - chcą być w końcu szczęśliwi. Hal odkrywa na starość życie, w którym nie musi udawać kogoś, kim nie jest. Anna i Oliver próbują stworzyć udany związek. Droga ku szczęści nie jest jednak usłana różami. Debiutanci mają w sobie spory ładunek smutku i goryczy. Bohaterowie nie znajdują prostych odpowiedzi i łatwych rozwiązań swoich problemów. Kwintesencją filmu wydaje się zderzenie przemyśleń Olivera z obrazem podarowanym mu kiedyś przez mamę. Szczęście to nie podarowanie drugiej osobie bukietu kwiatów. To nie takie proste.
Reżyser doskonale ucieka przez cały czas od banału i trywializmu. W przypadku poruszonego w tym filmie tematu nietrudno było wpaść w pułapkę, która zmieni całość we wtórny i przewidywalny wyciskacz łez. W błyskotliwych dialogach nie brakuje zarówno błyskotliwego humoru jak i fragmentów obfitujących w emocjonalne, acz ani trochę tandetne sentencje. Film ogląda się bardzo dobrze, mimo że wydarzenia nie są prezentowane chronologicznie. Dobry scenariusz sprawia, że nie gubimy się w akcji, a całość jest logiczna i spójna.
Aktorzy grają naprawdę naturalnie. Bardzo lubię Ewana McGregora, chociaż po Debiutantach i Połowie szczęścia w Jemenie chyba przydałaby mu się nieco poważniejsza rola w portfolio. Klasą jest rzecz jasna oscarowy występ Christophera Plummera. Emocje, które oddaje na ekranie są wyjątkowo szczere i pozwalają łatwo przejąć się jego dylematem. Melanie Laurent gra o niebo lepiej, niż podczas występu w opisywanej przeze mnie niedawno Iluzji. Na ekranie ma ikrę i przede wszystkim gra ciekawą postać, która pozwala wykrzesać coś z drzemiących w niej pokładów talentu.
Debiutanci to co prawda stosunkowo lekkie kino, które jednak skłania do refleksji swoim gorzkawym wymiarem. Dobrze napisane role, ciekawa fabuła. Chce się oglądać!
Punktem wyjścia historii jest przyjazd do Polski czarownika Amona Fremona z Haiti. Zaproszenie do naszego kraju otrzymał od Jerzego Grotowskiego, reżysera teatralnego, którego pod koniec lat 80-tych szczególnie inspirowały egzotyczne rytuały (bardzo ciekawa postać swoją drogą). Narracja szamana nie została jednak spisana przez niego samego. Jest fikcyjna i za jej stworzenie odpowiadał Ignacy Karpowicz. Na temat pobytu nietypowego gościa w Polsce zachowało się zresztą bardzo mało informacji. Nie wiadomo kiedy wyjechał ani jak długo przebywał w naszym kraju. Trudno generalnie zakwalifikować ten film jako czysty dokument. Nie sposób sprawdzić, czy Amon był świadkiem przedstawionych wydarzeń. Ujęcia archiwalne rodem z PRL mieszają się tu ze wspomnieniami współplemieńców szamana oraz psychodelicznymi wizjami kapłana vodou.
Efekt końcowy jest co najmniej intrygujący. Oglądając stare migawki przedstawiające srogą zimę w komunistycznej Polsce, centralne dożynki, kolejki przed sklepami czy walkę o zakup dywanów wielu przypomni sobie stare czasy. Ale esencją jest tutaj i tak komentarz zdezorientowanego Haitańczyka, który w pewnych aspektach kompletnie nie rozumie Polski, a w innych widzi zabawne analogie do swojej ojczyzny. Kulminacyjnym momentem będzie jednak rytuał, który szaman odprawi celem ratowania naszego kraju.
W Sztuce znikania magia przeplata się z rzeczywistością. Na uwagę zasługują świetne zdjęcia, które sprawiają wrażenie obserwowania wydarzeń oczami Amona. Znakomicie spisał się też jeden z najbardziej wyrazistych muzyków polskiej sceny alternatywnej - Maciej Cieślak (m.in. Ścianka i Lenny Valentino), który odpowiadał za muzykę. Dźwięki płynące z ekranu doskonale oddają chociażby trans szamana w kluczowym momencie.
Film Konopki to wyjątkowo intrygujące i nie dające się jednoznacznie określić kino. Po raz kolejny reżyser pokazuje, że na omówiony setki razy temat można spojrzeć z jeszcze innej strony. Wystarczy "tylko" znaleźć nową perspektywę. I to udało się w Sztuce znikania doskonale.
P.S. Pisownia vodou została zaczerpnięta z napisów w filmie.
Występują: Mark Ruffalo, Jesse Eisenberg, Woody Harrelson, Isla Fisher, Morgan Freeman, Michael Caine, dave Franco i Melanie Laurent
Fot. stopklatka.pl
Czworo ulicznych magików otrzymuje pewnego dnia tajemnicze karty, które wyznaczają miejsce intrygującego spotkania. Daniel jest specjalistą od karcianych sztuczek, Merritt to mentalista, Jack specjalizuje się w niezwykłej zwinności, a Henley to stawiająca swoje pierwsze samodzielne kroki na scenie iluzjonistka. Wszyscy staną się częścią wielkiego planu o kryptonimie "Czterej Jeźdźcy", za którym stoją nieznani mocodawcy. Stawką jest wielka sława i bogactwo, jednak poczynaniami młodych magików zacznie interesować się Interpol, FBI oraz demaskator iluzjonistów - Pan Bradley.
Iluzja ma świetne tempo narracji. Na ekranie akcja rozwija się naprawdę szybko, wciągając widza już od pierwszych minut. Fabuła jest poza małymi wyjątkami logiczna i spójna oraz - co chyba najważniejsze w przypadku tego typu filmów, zaskakująca i przepełniona zwrotami akcji. Mimo występowania sporej liczby wątków i postaci, na końcu wszystko staje się jasne i raczej nie trzeba się raczej głowić nad sensem i ciągiem oglądanych wydarzeń. W ogóle sam pomysł na fabułę i jej poprowadzenie jest znakomity, ale nie będę się nad tym rozpisywał, żeby nie psuć zabawy osobom, które filmu nie widziały.
Fot. wroclaw.naszemiasto.pl
Iluzja jest bardzo dynamicznie zrealizowana. Z ekranu non stop iskrzy, efekty specjalne sypią się z ekranu gęsto (choć trzeba przyznać, że momentami wyglądają bardzo sztucznie). Wiele sekwencji zmontowano z krótkich, wyjątkowo żywych ujęć. Bardzo dobrze pracuje kamera, która podczas iluzjonistycznych pokazów naśladuje telewizyjny sposób realizacji, a w trakcie pościgów obraz drży jak kręcony amatorsko "z ręki".
Gra gwiazdorskiej obsady aktorskiej jest wyjątkowo nierówna. Najbardziej podobał mi się cynik Merritt grany przez Harrelsona oraz role Michaela Caina i Morgana Freemana. Daniel Atlas w wykonaniu Eisenberga to niemal kopia roli z Social Network (znowu arogancki, inteligentny gówniarz, który szybko gada). Nieco bez wyrazu wypada reszta.obsady, zwłaszcza Melanie Laurent, która poza słodkim uśmiechem ma do zaoferowania naprawdę niewiele. Jakoś bez większych emocji odebrałem też popisy Marka Ruffalo.
Choć Iluzję ogląda się naprawdę bardzo dobrze, to ma kilka naprawdę irytujących elementów. Przede wszystkim wątek miłosny pomiędzy agentem Dylanem i reprezentującą Interpol Almą. Jest kompletnie tandetny i niewiarygodny, nie wnosi niczego sensownego do tej historii. Inną rzeczą, która delikatnie kłuje w oczy jest irracjonalne bądź głupawe zachowanie bohaterów, czytaj - niedociągnięcia scenariusza. Ot choćby pierwsze spotkanie magików. To dość irracjonalne, by traktować poważnie karty, które wyglądają niczym ulotki spotkania kółka miłośników gier fantasy. Jeszcze zabawniejsza jest Alma, która prowadzi ulicami Nowego Jorku szaleńczy pościg tak pewnie, jakby mieszkała od dziecka na Brooklynie. Takich drobnych niedociągnięć jest więcej, ale na szczęście nie są w stanie popsuć ogólnego odbioru filmu.
Iluzja to kawał naprawdę dobrej rozrywki. Film z pomysłem, sprawnie zrealizowany i trzymający w napięciu. Jako wakacyjne, rozluźniające kino sprawdzi się znakomicie.
Występują: Anthony Perkins, Vera Miles, John Gavin
Fot. flickminute.com
Panna Crane kradnie pieniądze, które do szefa jej firmy przyniósł kontrahent. Wyrusza w sobie tylko wiadomym kierunku, uciekając przed codziennością. Trafia w końcu do położonego na uboczu motelu prowadzonego przez Normana Bates'a, który sprawia wrażenie miłego, acz nieco samotnego faceta. To jednak tylko pozory.
Film Hitchocka ma już na karku przeszło 50 lat, a mimo to ogląda się go w pełnym napięciu. Znakomicie wymyślona intryga z psychoanalizą w tle, została podrasowana nastrojową muzyką, która potrafi wywołać dreszcze w odpowiednich momentach. Oczywiście oglądając Psychozę dzisiaj nie będziemy zaskoczeni pewnymi motywami, które pojawiają się na ekranie. Trzeba jednak pamiętać, że to ten film zapoczątkował wiele z nich - ot, choćby słynną scenę pod prysznicem, która należy do jednej z najczęściej parodiowanych i kopiowanych w historii kina. Aktorzy spisują się bardzo dobrze, zwłaszcza mimika i złowrogie spojrzenie Anthony Perkinsa w roli Normana budzą autentyczny niepokój. Warto dodać, że aktor był już przez resztę kariery mocno kojarzony z rolą Batesa, a w latach 80-tych stanął nawet na stołku reżyserskim trzeciej części Psychozy.
Serial Bates Motel przedstawia wydarzenia sprzed Psychozy i jest jej tzw. spin-offem. Obawiam się jednak, że historia opisana w filmie to niestety finał któregoś sezonu serialu i w efekcie troszeczkę popsułem sobie zabawę z dalszego oglądania. Zobaczymy, na razie losy młodego Batesa i jego matki rokują na całkiem niezłą rozrywkę na wakacyjne wieczory.
Występują: Piotr Głowacki, Wojciech Mecwaldowski, Magdalena Różańska, Eryk Lubos
Fot. news.o.pl
Jacek to wzięty programista, który mieszka ze swoim ciężko chorym, niesamodzielnym bratem - Tomkiem. Przez konieczność nieustannej opieki Jacek nie może ułożyć sobie życia osobistego. Podczas randek jest skazany na pomoc wrednej sąsiadki - Kwiatkowskiej. Tymczasem tuż obok mieszka ledwo zauważalna dziewczyna - Magda, która prowadzi dość osobliwy tryb życia. Nieoczekiwanie będzie potrafiła nawiązać specyficzną więź z cierpiącym Tomkiem.
Fot. teletydzien.pl
Bodo Kox pokazał w swoim pierwszym fabularnym i pełnometrażowym filmie, że w naszym kinie można o sprawach trudnych i bolesnych opowiadać inaczej, niż przez pryzmat dołującej codzienności i wszechobecnej patologii. Chociaż położenie bohaterów jest trudne, a w tle przebija się blokowisko z wielkiej płyty, to Dziewczyna z szafy nie jest jedną wielką bolesną psychodramą, jak to bywa często w przypadku polskich produkcji o nieco wyższych ambicjach. Humor nie jest jednak ani trochę obraźliwy czy szyderczy. Reżyser zawsze w odpowiednim momencie hamuje, by na końcu zapewnić widzowi serię wzruszeń.
Film to opowieść o różnych rodzajach samotności i wyobcowania. Przez chorobę, uzależnienienia, koleje losu. Temat może niezbyt odkrywczy ale podany w ciekawej formie. Rzeczywistość miesza się tutaj z wyobraźnią i narkotycznymi wizjami Magdy. Dzięki sprawnemu montażowi i dobrym zdjęciom film wygląda naprawdę przyzwoicie. Aktorzy dają niezły popis gry. Najbardziej naturalnie wypada Piotr Głowacki (wcześniej m.in. świetna rola Kapitana Sobczaka w 80 milionach) w roli Jacka. Wojciech Mecwaldowski jako chory Tomek również spisuje się bardzo dobrze, chociaż wachlarz jego min i zachowań jest dość ograniczony. Najmniej przekonuje Magda Różańska, chociaż akurat jej scenariusz nie pozwala na aktorskie fajerwerki.
Bardzo dobrze, że ten film powstał. Z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu taki sposób opowiadania o bólu i chorobie, ale niestety wszystkim dogodzić nie można. Ode mnie duży plus.