stopni minus cztery,
paląc papierosa,
plan na zimne me dłonie urzeczony.
żarząca się końcowa dotykająca palcy,
zostawia moją skórę sparzoną.
azaliż także spaczona,
jak, gwoli ścisłości, moja głowa.

@theartofmadeline
Xuebing Du

No title available

PR's Tumblrdome

oozey mess
let's talk about Bridgerton tea, my ask is open

★
Lint Roller? I Barely Know Her
noise dept.
wallacepolsom

if i look back, i am lost
$LAYYYTER
Sweet Seals For You, Always
🪼
No title available
One Nice Bug Per Day
YOU ARE THE REASON

祝日 / Permanent Vacation

izzy's playlists!
"I'm Dorothy Gale from Kansas"
seen from Belgium
seen from United Kingdom

seen from Türkiye

seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from Malaysia

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from T1
seen from United States

seen from Egypt
seen from Ukraine
@bleachedpoetry
stopni minus cztery,
paląc papierosa,
plan na zimne me dłonie urzeczony.
żarząca się końcowa dotykająca palcy,
zostawia moją skórę sparzoną.
azaliż także spaczona,
jak, gwoli ścisłości, moja głowa.
syndrom sztokholmski
ponoć nie mam o niej nic złego do powiedzenia.
może, gdyż wspomnień mam liczne niknienia.
dziecięce beztroski stłumione sztormem burym,
próbując spamiętać choćby wspomnienie, w którym
na wnioski z papieru zdobędę dowód ponury.
nic nie pamiętam, nic złego nie było,
w ramiona jej wpadam, by żale zmnie zmyło.
to wyście kłamali, te wszystkie diagnozy!
przeć ona mnie kocha, nie ważne jej mrozy!
to matczyna miłość, na wskroś mojej zgrozy
jak zbity pies łypie spod ciężkiego łba,
w poszlace szukam kto o mnie dba.
prawda jest jawna, ja łypie ślepo,
ułuda mnie łapie i trzyma krępo.
taką mam skazę, a może to pretekst.
w każde twe słowo, na każdy twój gest,
relacja jest żwawa, godna litości.
nie brak mi wtedy w słowach śmiałości,
w tonie złości, w łzach obfitości-
prawda jest jawna, ja łypie ślepo,
ułuda mnie łapie i trzyma krępo.
bo przecież zostawisz na pastwę losu,
gdy lęk samotności łaknie rozgłosu.
lustrem jesteś mym okrutnym
uśmiechem pokutnym,
wzrokiem rozrzutnym.
odzwierciedlasz me najgorsze wady;
mój przykry gniew wprost jak z Iliady;
mych kapryśnych emocji maskarady.
będąc poznaną tak brutalnie,
doświadczoną tak błagalnie,
adorując cię iście fatalnie.
obraz miłości idealnej zaprzestaje egzystencji.
i choć moje ciało wydaje się wymagać interwencji,
to nie jestem zła na zgubność mojej percepcji.
przyswajam tą zmianę w sobie godnie.
pozwalam sobie poznać cię swobodnie,
bo cierpkie poznanie siebie bezbronnie,
to akceptacja co pozwala nam kochać łagodnie.
mój własny umyśle.
budzisz mnie dotykiem niemiernie ostrym,
wyciągasz z wiru szeleszczącej pościeli.
typujesz me żale wzrokiem nadto pstrym,
obligujesz byśmy w stagnację brnęli,
jednak zostawiam cię w stłamszeniu bieli
następnego dnia obudzisz czułym słowem.
mój zamglony wzrok dojrzy wybawienia.
choć będę niczym więcej niźli twym łowem.
może moich ran nigdy nie dojrzę bliźnienia,
lecz bez ciebie nie natknę mego delikatnienia.
poczekam aż obudzisz mnie po raz ostatni.
zbierzesz w całość me markotne marazmy,
i choć nie będziemy przez to wcale stratni.
zakończymy podrygi i szydercze sarkazmy,
pozbędę się ciebie poprzez kojące spazmy.
utracenie/utrapienie
czas poświęcony czy czas stracony,
przez mą tęskną obecność nęcony,
czy w odmęty mej pamięci wiecznie strącony,
czemuż wciąż jesżeś nazbyt zniechęcony?
obnażona, we własnej bladej aparycji,
splątana w twojej drogiej erudycji,
gdy się zgubisz w osobistej repetycji,
powtórzę ci, jak już to mam w tradycji.
ni to stracenie, niczego na straty,
jeśli teraz miłość rozkładamy na raty,
to choćbym miała poświecić wszechświaty,
i choćbym przełamać miała własne kraty,
to przecież nie ma tutaj żadnej utraty.
posprzątałam mój pokój tylko żebyś nie musiał
brnąć przez śmieci, chaosu tudzież nie zakłócał.
posprzątałam też w mojej głowie troszeczkę,
abyś mógł w nią powoli wbijać swoją szpileczkę.
może mógłbyś dziś się nade mną jednak zlitować?
pewnie wtedy nie musiałabym własnego serca chować.
mnożenie przez zero nigdy nie da liczby dodatniej
i znowu czuję dreszcze na mej okrytej skórze.
znów zziębłość, bo to już jest w mojej naturze.
przez lustro spojrzę w oczy swej karykaturze;
chce wiedzieć czy skończę nędznie jak te wszystkie tchórze
marzenia i plany zmuszona na półkę odłożyć
wartość swego życia przez chęci przemnożyć
sama nie wie czy chciałaby jutra łaskawie dożyć
myśli, by na finał, życiową broń wiecznie złożyć
nazwij mnie piękną
gdybyś wiedział że nigdy mnie już nie dotkniesz,
nazwałbyś mnie piękna, choć kontaktu łakniesz?
pożałowałbyś mojej pasji żarliwej, chociaż wiesz;
iż tym samym dumę mą potwornie natniesz?
czy hańbę nad moim ciałem uczynisz błogo?
liczną krucjatę odbędziesz, w posusze nikogo.
pokłonisz się czule, choć patrzę złowrogo;
zagładą mą będziesz, ratuj mnie, o trwogo!
kiedy dzień spotka noc
wystarczy byś spojrzał w moją stronę ciepło,
aby me serce nigdy na świat nie oślepło.
wraz z ckliwą barwą złotych kwiatów na wietrze,
ilość czułego słońca na swojej skórze piętrze.
wnet me słońce za horyzont zejdzie sennie,
księżyc je zastąpi, szczęśliwie i promiennie.
kiedyś spotkają się pomiędzy dniem a nocą,
ich bezkresnym pięknem cały świat ozłocą.
złotem okryty spojrzysz na mnie cierpliwie,
opowiesz mi o księżycu i słońcu tkliwie:
nie sposób istnieć pierwsze bez drugiego,
bez księżyca, brak jest ciepła słońca błogiego.
dlaczego?
i nie chce się obudzić winiąc ciebie za wszystkie moje błędy,
i nie chce też umrzeć, walcząc o wszystkie twe znikome względy,
chce nie obarczać cię winą za zrujnowanie mi morza słonego.
chce nie zostawiać cię samego z powodu błahego, tylko dla Tego.
bo jeśli jednak, to właśnie dlatego.
bez tytułu
w plastykowym kubku pełnym rozpaczy,
alkohol, który zapewne imię moje spaczy.
i nawet jeśli zasób słownictwa mój całkiem bogaty,
dzisiaj wokół trzech słów będę robić szpagaty.
muskając mój policzek, szepczesz ułudnie.
a skoro wyglądasz dziś wyjątkowo schludnie,
odpowiem ci kłamstwem równie ckliwym,
gdyż nieustająco człowiekiem jestem mściwym.
i jak dalej będziemy tańczyć ze sobą tragicznie,
to nuż nasze uczucia przyjdą algorytmicznie.
wypowiem trzy słowa alegorycznie, w przenośni,
może one w końcu sprawią, że będziemy radośni?
każde z dziewięciu żyć
gdybym miała 9 żyć, pierwsze spędziłabym tonąc,
z płucami pod wodą, już ciężko choć kapkę wchłonąć.
chwytałam się brzytwy, choć to nie taką chciałam pomoc.
kolejne me życie zgasłoby w ogniska piekielnym ferworze,
bowiem gdy już we własnych założeniach się upokorzę,
to może nie skończę w wyobraźni fałszywym wytworze.
lecz, „do trzech razy sztuka”, rzecze kostucha,
bo jeśli tutaj już mnie opuszcza otucha,
to może mnie w odwecie afekt wysłucha.
w prawdzie w moje czwarte, haniebne życie brak wiary,
to rychło zapewne doświadczę konradowskiej przemiany.
nawet jeśli każde życie pragnie mej marnej ofiary,
tutaj, przez następne pięć, chce stawiać szczęścia filary.
między piekłem a niebem
jeśli tylko na chwilę, to choćby płomienie piekielne
muskały całe me ciało, tak niezwykle śmiertelne,
nie spuszczę wzroku z twych oczu, gdyż tak subtelne
tak jak tylko sztylety w plecy przez twe ręce dzielne.
a jeśli na zawsze, to niech przynajmniej haniebnie,
dopóki diabelne królestwo szatana wyziębnie,
lub przed tym gdy niebiańskie anioły zstąpią liczebnie,
gdy podczas kary niebios odejdziesz nazbyt niechybnie
la vague
promienie złociste na zmianę z różowym błękitem
konsolidują marazm, wraz ze smutku grafitem.
nieśmiertelność przepadłym już w antyku jest mitem.
zaczynam to spostrzegać wraz ze słońca bladym świtem.
nie na zawsze, choć może na godziwą chwilę,
la vague w skałę uderzy, wydrąży swą siłę,
wtem z kanciatych kamieni cofnie się zawile.
kiedyś mnie zabierze, choć pytam „jeszcze ile?”
piaszczyste plaże tą bladą porą smutną,
śmierci łaska bowiem jest ostoją absolutną.
ja w swej empatii nigdy nie byłam rozrzutną,
dziś żyć muszę, z kresu życia myślą okrutną.
OW for La Vague by Paul Gauguin
pomiędzy asymilacją a buntem
marnujesz sekundy na zmarnowane życie.
ponoć to zwykłe z egzystencją obycie.
globalnej depresji słowem nie uleczycie,
choć za lekiem plądrujecie wiatru skowycie.
mógłbyś być czymś nad wyraz piękniejszym.
spoglądać spod powiek wzrokiem jaśniejszym.
być czymś nie istotnie najistotniejszym,
w błędnej instancji, być kimś krnąbrniejszym.
lecz, bezsprzecznie, wyglądałbyś lepiej w trumnie,
wdając się całym sobą w globalną insomnie,
reprezentując frakcje ślepo, a dumnie, kiedy,
dla zasady, wiatry jazgoczą daremnie.
Brutus
dwadzieścia trzy dźgnięcia w plecy i
blask zwyrodniale uiszczony, nim odcięcie świecy.
fenotyp mordercy, jak niegdyś czynili to grecy,
lub, jak współcześnie, szyderczy śmiech kobiecy.
niosę ze soba przekaz czysto adiaforyczny,
stoicki paradoks wzorowo historyczny,
zdradziecki i podły, a w pełni merytoryczny!
idy marcowe zdadzą rozgłos alegoryczny.
błaha ta cnota, ani dobre to ani szczęśliwe,
braterstwo z godnością tak trywialne, łamliwe!
i ja, zdrajca, przeciwko tobie, choć to niemożliwe.
śmierć z własnej ręki, tudzież nastawienie tchórzliwe.