10]
sequel tough shit! Tytuł: Promise me you won’t forget to smile Pairing: Louis/Harry Opis: Nie jest możliwym uszczęśliwić wszystkich na raz, w tym siebie. Ta historia to dowód na to, że każdy ma swoje własne wartości oraz cele i potrafi zawzięcie o nie walczyć. Harry i Louis pragnęli tylko swojego wzajemnego szczęścia. Bardzo się kochali. Możliwe, że aż za bardzo…
pm]
Louis przyznał się Harry'emu, że czuł się bardzo źle, czuł się chory i słaby. Łzy kumulujące się w jego oczach nie pozwoliły mężczyźnie na jakiekolwiek zastanawianie się, od razu postanowił zabrać go domu, zdawkowo odpowiadając dzieciom na pytanie dlaczego już wracają, bo podobało im się na bankiecie. "Louis źle się czuje" mówił Harry i troskliwie obserwował Louisa na siedzeniu obok niego. Serce ściskało się w jego piersi, bo chłopak kulił się w sobie pod ciekawskimi spojrzeniami dzieciaków. Prawdopodobnie było mu przykro, że odbiera im dobrą zabawę. Ale jego zdrowie było najważniejsze.
Harry wiedział, że miał rację, już od tamtego dnia, gdy Louis zwymiotował, od razu wiedział, że chłopaka złapało jakieś choróbsko, ale on udawał, że jest okej. To jednak nie był stres, który miał zniknąć już po premierze. Harry nie zamierzał jednak wypominać tego Louisowi, nie kiedy widział jak okropnie on się czuł, z dłońmi owiniętymi wokół brzucha powstrzymywał wymioty. Wyglądał nie tyle co drobno, a bardzo słabo. Potrzebował porządnego odpoczynku, tak jak Harry już od dawna dla niego chciał. Nie mógł znieść myśli, że cały ten czas Louis był chory, a on nic z tym nie zrobił, w ogóle nie zareagował, ponieważ wierzył mu, że czuł się dobrze. Naprawdę nie mógł tego sobie darować. Gdyby zainterweniował dużo wcześniej i nawet siłą zawiózł Louisa do lekarza to z pewnością nie byliby teraz w takiej sytuacji. Louis nie cierpiałby od kilku dni, nie byłby osłabiony, głodny, zmęczony, nie drżałby na całym ciele, a w jego oczach nie byłoby łez. Kolejny raz zdanie Harry'ego, że rozmowa rozwiąże wszystko, potwierdziło się. Wystarczyło mówić, wystarczyłoby, aby Louis powiedział, jak się czuł, ale znów nie posłuchał Harry'ego, przez swoje bezsensowne obawy. Przez to dzień, na który tak długo czekał, dzień premiery jego ukochanej sztuki nie był dla niego ani trochę przyjemny, nie cieszył się z sukcesu, będąc skupionym na bolącym żołądku, na tym, by zaraz nie zwymiotować, by nie dać znać po sobie, że coś jest nie tak. I Louis miał żal do siebie o to, że sobie i jego rodzinie zniszczył ten dzień. Teraz nawet nie pamiętał jak wypadł spektakl. Nadii obiecał już dawno temu, że zostaną na kolacji, by móc razem zachwycać się Grease, a tymczasem wracali do domu, nawet nie zdążyli wznieść toastu, bo Louis był chory.
- Louis, masz gorączkę? - spytała dziesięciolatka, wychylając się pomiędzy siedzenia kierowcy, a pasażera. Całą jazdę obserwowała Louisa i widziała jak jedną dłonią ciągle zasłaniał usta, a drugą trzymał się za bolący brzuch i widocznie drżał. Martwiła się o niego. Podczas premiery dostrzegła, że chłopak nie był podekscytowany tym dniem tak jak ostatnim razem, gdy się wdzieli, gdy Louis uczył ją finałowej piosenki. Wydawał się być smutny, ale okazało się, że był chory. Współczuła mu.
Harry zerknął na milczącego chłopaka, którego głowa zwrócona była w jego kierunku. Najwyraźniej usypiał. Nadya wyczekiwała odpowiedzi i sięgnęła dłonią do ramienia Louis, by szturchnąć go delikatnie, ale Ethan siedzący po jej prawej stronie powstrzymał ją i posłał znaczące spojrzenie, gdy ona zerknęła na niego oburzona. Harry zdecydował się samemu sprawdzić chłopaka, upewnił się, że na drodze jest bezpiecznie, po czym przyłożył dłoń do zakrytego grzywką czoła Louisa. Z uśmiechem uznał, że nie jest rozpalony, tylko zdrowo ciepły.
- Nie ma gorączki - odpowiedział Harry Nadii, satysfakcjonując tym dziewczynkę. Pamiętała bardzo dobrze, gdy to ona była chora i miała gorączkę. Czuła się wtedy strasznie i nie chciała, aby Louis też tak się czuł.
- Śpisz, kochanie? - szepnął Harry, tak cicho, że dzieciaki pewnie nie dosłyszały, ale Louis tak. W odpowiedzi jedynie zamruczał coś niezrozumiałego, zapewniając Harry'ego, że bardzo potrzebuje snu, a jazda prawdopodobnie temu nie sprzyjała.
Harry potrzebował, by Louis położył się już do łóżka, a on zrobi mu ciepłą herbatę i coś smacznego i lekkiego do zjedzenia. Zdawał sobie sprawę, że męczyły chłopaka nudności, jednak posiłek był ważny. A teraz, gdy wiedział, że nie zjadł praktycznie nic i zwymiotował dwa razy, nie odpuści mu i zanim zaśnie będzie musiał coś zjeść. Harry o to zadba.
- Teraz tak go wzięło? - spytał cicho Ethan, podsuwając się pod fotel ojca, by lepiej go usłyszał. Harry wzruszył ramionami. - Może ta sałatka była jakaś niedobra - zasugerował chłopak i zerknął ze współczuciem na cierpiącego Louisa.
- Nie wiem, Ethan - westchnął Harry, tym samym kończąc temat chorego Louisa. Nie chciał, by szatyn przejął się martwiącymi się o niego dziećmi, bo poniekąd pewnie właśnie tego chciał uniknąć, gdy kłamał na temat swojego samopoczucia.
Do domu dojechali już w ciszy. Louis jednak nie zasnął, dał radę poczekać, aż trafi do łóżka. Pozwolił Harry'emu, by pomógł mu wysiąść z samochodu. Mężczyzna objął jego drżące ciało w pasie i na chwilkę zgarnął w ramiona, by z wysokiego samochodu postawić go na ziemię. Louis podziękował mu uśmiechem, a on ucałował go w ciepłą skroń i powoli poprowadził schodami w górę do domu. Hailey zajęła się Nadią, by przygotować jej jakiś posiłek, zanim pójdzie spać, bo następnego dnia odbierze ją opiekunka, którą jednak Agnes zatrudniła. Chłopcom trudno było przyzwyczaić się do nowej osoby, ale Agnes nie miała innego wyjścia, bo dzieciaki nie chciały, by przychodziła do nich babcia. Niedługo Agnes pójdzie na urlop, a potem jeszcze Harry weźmie wolne w pracy, by się nimi zająć. Wakacje to dla nich najtrudniejszy czas.
- Przygotuję ci kąpiel - zaoferował się Harry, gdy dotarli z Louisem do sypialni. Chłopak od razu ułożył się na chłodnej pościeli, a Harry otworzył okno, by wpuścić do pokoju świeże powietrze. Nie miał pojęcia co mógł zrobić, żeby Louis poczuł się lepiej, jak mu ulżyć. Zamierzał jednak dobrze się nim zająć; zrobi mu kąpiel i coś lekkiego do jedzenia, a potem pozwoli spać. W tym czasie on umówi do go lekarza.
- Dobrze - odparł Louis i usiadł na łóżku z głośnym westchnięciem. Harry chwilę przyglądał mu się z troską, jak drobno wyglądał skulony. Louisowi było wstyd, że o niczym nie powiedział Harry'emu i żałował, że tak ważny dla niego dzień skończył się w taki sposób, że z nudnościami, bólem głowy i żołądka oraz drżącymi dłońmi trafił do łóżka, zamiast cieszyć się sukcesem jego ukochanej sztuki na bankiecie z ludźmi, którzy razem z nim nad tym pracowali i ze swoją rodziną.
Głośnym echem w głowie odbijały mu się słowa Gusa. To głównie sprawiło, że stał się teraz taki przygnębiony. Po zwróceniu wszystkiego co zjadł poczuł się lepiej, czuł się już spokojniejszy fizycznie, czuł ulgę. Ale jego serce kołatało w piersi, gdy myślał o tym, co powiedział mu blondyn, mimo że nie wiedział dlaczego, bo ani trochę w to nie wierzył. Ciąża w ich przypadku była niemożliwa. Zawsze kochali się z zabezpieczeń, zawsze, nie było sytuacji, by o tym zapomnieli.
A jednak czuł wewnętrzny niepokój, ponieważ prezerwatywa nie daje przecież stuprocentowego bezpieczeństwa. Może dlatego zaczął się tego obawiać. Ale nie chciał teraz o tym myśleć, zamartwiać się, póki nie miał jasnego argumentu, konkretnego dowodu na przypuszczania Gusa, który nie miał prawa wysnuwać takich wniosków, tak naprawdę w ogóle go nie znając. To było absurdalne. Nie, Louis nie zamierzał mu wierzyć. Może byłoby inaczej, gdyby on i Harry zaniedbywaliby właściwość ich współżycia, a tak nie było. Zawsze używali prezerwatywy i unikali dni płodnych Louisa jak ognia. To nie mogło się stać, to nie miało sensu.
Louis z błogim uśmiechem na ustach zanurzył się w gorącej wodzie, jaką przygotował dla niego Harry. Był taki kochany, bo w szerszych kątach ceramiki ułożył świeczki o zapachu jabłek i najwyraźniej pożyczył od Hailey iPoda, by stworzyć jeszcze bardziej relaksujący nastrój dla swojego chłopaka i włączył jakąś spokojną muzykę na koncie Spotify córki. I Louis zamierzał przeleżeć tak dłuższy czas z miękkim ręcznikiem za plecami, aż woda ostygnie. W tym czasie Harry dopilnował, by Nadya położyła się do łóżka w pokoju gościnnym. Zawsze w nim lądowała, gdy u taty byli z nią jej bracia. W innym wypadku spała z Hailey, ale były wakacje i nastolatka nie zamierzała iść spać tak wcześnie, czego jednak jej dziesięcioletnia siostra potrzebowała. Dlatego Harry zamierzał posiedzieć przy łóżku córki i porozmawiać z nią przez chwilę, dopóki nie zaśnie.
- Jak Louis się czuje? - spytała Nadya, tarmosząc misia, który zawsze tutaj był, bo, jak to lubiła nazywać go od ładnych paru lat, to jest "tatusiowy miś i musi być z tatą". Dlatego niebieski pluszak spędzał życie w pokoju gościnnym Harry'ego, czekając aż jego córka znów do niego wpadnie i zatopi swoje paluszki w jego już starym futerku. I mimo, że brunetka miała już dziesięć lat i w jakiś sposób czuła się dorosła i dojrzała, to jednak przed snem misiu trafiał w jej rączki, a ona będąc u taty nie umiała bez niego zasnąć. Hailey do tej pory spała różową lamą, którą dostała od taty na siódme urodziny i nie wyobrażała sobie rozstać się z nią. Tak więc może Nadya wcale nie była taka dorosła.
- Już lepiej - odparł Harry i posłał córce uśmiech, zgarniając za jej ucho samotny kosmyk, który wydostał się z jej grubego warkocza.
- Najgorzej jest być chorym w wakacje - mruknęła Nadya i zmarszczyła nosek, wyrażając tym swoje niezadowolenie, na co Harry zaśmiał się cicho pod nosem. To było kochane, że tak martwiła się o Louisa. Dla Harry'ego znaczyło to tyle, że jego chłopak jest bardzo ważny dla jego córki, że traktuje go jak członka rodziny. A co do choroby to miała rację. Harry miał tylko nadzieję, że jego skarb szybko wyzdrowieje. Miał szóstkę dzieci, więc wiedział jak grypa żołądkowa może być groźna. Louis musiał jak najszybciej skonsultować się z lekarzem, szczególnie, że z dnia na dzień czuł się coraz gorzej. - Tato? - zagadnęła znów Nadya, wyciągając ojca z zamyślenia. Ton jej głosu sugerował, że zaraz zapyta o coś, na co Harry nie będzie wiedział jak odpowiedzieć. - A kiedy zapiszesz mnie z mamą do szkoły? - zapytała, sprawiając, że Harry zmarszczył się w niezrozumieniu. Bo o jakiej szkole ona mówiła, skoro była połowa wakacji. - Przecież sama nie nauczę się grać na gitarze - dodała zaraz i splotła ramiona na piersi, jednocześnie obdarzywszy tatę oskarżycielskim spojrzeniem.
Dopiero wtedy zorientował się on, że przecież już dawno temu mieli z Agnes to zrobić; zapisać Nadię do szkoły muzycznej, by nauczyła się grać na gitarze, którą dostała od taty. Agnes na początku była temu przeciwna, ponieważ miała zdanie, że jej córka szybko się tym znudzi, bo nigdy tak naprawdę nie interesowała się muzyką. Ale dziewczynka cały czas ją o to męczyła, tak jak Harry, który uważał, że będzie to świetna okazja dla jego córki, by odkryła w sobie talent, pasję. On sam z chęcią nauczyłby ją, ale, szczerze mówiąc, nie miał czasu. W końcu Agnes dała się przekonać i zwaliła na Harry'ego wyszukanie dobrej szkoły. Tak więc, tak. To była wina Harry'ego, że od miesięcy stali w miejscu.
- Chciałabym kiedyś zagrać piosenkę dla m... mamy - mruknęła Nadya, zacinając się na chwilkę i skuliła ramionka, jakby czuła się zawstydzona. Harry uśmiechnął się na to i sięgnął dłonią do jej główki, by pogłaskać ją po policzku.
- Wiem, zawaliłem - powiedział przepraszającym tonem i na szczęście Nadya wydawała się od razu mu wybaczyć. - Obiecuję, że zajmę się tym od jutra. Znajdę dla ciebie, skarbie, najlepszą szkołę - zadeklarował się dumnym głosem i jednocześnie zrobił notatkę w głowię, by naprawdę to sobie zapisać i się tym zająć.
Zerknął na mały zegarek na małym stoliczku przy łóżku Nadii i widząc godzinę prawie dwudziestą pierwszą uznał, że musi opuścić córkę, by Louisa zapisać do tej przychodni niedaleko teatru. Wstał z brzegu łóżka, gdzie siedział cały czas i już miał ucałować Nadię na dobranoc, ale ona znów potrzebowała odpowiedzi na nurtujące ją pytanie.
- Tato? - zagadnęła melodyjnym tonem z błyszczącymi oczami. - Geje to to samo co lesbijki? - spytała już nieco ciszej, sprawiając, że Harry od razu wrócił na swoje miejsce. Tego tematu nie mógł odłożyć na jutro, skoro jego dziesięcioletnia córeczka zastanawiała się nad naprawdę ważną rzeczą. U niego w domu nigdy nie było tematu tabu, poza tym zawsze otwarcie mówił o orientacji seksualnej, zwłaszcza, że sam był biseksualny i posiadał dwójkę dzieci z mężczyzną. Tak jak właśnie męska ciążka nie była niczym obcym dla jego dzieci. W tych czasach to było już tak częste, że w tym roku państwo wprowadziło obowiązkowe badanie dla chłopców po skończeniu piętnastego roku życia, by mieli świadomość i wiedzieli jak o siebie dbać.
- Kochanie - zaczął z uśmiechem. - Geje, lesbijki i osoby hetero. Wszyscy są tacy sami. Wszyscy kochają i chcą być kochani. Nie ma tutaj lepszych czy gorszych. Każdy zasługuje na szczęście - wyjaśnił, najjaśniej jak potrafił, by dziesięciolatka dobrze go zrozumiała.
- Wiem - mruknęła, znów robiąc nieśmiałą miną. - Ale ty nie jesteś gejem - zauważyła po chwili, już poważnie.
- Dlaczego tak uważasz?
- No bo, uch - westchnęła. - Jesteś w związku z Louisem i oboje się kochacie. No ale przecież wcześniej byłeś z mamą, a mama jest dziewczyną. Nie możesz być gejem, bo byłeś z dziewczyną. I byłeś też z mamą Ryana, ciocią Amandą, która jest dziewczyną. A wujek Max jest chłopcem. Więc jesteś gejem, prawda?
- Bo widzisz, kochanie - zaczął Harry z uśmiechem, bo najwyraźniej Nadya wiedziała już trochę o orientacji. - Wcale nie musisz być hetero albo homo, wiesz? To znaczy, nie musisz konkretnie lubić chłopców, rozumiesz mnie? Możesz też lubić dziewczynki, to znaczy że obie płcie mogą ci się podobać. To znaczy, że możesz kiedyś zakochać się w chłopcu i możesz też zakochać się w dziewczynce. I to się nazywa biseksualność.
- Och. To jest fajne, bo można sobie wybrać - zauważyła, wyraźnie zaciekawiona, jednak chyba nie do końca zrozumiała tatę. Lub interpretowała jego słowa w swój sposób.
- Powiedzmy - zaśmiał się Harry. Nie chciał zaczynać tematu, że miłości nie można sobie wybrać, nie można zdecydować w kim się zakochamy, bo było już naprawdę późno.
- I tym nim jesteś? Bi... Biseksualnym? - dopytała i ziewnęła już wyraźnie senna.
- Tak - przytaknął.
- I to też nie jest złe?
- A czy uważasz, że jestem zły? - zasugerował Harry z drobnym uśmiechem na ustach i uniósł brew na córkę, jakby oskarżając ją o złe czyny, na co ona zaśmiała się w swoją dłoń i pokręciła przecząco głową.
- Nie! Jesteś najlepszy! - zawołała i wręcz rzuciła się na tatę, by obdarować go mocnym uściskiem i buziakiem w policzek, bo jak zwykle mogła na niego liczyć, uspokoił ją i wiedziała, że ma u niego wsparcie.
pm]
Harry na szczęście zdążył zadzwonić do przychodni, zanim ta została zamknięta, i umówił Louisa na jutro na wizytę, zaraz po jego pracy, bo wiedział, że chłopak do niej pójdzie. Nawet nie zamierzał przekonywać go, by został, ponieważ to i tak byłoby na marne. Louis kochał swoją pracę i z pewnością jej nie opuści, nawet choćby się waliło i paliło. Harry nie kombinował też ze specjalistami, wybrał po prostu lekarza rodzinnego, który sam postawi diagnozę i ewentualnie pośle Louisa dalej. Co było wątpliwe, bo to oczywiste, że Louis miał grypę żołądkową, niewyleczoną, dlatego miał też osłabiony organizm. Było mu go żal tak bardzo, ale przede wszystkim miał pretensje do siebie, że nie zainterweniował wcześniej, że mimo, że wiedział, iż coś było nie tak, to nic z tym nie zrobił. Po prostu wyszedł z założenia, że Louis jest dorosły i dojrzały i potrafi o siebie zadbać. Ale Louis oczywiście udawał, że wszystko jest w porządku, jak zawsze ukrywając to co go męczy.
Leżał już w łóżku, gdy Harry do niego przyszedł z małą miseczką pełną mikstury w jednej ręce i herbatą imbirową w drugiej. Harry miał ochotę przytulić go mocno, widząc na jak wyczerpanego wygląda. Najwyraźniej kąpiel mu nie pomogła. Wciąż był senny, bez cienia uśmiechu na bladej buzi. Jednak uśmiechnął się na malutką chwilę, kiedy zobaczył Harry'ego. W jakiś sposób obecność mężczyzny polepszała mu nastrój. Wystarczyło by był blisko, by tak ja teraz usiadł na skraju łóżka i sięgnął dłonią do jego twarzy i naprawdę poczuł się lepiej. Przymknął oczy na czuły dotyk i poczuł jak jego poliki robią się cieplejsze, bo Harry zawsze tak na niego działał, zawsze tak dobrze. Wywoływał u niego praktycznie tylko te pozytywne emocje, chyba że Louis był na niego o coś zły, a Harry zawsze wtedy stawał się potulny, co denerwowało go jeszcze bardziej, bo chciał chociaż raz się pokłócić, w efektywny sposób udowodnić swoje rację, na co głupi Harry mu nie pozwalał. Był kochany.
- Jak się czujesz? - spytał cicho i posłał Louisowi uśmiech. Chłopak westchnął, po czym uniósł się odrobinę wyżej, do pozycji pół-leżacej i pociągnął za sobą kołdrę, tak że rombek sięgał mu prawie do brody. Nieważne, że było lato, jemu było zimno.
- Już lepiej - przyznał Louis. Czuł się solidnie zmęczony i był głodny, ale jego żołądek już nie bolał, nie miał nudności i nie czuł się ciężko. Wykąpał się i położył do ciepłego łóżka, w jakiś sposób to poprawiło jego samopoczucie. No i Harry.
- Dobrze - mruknął Harry, zadowolony z odpowiedzi, którą dostrzegał także w szklistym spojrzeniu Louisa. Wiedział, że pewnie potrzebował już pójść spać, ale Harry chciał, by jeszcze coś zjadł i wypił herbatę. Imbir podobno świetnie działał na mdłości. - Zrobiłem ci... w sumie nie wiem co to jest - parsknął i sięgnął po małą, szklaną miseczkę, by podać ją Louisowi. - Rozgniotłem banana, dodałem skruszone migdały, orzechy, troszkę jaglanki i syropu klonowego z odrobiną jogurtu, żeby nie było suche. Wyczytałem, że powinno pomóc na wrażliwy, pusty żołądek. I jeszcze herbatka z imbirem. Na pewno pomoże - dodał, trzymając w dłoni ciepły kubek, gdy Louis niechętnie przyjął od niego miseczkę z jedzeniem i przyglądał jej się z grymasem. Nie miał ochoty na jedzenie, mimo że jego żołądek błagał go o to. Ale Louis już nie miał siły, by wymiotować, więc wolał być głodny. Z tego co wiedział, to po kilki dniach przestaje się odczuwać jakikolwiek głód. - Kochanie, zjedz, proszę - westchnął Harry i odstawił herbatę, po czym ułożył swoje dłonie na wierzchu tych Louisa. - Chociaż odrobinę, postaraj się. Nie chcę, żebyś szedł spać z pustym żołądkiem - poprosił go delikatnym, czułym głosem i uśmiechnął się zachęcająco, kiedy Louis spojrzał na niego.
Ostatecznie, Louis, czując się pokonanym, i poniekąd dlatego, że jego kubki smakowe zaczęły pracować, gdy patrzył na ładny, zrobiony z miłością posiłek, chwycił w dłoń łyżkę i nabrał odrobinę banana z migdałem. Ku jego zdziwieniu to było naprawdę dobre, słodkie, ale delikatne, a w gardle nie stawała mu gula, więc jadł naprawdę ze smakiem, zaspokajając swój biedny żołądek. Miał tylko nadzieję, że w nocy nie obudzi się na wymioty. Harry jedynie przyglądał mu się zadowolony, że po pierwsze - Louis je i mu to smakuje, i po drugie - był świetnym, wspierającym i pomagającym chłopakiem dla niego. Pragnął widzieć zdrowego i szczęśliwego Louisa.
- Umówiłem cię do lekarza - oznajmił Harry, gdy Louis do połowy zjadł musli, o ile mógł je tak nazwać, więc podał mu już chłodniejszą herbatę. Chłopak upił łyk i na słowa Harry'ego zerknął na niego spod grzywki. Wiedział, że to nieuniknione, że teraz nie ma już wyjścia (możliwe, że trochę się bał). W końcu Harry miał ten swój cholerny instynkt ojcowski, czy jak to się mówi, i zdecydowanie nie pozwoli Louisowi leczyć się na własną rękę, zadba, by odwiedził specjalistę. - Wiesz, do tej przychodni dwie ulice dalej od teatru.
- Och, wiem gdzie to - mruknął z nikłym uśmiechem. To kochane, że Harry tak troszczył się o niego, dlatego nie zamierzał przyznać się, że w gruncie rzeczy to trochę obawiał się lekarza. Nigdy ich nie lubił, nie ufał im od czasu, gdy jako ośmiolatek wywrócił się niefortunnie i pękła mu kość piszczelowa, a lekarz, który go badał uznał, że Louis miał tylko kilka zadrapań i totalnie zignorował to, że płakał z bólu. Od tamtej pory Louis unikał lekarzy i jeśli nie był w stanie agonalnym to nawet nie zamierzał postawić stopy w jakiekolwiek przychodni. Niestety teraz to miało się jednak zmienić.
- Jutro, na piętnaście po czwartej, akurat będziesz po pracy to od razu pojedziemy - zaczął Harry, ale Louis przerwał mu z wdzięczną miną.
- Harry, nie trzeba.
- Co?
- Nie musisz przyjeżdżać - wyjaśnił. Jutro Harry zabiera dzieci do siebie na wieczór i Louis nie chciał sprawiać kłopotu, poważnie. On potrafił o siebie zadbać, a dzieciom i Agnes Harry obiecał, że będzie od razu po pracy, dlatego bezie lepiej jeśli Louis sam dotrze do lekarza. Poza tym, jeśli będzie trząsł się ze strachu przed wizytą, to nie chciał, by Harry był tego świadkiem. Zamierzał sam przez to przejść i ewentualnie pokonać przy tym swój drobny lęk. To znaczy, on się nie bał. Po prostu nie ufał lekarzem, nie lubił tego, że większość zachowywała się jakby pozjadali wszystkie rozumy, jakby tylko oni mieli rację, w ogóle nie słuchając pacjenta. Raz dentysta obiecał mu tylko borowanie, a w ostateczności Louis wyszedł bez jednego trzonowca. - To tylko dwie ulice dalej. Poradzę sobie.
- A jeśli poczujesz się źle? - zmartwił się Harry. Nie mógł pozwolić, by Louis sam szedł te kilka kilometrów, będąc nadal osłabionym. Przecież po takim wysiłku mógłby nawet stracić przytomność, w związku z czym upadłby na chodnik i zrobiłby sobie krzywdę. Harry musiał być przy nim. Naprawdę najlepiej jeśli po niego pojedzie, zawiezie go i zabierze do domu.
- Gus mnie zaprowadzi - oznajmił Louis, bo wiedział, że mógł liczyć na chłopaka. Przy okazji udowodniłby mu, że nie miał racji.
- Gus - powiedział Harry, mrużąc przy tym oczy. Ton jego głosu był dziwny, jakby podejrzliwy, oceniający. Louis miał ochotę się roześmiać, gdy dostrzegł zazdrość w zielonych oczach Harry'ego. - Ten blondyn, który grał Danny'ego? - zapytał dociekliwie Harry, na co Louis przytaknął mu rozbawiony.
- Zazdrosny jesteś? - spytał, unosząc brew ku górze, a jego uśmiech jeszcze bardziej poszerzył się, bo na twarzy Harry'ego malowało się wzburzenie.
- Oczywiście, że tak - odparł poważnie i splótł ramiona na piersi. Louis włożył do ust łyżeczkę pełną papki, by nie wybuchnąć śmiechem. Harry był taki uroczy. - To bardzo ładny chłopak - zauważył, czując jak jego poliki robią się ciepłe. Nie podobało mu się to, że Louisa bawiła jego zazdrość. Nie było w tym nic zabawnego. Może i był trochę zaborczy, ale to wszystko z miłości. Louis nie miał prawa śmiać się z niego.
- Haz - westchnął Louis, po czym odłożył miseczkę i sięgnął po splecione dłonie Harry'ego, by zacisnąć palce wokół jego nadgarstków. Harry najwyraźniej naprawdę był o niego zazdrosny, jednak Louis przecież nigdy nie dał mu ku temu powodu, prawda? Nigdy nie sprawił, by Harry poczuł się zagrożony. Kochał tylko jego, tylko z nim chciał spędzić życie. - Nie masz o co być zazdrosnym - powiedział cichym, melodyjnym głosem i uśmiechnął się ładnie. - On jest dwa lata młodszy ode mnie - dodał po chwili, decydując, że rozmowę przeobrazi w żart.
- No i? - sapnął Harry, bo nie rozumiał do czego chłopak zmierzał.
- No i ja wolę starszych przecież. Wolę ciebie, kochanie - wyjaśnił krótko Louis z szerokim uśmiechem i wetknął swoje palce pomiędzy te Harry'ego, by spleść ich dłonie. Brunet automatycznie wzmocnił uścisk i odwzajemnił uśmiech Louisa, gdy jego poliki zarumieniły się chyba jeszcze bardziej.
- Ach, no tak, zapomniałbym - odparł Harry, teatralnym głosem, ostatecznie decydując się jednak, by zagrać w grę Louisa. Wiedział, że chłopakowi właśnie o to chodziło, a on zrobi wszystko, by go uszczęśliwić. - Kręcą cię tylko tatuśki w garniakach.
- Otóż to - przytaknął mu Louis, dźgając go palcem w pierś, po czym oboje zaśmiali się krótko na swój przekomarzalski dialog. Żarty na swój temat to było to co lubili, wytykanie sobie błędów, których nie było i oskarżanie o bezsensowne rzeczy, to jeden z najlepszych składników ich związku, gdy oboje rozbawiają siebie do łez.
- Lou - mruknął po chwili Harry, tym samy łapiąc już spokojne spojrzenie Louisa. Chłopak posłał mu uśmiech. - Na pewno lepiej się czujesz?
- Tak - przyznał szczerze. - Może to dzięki twojej miksturze, ale brzuch mnie już nie boli - powiedział, sprawiając, że ego Harry'ego nieco urosło. - Jakoś... nie czuję już mdłości, nie zbiera mi się na wymioty, ale nadal chcę spać - dodał i na niemalże na potwierdzenie ziewnął przeciągle, na co Harry zabrał mu z rąk kubek z herbatą i sięgnął do kołdry, unosząc ją nad ciałem Louisa.
- No to na co czekasz? Kładź się i śpij - zarządził, więc Louis potulnie znów ułożył się wygodnie na poduszkach i pozwolił, by Harry okrył go szczelnie, a potem nachylił się i cmoknął go krótko w czoło. - Ja pójdę pod prysznic i zaraz do ciebie wracam - obiecał i jeszcze ucałował usta Louisa, zanim wyszedł do łazienki.
Louis chwilę przyglądał się otwartemu wejściu do sypialni, widział jak na korytarzu pojawiła się żółta poświata spod zamkniętych drzwi łazienki, a potem usłyszał jak włącza się woda i przymknął oczy. Naprawdę był zmęczony, chciał już zasnąć, ale wolał poczekać na Harry'ego, poczekać aż położy się na swojej stronie łóżka, więc Louis wsunie się na jego pierś, a on wokół niego owinie swoje dłonie i schowa twarz w jego miękkich włosach. To śmieszne, że Harry miał swoją stronę łóżka, a Louis swoją, tak jakby to było ich łóżko. On spał po lewej, a Harry po prawej stronie. Oboje tłumaczyli to sobie tak, że po prostu tak wolą, ale prawda była taka, że Louis chciał czuć bicie serca Harry'ego na swoim policzku, gdy zasypiał na nim, a Harry dobrze o tym wiedział.
W łóżku w swoim i Nialla mieszkaniu zawsze spał przy ścianie, łóżko i tak było trochę wąskie. Natomiast łóżko Harry'ego nawet nie było dwuosobowe, było ogromne i Louis je kochał. Było takie miękkie i ciepłe i Louis mógł spać na brzuchu, na plecach, na boku i zawsze było mu wygodnie, ale najlepiej było, gdy Harry pozwalał mu być jego poduszką, bo jego klatka piersiowa była równie wygodna, albo gdy obejmował Louisa od tyłu, będąc jego dużym misiem i zawsze wtedy wciskał swoją nogę pomiędzy te Louisa, a czasem nawet chciał, by to Louis był jego misiem, gdy potrzebował porządnego uścisku.
Zadowolony, że nie czuł już żadnych nudności, mdłości, żołądek go nie bolał, głowa także, był najedzony i uspokojony, zasnął, zanim Harry zdążył wyjść z łazienki. Ubrany w bieliznę, szlafrok i w puchatych kapciach z uśmiechem wszedł do sypialni, cieszył się, widząc odpoczywającego Louisa. Jego buzia była spokojna, usta ułożyły się w delikatny uśmiech, spomiędzy których wydostawał się powolny oddech. Kołdra trochę zsunęła się z niego i zatrzymała się na biodrach, bo chłopakowi pewnie było gorąco. Harry widział na jutro trzydzieści stopni w dzień, więc najpierw zdecydował się otworzyć okno, a dopiero potem położył się obok szatyna. Jego dłoń schowana była pod białą koszulkę, leżała płasko na brzuchu, który dopiero teraz wydał się Harry'emu nieco wzdęty. Westchnął ciężko, po czym sięgnął dłonią do pościeli i okrył nią szczelnie Louisa, ziewając przeciągle. Nie mógł pozbyć się współczucia jakie ogarniało go, gdy tylko patrzył na chłopaka. Naprawdę liczył, że od jutro wszystko się zmieni.
Nie miał pojęcia, że nad ranem, po godzinie piątej, Louis zbudził się, a potem nie mógł zasnąć przez uciążliwy ból głowy. Był tak wykończony, iż był przekonany, że to nie przeszkodzi mu w powrocie do snu, jednak mylił się i to bardzo. Kręcił się z boku na bok, przytulał do Harry'ego i odsuwał od niego, aż wreszcie wstał z łóżka i usiadł w fotelu z kocem wokół ciała. Na zewnątrz powoli już jaśniało. Przez okno Louis widział wciąż śpiących sąsiadów Harry'ego i małego, szarego kotka, który spokojnie szedł chodnikiem, jakby zadowolony z otaczającej go ciszy.
Louis spędził w fotelu jakieś pół godziny, głowa wciąż go bolała, a sen już dawno nie trzymał się go. Wreszcie zdecydował się zejść do kuchni i poszukać jakiejś tabletki. Nie zdążył jednak dojść do schodów, gdy wszystko co zjadł zaledwie parę godzin temu podeszło mu do gardła, a on czym prędzej zamknął się w łazience i upadł przed toaletą, głowę chowając do muszli. Zwymiotował raz i krótką chwilę dyszał przy zimnym kaloryferze z dłonią na gorącym czole. Głowa pulsowała mu w skroniach. Nie potrafił powstrzymać zimnych łez, które spływały mu po policzkach. Nie wiedział dlaczego płakał, może dlatego, że był już zmęczony tym wszystkim, miał dość ciągłego wymiotowania, dość bólu brzucha, bycia głodnym i osłabionym. Gdy tak pomyślał o tym, to w gruncie rzeczy cieszył się na dzisiejszego lekarza. Dostanie odpowiednie leki i wreszcie wyzdrowieje.
Powłócząc nogami wrócił powoli do sypialni. Poczuł dreszcze na nagich ramionach, więc zamknął okno. Możliwe, że było ciepło, bardzo ciepło, co wnioskował po kołdrze skopanej przez Harry'ego w nogi łóżka, ale jemu było zimno. Mężczyzna spał płasko na plecach z jedną dłonią pod głową, a drugą w majtkach, na co Louis parsknął cicho. Wspiął się ostrożnie na łóżko i razu sięgnął po tę rękę. Ułożył ją prosto na poduszkach i wcisnął się na ciepłe miejsce przy boku Harry'ego, na bicepsie kładąc głowę. Harry najwyraźniej przebudził się przez to, bo poprawił się na swoim miejscu i owinął ciaśniej ramię wokół Louisa, po czym ucałował go na oślep w miejsce pomiędzy brwiami, co sprawiło, że chłopak uśmiechnął się pod nosem i tak jakby poczuł się spokojniejszy, zrelaksowany. Nawet ból głowy nie przeszkadzał mu aż tak bardzo, dzięki bliskości Harry'ego i chwilę później zasnął na niecałą godzinę.
Miał w głowie totalny samolot, gdy tym razem to Harry go zbudził. Wciąż czuł pulsowanie w skroniach, a mdłości nie ustąpiły nawet po wymiotach. Cały świat wirował mu przed oczami, miał wrażenie, że upada. Zamknięcie oczu w ogóle nie poskutkowało, bo nawet wtedy odczuwał nieprzyjemne zawroty. Nadal był osłabiony i niczego nie pragnął bardziej, niż tego by wreszcie wyzdrowiał. Choróbsko trzymało się go już chyba calutki tydzień i to go troszkę niepokoiło, bo grypa żołądkowa raczej tyle nie trwa. Miał ochotę zostać w domu i przeleżeć czas, aż pójdzie do lekarza, ale nie chciał pokazać Harry'emu w jakim kiepskim stanie był. Harry i tak już za bardzo martwił się o niego, a przecież nie było potrzeby, bo Louis był dorosłym mężczyzną i umiał o siebie zadbać. Poniekąd. No może faktycznie potrzebował trochę tej troski, jednak nie chciał jej nadwyrężać.
- Czy moje słońce zamierza wzejść? - spytał Harry, palcami przeczesując grzywkę Louisa. Jego budzik zadzwonił już dawno temu i Harry zmartwił się, że chłopak długo nie schodził na śniadanie albo przynajmniej na ciepłą herbatę. Jak się okazało, on nadal spał. Najwyraźniej nie wyspał się, czym oczywiście Harry się przejął.
- Zaraz - sapnął Louis i przekręcił się z pleców na brzuch, twarz zakopując w miękkiej poduszce. Te zawroty głowy były nie do zniesienia. Czuł się co najmniej absurdalnie, odnosił wrażenie, że wszystko w nim wirowało. Poza tym, nie miał także apetytu i obawiał się, że Harry będzie chciał wmusić w niego jedzenie. Cała ta sytuacja była absurdalna. Ile miał jeszcze to znosić?
- Lou, a może zostaniesz w domu? - zaproponował delikatnie Harry. Było już po siódmej, on był już ubrany i gotowy by wyruszyć do pracy, ale nie chciał pośpieszać Louisa. On mógł się spóźnić, natomiast nie chciał, aby Louis odczuwał presję. Poza tym wolał jednak Louisa w domu, w łóżku, niż w pracy w takim stanie. Ale Louis był uparty i Harry nie zamierzał kłócić się z nim.
- Już wstaję - burknął szatyn i zaczął powoli podnosić się, a Harry przyglądał się mu z rozbawionym uśmiechem, jak z powrotem opadł plackiem na pościel i uchylił najpierw jedno oko, potem drugie i jęknął przeciągle, naciągnąwszy sobie kołdrę na twarz, wydobywając z Harry'ego krótki chichot. - Wstaję - dodał stłumionym przez pościel głosem.
Harry zdecydował się usiąść na brzegu łóżka. Sięgnął dłonią po białą kołdrę i odsunął ją z twarzy Louisa, wychwytując jego spojrzenie. Przez chwilę patrzyli na siebie bez wyrazu, aż wreszcie to Louis zaśmiał się krótko i wyciągnął obie ręce do Harry'ego. Mężczyzna odwzajemnił gest i przewrócił oczami, zanim usadowił się wygodnie z rękami po obu bokach Louisa i pochylił się do niego. Pozwolił, by objął go mocno ramionami wokół karku, a sam przycisnął usta do ciepłego czoła, potem do nosa, aż wreszcie cmoknął Louisa w spierzchnięte usta.
- Słońce ty moje, wiecznie zaćmione - mruknął Harry w wargi młodszego, który wytknął język na jego słowa i przyłożył dłoń do jego ust, gdy ten chciał go pocałować.
- Nie udobruchasz mnie - odparł Louis jeszcze zaspanym głosem, w duchu ciesząc się, że zawroty głowy powoli mijały i zaraz na spokojnie będzie mógł wstać, bez obaw, że Harry cokolwiek zauważy. Harry, który teraz bardzo chciał go pocałować, nawet polizał dłoń Louisa, by przebić się do jego ust, ale chłopak nie zamierzał tak łatwo się poddać. Nie był łatwy. I uwielbiał, gdy Harry walczył. - Nie myłem jeszcze zębów - zauważył Louis, śmiejąc się z Harry'ego zrobił głupią minę, na co Harry uniósł brwi, po czym parsknął zabawnie.
- Masz rację, nie będę ryzykować - odparł, poważniejąc, po czym wrócił do pozycji siedzącej, sprawiając, że Louis spojrzał na niego zbulwersowany.
- Wypraszam sobie - sapnął Louis. - Nie uważam, by pocałunki ze mną były jakieś ryzykowne - obruszył się i usiadł jednym ruchem, możliwe, że zbyt szybko, bo lekko zakręciło mu się w głowie, ale nie pokazał tego po sobie. Harry uśmiechnął się do niego, po czym wstał i poprawił żółtą marynarkę.
- Przed chwilą zatkałeś mi usta - zauważył gładkim tonem z władczym spojrzeniem, utkwionym w siedzącym chłopaku, który zrobił smutną minę na jego słowa, tym samym rozbawiając go jeszcze bardziej.
Louis był przeuroczy, dosłownie. Taki miły i śliczny blask bił od niego i raził Harry'ego po oczach, tak jak Louis to powiedział, przez co Harry nie widział niczego innego poza nim. Naprawdę był jego światełkiem, zawsze przyprawiał go o uśmiech, a teraz robił to z samego rana, od chwili, gdy Harry obudził się, mając swoją głowę na jego brzuchu, uszczęśliwiał, rozbawiał, był wszystkim dla niego. Dlatego nic w tym dziwnego, że Harry martwił się o niego, bo przecież chciał tylko i wyłącznie jego dobra. Chciał, by był zdrowy.
- Ale żartowałem - zawołał Louis, wstając czym prędzej z łóżka i wręcz zawisł Harry'emu na szyi, który od razu objął go mocno w pasie i pozwolił na delikatny, poranny pocałunek.
pm]
Louis pił już czwartą herbatę w ciągu trzech godzin, a Gus tylko łypał na niego spojrzeniem ze sceny. Szatyn nie miał apetytu i wyraźnie czuł się źle. Gus wiedział, że nie tylko on to dostrzegał. Pan Austin także obserwował czujnie Louisa. Dziś wyjątkowo o nic go nie prosił, niczego nie wymagał. Pozwolił, by siedział przy jego boku i przyglądał się wszystkiemu, patrzył jak aktorzy powoli uczą się swoich ról między sobą, dopiero wchodząc w nową sztukę, jaką wybrał pan Austin. Tym razem miał ochotę na Szekspira i Louis był zachwycony. Opowieść Zimowa była jednym z jego ulubionych utworów poety, jednak w obecnym stanie nie umiał cieszyć się z tego, zaangażować, przez co czuł się przygnębiony. Nawet nie miał ochoty wejść na scenę do aktorów i towarzyszyć im w nauce. Wolał siedzieć skulony z uciążliwymi mdłościami i popijać gorącą, gorzką, czarną herbatę.
Wczoraj był przekonany, że powoli wszystko mu przechodzi, ale najwyraźniej nie. Czuł się tak samo źle od kilku ciężkich dni i nic nie zanosiło się na to, że mu się polepszy. Może dzisiejsza wizyta u lekarza będzie pomocna. Liczył na to, bo naprawdę był już tym zmęczony. Nawet nie mógł poprawnie pracować, nad czym ubolewał. Valerie poprosiła go, by pomógł jej z rolą Perdity, ale on odmówił, tłumacząc się ważną dyskusją z panem Austinem, który potwierdził to. Było mu przykro z tego powodu, bo naprawdę chciał pomóc z tą sztuką, ale obawiał się, że jak tylko stanie pośrodku tylu osób, to nie będzie umiał powstrzymać wymiotów. Nawet czuł to w tej chwili, gdy odbijała mu się herbata i udawał, że po prostu kaszle, by inni myśleli, że po prostu się przeziębił. Ale nie każdy mu w to wierzył.
Gus nie zamierzał mu odpuścić. Był pewny swoich racji, a Louis najwyraźniej głupi, skoro nie chciał mu uwierzyć, nie chciał uwierzyć sobie, swojemu organizmowi. Taką ignorancją tylko narażał siebie na niebezpieczne powikłania. Musiał jak najszybciej zacząć o siebie dbać, brać odpowiednie leki, a im dłużej zwlekał, tym gorzej dla niego i dziecka. Chłopak nie mógł patrzeć jak Louis się męczył. Jeśli będzie trzeba to sam zaciągnie go do lekarza. Musiał znów z nim porozmawiać. Wychwycił jak wymknął się do łazienki, chcąc być niezauważonym, i chwilę później Gus poszedł za nim. Przestraszył się, że chłopak mógł poczuć się źle, może zrobiło mu się słabo albo musiał zwymiotować. Nie chciał by stała mu się krzywda.
Louis stał przy otwartym oknie, gdy Gus wszedł do toalety. Był blady na buzi i wyraźnie zmęczony.
- Louis, to widać - powiedział Gus, podchodząc do chłopaka. Szatyn posłał mu ostre spojrzenie, ale nie zamierzał odpowiedzieć, nie chciał kłócić się z nim, nie miał na to siły. - Rzygałeś? - spytał troskliwie. Louis pokręcił przecząco głową i wrócił spojrzeniem na widok za oknem. Potrzebował odetchnąć i uciec od podejrzliwego spojrzenia Gusa. Ale to najwyraźniej nie było mu dane. - Słabo ci?
- Nie - odburknął Louis. - Daj mi spokój.
- Louis, słuchaj - zaczął Gus, ale szatyn zdecydował się przerwać mu.
- Nie, to ty posłuchaj - warknął i splótł ramiona na piersi, przyjmując groźną postawę. Gus uniósł na niego brew, robiąc minę, bo przecież Louis go nie przestraszy. Był chyba ślepy, udawał, że nie wie albo nie chciał wiedzieć. Ale prawda była taka, że ciąży się nie wyprze, jeśli okaże się realna. - Nie jestem w żadnej ciąży. A ty nie masz prawa wmawiać mi czegoś takiego, bo mnie, do cholery nie znasz. Nie masz pojęcia o moim życiu seksualnym, Gus, więc z jakiej racji mnie oceniasz?
- Bo to widać - parsknął blondyn, przewracając oczami. - Już ci mówiłem. Nie będę znów tego wyjaśniał. Wiesz doskonale, że mam podstawy, by tak uważać. A ty jesteś głupi, skoro się tego wypierasz, bo wiesz dobrze, jak się czujesz. To nie jest jakaś grypa, jak to sobie ubzdurałeś i próbujesz wmówić innym. No ale jeśli nie jesteś w ciąży to zrób test - zasugerował spokojnym tonem. Zamierzał zrobić wszystko, by uświadomić Louisa, by zaczął o siebie dbać. Polubił go i nie chciał, by zrobił krzywdę sobie i dziecku, jeśli ono tam było.
- Co? - stęknął Louis, czując jak ciepło wstępuje mu na policzki. Mógł przecież już dawno o tym pomyśleć. Zrobiłby test i miałby z głowy natrętnego Gusa, bo naprawdę miał go już dosyć. Ale z drugiej strony obawiał się, że chłopak mógłby mieć rację. Louis nie chciał być w ciąży, na pewno nie teraz. Nie był w ciąży.
- Test ciążowy - westchnął ciężko Gus. - Zrób test i wtedy się okaże. Będziesz miał pewność. A skoro jesteś pewien, że nie jesteś w ciąży, no to co ci szkodzi? Przynajmniej to wykluczysz - zagadnął i posłał Louisowi łagodny uśmiech.
- Idę dzisiaj do lekarza - mruknął, zdławionym głosem i spuścił wzrok. - Zobaczysz, że mam zwykła grypę - powiedział cicho, niezbyt przekonująco. Wcześniej chciał poprosić Gusa, by poszedł z nim, potrzebował wsparcia, bo nie czuł się najlepiej, ale teraz doszedł do wniosku, że chyba tego nie zrobi. Był zły na blondyna. Poza tym, pewnie spytałby dlaczego nie pójdzie na wizytę z Harrym, tylko prosi jego, a Louis nie zamierzał mu się tłumaczyć. Bał się.
- Zrób test - powiedział jeszcze Gus, po czym patrzył przez chwilę na skulnego, cholernie upartego Louisa, zanim wyszedł z toalety i zostawił go samego.
Gus podpuszczał go. Możliwe, że Louis chciał udowodnić jemu, a może sobie i możliwe, że to dlatego, że chciał mieć pewność, chciał pozbyć się tego strachu. Dlatego od razu po pracy, zamiast udać się do lekarza, poszedł do najbliższej apteki i trzęsącym się głosem poprosił o test ciążowy. Farmaceutka spytała czy chce męski, co potwierdził niepewnym skinieniem głowy. Chciał złapać taksówkę, bo bał się, że po drodze mógłby zasłabnąć, ale były godziny szczytu i jak na złość ani razu nie przejechała koło niego żadna taksówka. A było dziś naprawdę ciepło i Louis powoli już się męczył, cały spocony nieustannie szybkim krokiem kierował się do swojego mieszkania. To oczywiste, że nie zrobi testu u Harry'ego. Harry na razie nie mógł o niczym wiedzieć. Zdzwonił do niego, gdy Louis był już blisko mieszkania, ale odrzucił połączenie. Harry pewnie pomyślał, że jest już w gabinecie i nie może rozmawiać, ponieważ nie zadzwonił kolejny raz.
Louis nie mógł trafić kluczykiem do zamka swoich drzwi, tak drżały mu dłonie. W pewnym momencie w jego oczach pojawiły się łzy bezsilności. Opadł na kanapę w salonie i leżał przez chwilę, bo potrzebował odpocząć. Serce dudniło mu w piersi, gdy myślał o tym co zaraz zrobi. Naprawdę był przerażony. Ciąża była ostatnią rzeczą, jaką teraz by chciał. Oczywiście, że marzyło mu się, aby kiedyś zostać rodzicem, jednak nie w takim czasie. Na razie miał inne priorytety, na razie chciał spełniać siebie, dokształcać, miał cele, do których wytrwale dążył, a dziecko w takim intensywnym etapie życia wszystko mu zaprzepaści.
A Harry... Louis nawet nie wiedział czy mężczyzna chciałby mieć kolejne dziecko. Miał sześcioro, był po czterdziestce, więc to bardzo wątpliwe, że marzyło mu się teraz potomstwo. Ryan jakiś czas temu powiedział mu, że tata na pewno nie planuje już dzieci. Dlatego Louis nie mógł być w ciąży. Nie chciał i Harry także. Zawsze się zabezpieczali, zawsze. I nigdy nie kochali się, gdy Louis miał dni płodne. Nie był w ciąży. Na pewno nie. A zrobienie tego cholernego testu to tylko formalność, to nawet było zbędne, więc zrobi test i będzie miał to z głowy.
Zamknął się w łazience, mimo że tego nie potrzebował, bo był sam. Usiadł na brzegu wanny i chwycił w dłonie opakowanie testu. Wystarczy nasikać, poczekać pięć minut i dwie kreski oznaczają, że jest w ciąży, a jedna, że nie, czego oczywiście oczekiwał. Rozerwał kartonowe opakowanie, bo nie potrafił go otworzyć. Oddychał głośno, wręcz dyszał, gdy przyglądał się małemu patyczkowi. Jego poliki piekły, a w oczach wciąż miał łzy. Był przerażony. Chciał nawet z tego zrezygnować i wrócić do przychodni, powiedzieć, że po prostu spóźnił się albo zapomniał, no ale czemu miałby to zrobić? Przecież nie był w ciąży, więc nie miał czego się bać. Zrobi test i wróci do apteki po leki na grypę żołądkową i tyle.
Więc wreszcie wziął ten cholerny pasek testowy i nasikał na niego z małą łzą na policzku. Odłożył go na małą półeczkę, sam usiadł z powrotem na brzeg wanny i czekał niecierpliwie na wynik. Bawił się nerwowo palcami i myślał o tym, co jeśli naprawdę był w ciąży i przede wszystkim jak Harry zareagowałby na to. Tego bał się najbardziej. Kochał go i nie chciał go stracić, ale przecież znał go. Wiedział, że Harry także go kochał i jeśli okaże się, że jednak był w ciąży to był pewien, że nie zostanie sam, bo Harry był najwspanialszym człowiekiem na ziemi i to oczywiste, że zadba o niego i o maluszka. Ale Louisowi wydawało się, że będzie zły, że nie ucieszy się, a ich związek zawiśnie na włosku, chociaż raczej nie rozstaną się, oczywiście ze względu na dobro dziecka.
Był kurewsko przerażony, gdy sięgał po test. Nawet nie odczuwał jakichkolwiek mdłości, bólu głowy, nic, zbyt przejęty sytuacją, jakby zapomniał, że czuł się okropnie. Ale dopiero zrobiło mu się słabo, gdy dostrzegł dwie różowe kreseczki na wąskim wyświetlaczu. Wstrzymał oddech, patrząc i nie mogąc uwierzyć w to co widzi. To nie było możliwe. Łzy, które cały czas wzbierały mu się w oczach, teraz spłynęły w dół policzków, a on osunął się na podłogę. Czuł jak świat wirował mu przed oczami. W dłoni zaciskał test, gdy z głową na zimnych kafelkach po prostu rozpłakał się. Nie chciał tego, nie chciał być w ciąży, do cholery. Nie był na to gotowy, nie teraz. Nawet nie rozmawiali z Harrym czy kiedykolwiek będą chcieli mieć razem dziecko. Był słaby i naprawdę przerażony.
Jednak pomyślał o tym, że test mógł się przecież pomylić. Mógł być przeterminowany, a może Louis zrobił coś źle. Może test wcale nie był rzetelny, nie był wiarygodną podstawą do tego, by być pewnym ciąży. Dlatego postanowił, że zrobi jeszcze jeden test, by mieć solidną pewność. W końcu ciąże najlepiej jest potwierdzić u lekarza, bo może ze względu na grypę, która go dopadła miał w sobie dużo hormonu, który świadczy o ciąży. No właśnie, przecież mogło tak być.
Nie, nie mogło.
Podniósł się z podłogi i poprawił ubranie. Przemył gorącą twarz zimną wodą i w lustrze ułożył w miarę swoje rozczochrane włosy. Zgarnął telefon i portfel i wyszedł z mieszkania, kierując się do apteki. Nie mógł jednak powstrzymać łez, bo wszystko wskazywało na to, że był w ciąży. Niczego teraz tak bardzo nie pragnął, jak tego by Niall był przy nim, by mu pomógł i wsparł go w tej trudnej sytuacji, zapewnił, że wszystko się ułoży, bo Louis teraz w to wątpił. Miał wrażenie, że właśnie wszystko mu się wali. Ostatnio jego życie tak dobrze się układało, wreszcie był szczęśliwy, ale jak widać to było zbyt piękne, by mogło trwać.
Harry znów zadzwonił, a Louis nie mógł nie odebrać kolejny raz.
- Skarbie, wszystko okej? - spytał zmartwiony. Louis uśmiechnął się na jego czuły, delikatny głos. Potrzebował, by Harry przytulił go, powiedział, że bardzo go kocha i że poradzą sobie jako rodzice. Jeśli naprawdę był w ciąży, to chciał by Harry ucieszył się, chociaż on, bo Louis był załamany.
- Tak - mruknął, wcześniej przeczyszczając głos, by Harry nie poznał, że płakał. Dobrze, że nie mógł go zobaczyć.
- Wracasz już do domu czy przyjechać po ciebie? - dopytał, będąc gotowym wsiąść w samochód i pojechać po chłopaka. Bliźniacy już o niego wypytywali, bo obiecał im, że spędzą razem czas na ogródku, w basenie.
- Nie, Harry, wracam do siebie - przyznał cicho, starając się zapanować nad drżący głosem, najlepiej jak potrafił. Nieustannie był bliski płaczu, ledwo powstrzymywał emocje. Chciał być już w łóżku i porządnie się wypłakać.
- Co? - zdziwił się Harry. Louis zamierzał wrócić do swojego pustego mieszkania, bo był chory? Harry nie zamierzał na to pozwolić. Byli przecież parą i ich obowiązkiem było dbać o siebie. Bał się o Louisa.
- Mam grypę żołądkową - skłamał z zaciśniętymi oczami. Na razie nie zamierzał powiedzieć prawdy, nie był na to gotowy, nie póki na razie sam nie miał pewności. - Silną grypę i mogę zarażać, więc nie chcę zarazić dzieci. Właśnie idę do apteki po leki i wracam do mieszkania. Pójdę spać i się wykuruję - mówił spokojnie, siląc się na uśmiech, by wszystko brzmiało wiarygodnie. Nie mógł jednak nic zrobić z tym, że wciąż odczuwał mdłości i nadal odrobinę wirowało mu w głowie. Był głodny, zmęczony, słaby i chciał płakać i naprawdę, niech Harry już go przytuli i pocałuje i obieca, że już zawsze będą razem.
- Och. No... no dobrze - mruknął Harry, nie kryjąc zdziwienia, może nawet rozczarowania. Potrzebował, by Louis był w jego łóżku, by mógł zając się nim. Ale z drugiej strony doskonale go rozumiał, bo skoro to było zaraźliwe, to on także nie chciał, by dzieci były chore. - W takim razie... za chwilkę będę u ciebie i zajmę się tobą -
- Nie! - przerwał mu Louis, zbyt gwałtownie i od razu poprawił się, zanim Harry się odezwał. - Uch. Nie, Harry, nie trzeba. Nie chcę też ciebie zarazić - mówił już drżącym głosem, bo im dłużej rozmawiał z Harrym, tym bardziej chciał płakać, czując się źle z tym, że nadal go okłamywał. - Kochanie, naprawdę, nie martw się. Potrzebuję teraz odpocząć. Lekarz kazał mi leżeć i dużo pić. Za kilka dni wrócę do zdrowia i wrócę do ciebie - westchnął i uśmiechnął się.
- Nie uważam, żeby to był dobry pomysł - powiedział ciężko Harry, a Louis wiedział, że przymknął oczy ze złości. Nie chciał by był na niego zły, ale nie mógł nic teraz z tym zrobić.
- Harry, poradzę sobie - zapewnił go, mimo że sam nie wierzył w te słowa.
- Jutro do ciebie zajrzę - zadeklarował się Harry, bo nie było mowy, że pozwoli Louisowi samemu przebyć chorobę. Nawet jeśli będzie trzeba to siłą zabierze go do swojego domu i położy do łóżka. Ale rozumiał, że Louis chciał teraz spokoju i przestrzeni, podczas gdy Harry miał w domu dwóch szalejących sześciolatków. W takim razie jutro urwie się z pracy i przyjedzie do niego, by się nim zająć, przytulić i dać buziaka. Louis musiał wiedzieć, że miał w nim wsparcie.
- Naprawdę, nie ma powodu - upierał się, dłonią przecierając mokry policzek, gdy zatrzymał się przed apteką. - Zajmij się dziećmi i pozdrów je ode mnie. Muszę już kończyć - westchnął i przełknął bolącą gulę, rosnącą w jego gardle. -Harry, kocham cię - dodał zdławionym tonem. Potrzebował, by Harry to usłyszał.
- Ja też cię kocham, Lou, ale - usłyszał jeszcze Louis ciepły głos Harry'ego, po czym rozłączył się i Louis nie usłyszał, co mężczyzna chciał dalej powiedzieć. Nie miał czasu.
Wszedł do apteki i poprosił tę samą ekspedientkę o jeszcze jeden test ciążowy, męski i biegiem wrócił do mieszkania. Po drodze był dwa razy bliski wyrzucenia testu, ale wiedział, że nie może, potrzebował go. Nogi miał jak z waty, gdy wspinał się po schodach na trzecie piętro. Tym razem nawet nie zastanawiał się. Od razu zamknął się w łazience i rozpakował test drżącymi dłoni. Z jego ust wydostało się małe chlipnięcie, kiedy czekał na wynik. Nie potrafił pohamować łez. Miał wrażenie, że zwymiotuje. Modlił się w duchu, by teraz test wyszedł negatywnie, dosłownie błagał w myślach siły wyższe, by nie był w tej cholernej ciąży.
Ale znów pasek testowy wyświetlił dwie kreski. W pierwszej chwili Louis myślał, że źle spojrzał, że sam się pomylił, więc spojrzał jeszcze raz, ale dwie kreski nadal tam były. Drugi, jebany, raz. Wściekły, cisnął urządzeniem w podłogę, sprawiając, że przełamało się na pół, a sam usiadł bezsilny pod zimnym grzejnikiem i rozpłakał się, wręcz rozryczał, głowę chowając między nogi. Nie mógł w to uwierzyć. To nie mogło się dziać. On naprawdę był w ciąży.
Poczuł jak wszystko podchodzi mu do gardła, więc podniósł się na kolana i poczłapał do sedesu, gdzie zwymiotował kilka razy z głową w dół, a gorące łzy kapały wzdłuż jego nosa. Zrobiło mu się ciemno przed oczami, poczuł się słaby. Drżał na całym ciele, dlatego usiadł pod toaletą, zanim odważył się wstać i przepłukać usta.
Malutki dzidziuś rozwijał się w nim. On i Harry będą mieli dziecko, będą rodzicami. O ile Harry będzie nadal chciał z nim być.
Tego Louis bardzo się obawiał, tego że zostanie sam, że straci Harry'ego, miłość swojego życia. Ale martwił się także, że wraz z pojawienie się dziecka właśnie stracił szanse na spełnienie wszystkich swoich marzeń, stracił szanse na zostanie reżyserem, na posiadanie własnego teatru, bo teraz, zamiast skupić się na samorozwoju, będzie musiał wszystko poświęcić dla maluszka.
Nie był na to gotowy. Był przerażony. Płakał dobre dziesięć minut, w tym czasie Harry zadzwonił dwa razy, ale on nie odebrał, więc Harry pewnie pomyślał, że śpi. A on płakał. Płakał, mocząc jeden z ręczników, który przyciągnął do siebie i przycisnął do czerwonej twarzy. Chlipał jak małe, bezbronne dziecko, bezsilny, dosłownie załamany. Bo może bał się przyznać do tego przed samym sobą, ale tak naprawdę nie chciał tego dziecka, przez co był wściekły na siebie jeszcze bardziej. Możliwe nawet, że nienawidził siebie przez tę myśl, bo maluszek nie był niczemu winny, a on oskarżał go rozwalenie jego życia, do czego przecież nawet jeszcze nie doszło. Bał się, że nie będzie umiał go pokochać, jeśli ono tam było, w jego brzuszku, na który spojrzał powoli, wreszcie uspokajając się, gdy brał głębokie, powolne wdechy.
Potarł małe wybrzuszenie i uśmiechnął się delikatnie. Teraz wszystko składało mu się w całość. To, że zaczął objadać się słodyczami, a potem kompletnie stracił apetyt, wszystkie jego poranne wymioty, wieczne nudności, zawroty głowy, wrażliwość na zapachy, osłabienie, ból głowy i ten wzdęty brzuch, który możliwe, że wcale nie był wzdęty, tylko to dzieciątko w nim rosło. Wszystkie te symptomy były przecież oczywiste, sprowadzały się do jednego, a on nawet o tym nie pomyślał albo raczej nie chciał dopuścić tego do siebie, gdy Gus chciał mu to uświadomić.
W dodatku nie miał pojęcia jak długo był w ciąży, a powinien był o siebie dbać od samego początku, kiedy tak naprawdę wszystko bagatelizował, upierając się, że to tylko grypa. Musiał jak najszybciej zobaczyć się z lekarzem. Teraz nie liczyło się nic prócz zdrowia jego i dziecka, szczególnie, że czuł się tak źle przez ostatni czas.
Wziął się wreszcie w garść. Podniósł się z zimnej podłogi i na trzęsących się nogach poszedł do swojego pokoju, po drodze zgarniając laptopa Nialla. Jego celem było znalezienie lekarza, ginekologa, jak najszybciej, najlepiej na teraz, nawet na dziś. Zaczął od tych najlepszych w Londynie, których sam znał, ale najbliższa wizyta, ta prywatna, była proponowana mu dopiero na za kilka dni, a nawet za tydzień, a on nie mógł czekać tak długo, więc szukał dalej. Obdzwaniał każdego lekarza po kolei, w pewnym momencie nawet płakał do słuchawki, że musi zobaczyć się z lekarzem jak najszybciej, bo boi się o swoje zdrowie. Ale wtedy dostawał odpowiedź, że w takim razie powinien skierować się do szpitala. Nikt go nie rozumiał. Lekarze jak zwykle zawsze wiedzieli najlepiej co mu dolega, nawet nie badając go.
Wreszcie, po godzinie czekania i płaczu, tak, że oczy miał już opuchnięte, a głowa bolała go niemiłosiernie, udało mu się umówić wizytę na jutro, na godzinę szóstą rano. Lekarz przyjmował dopiero od siódmej, ale dla zdruzgotanego Louisa postanowił zrobić mały wyjątek, bo słyszał bardzo wyraźnie jak załamany był. Gabinet znajdował się pół godziny drogi od Louisa, gdzie na szczęście mógł dostać się autobusem, startującym kilka minut po godzinie piątej z przystanku na końcu ulicy Louisa.
Ze względu na to, że musiał wstać tak wcześnie i był dosłownie wykończony, poszedł szybko się wykąpać. Gorąca woda nieco ukoiła jego nerwy, sprawiła, że trochę się uspokoił i wyciszył. Był już zmęczony i chciał jak najszybciej położyć się do łóżka, dlatego nawet już przestał myśleć o tym, że jest w ciąży i zapomniał o wszelkich konsekwencjach jakie ona za sobą niosła. Ubrał się w ciepłą, świeżą piżamkę i starał się zignorować tępy ból głowy, bo wiedział, że nie mógł wziąć żadnej tabletki niestety. Ale poza bólem także głód nie dawał mu spać. Kręcił się z boku na bok, a uporczywe burczenie i skręty żołądka nie ustawały, więc ledwo żywy podreptał do kuchni. Lodówka była niemal pusta oczywiście, bo nikogo miało nie być w mieszkaniu przez dwa tygodnie. Nie miała niczego, co można by było zjeść na szybko. Na szczęście Louis wygrzebał z szafki z przyprawami opakowanie czekoladowych ciasteczek, zgarnął jeszcze mleko truskawkowe z terminem ważności na najbliższe trzy dni. Nie przejął się tym, że w nocy pewnie obudzi się, by to wszystko zwymiotować, zjadł całe opakowanie ciasteczek na łóżku, wytrzepał kołdrę z okruszków i zasnął na kilka godzin.
Nie zwymiotował, z czego bardzo się cieszył. Czuł się lepiej, na tyle, by na spokojnie wstać po godzinie czwartej i dokładnie przyszykować się na wizytę. Dosłownie miał pustkę w głowie, a raczej starał się o niczym nie myśleć, by się nie denerwować i na spokojnie dotrzeć do lekarza. Z rana było dość chłodno, więc założył dresy, koszulkę i bluzę. Wypił czarną, gorzką herbatę i kupił sobie paczuszkę herbatników po drodze na przystanek. Nie był głodny, ale wiedział, że musiał jeść dla dzidziusia, mimo że jego obecność w ogóle nie cieszyła Louisa. W autobusie prawie zasnął, będąc jedyną osobą, która gdziekolwiek zmierzała, prócz kierowcy.
Był smutny, odnosił wrażenie, że jeszcze nigdy nie czuł takiego smutku, nie miał takiego ciężaru na sercu, tak jak w tamtej chwili. Może czułby się lepiej, gdyby do ginekologa jechał razem z Harrym, gdyby Harry trzymał go za rękę, przytulał i obiecał, że wszystko się ułoży, że sobie poradzą. Ale Harry'ego nie było obok, bo Louis bał mu się przyznać, że znów zostanie ojcem. Niczego innego nie czuł niż smutek i strach, przerażony, że za niedługo, w jednej chwili może stracić wszystko, że dla dziecka będzie musiał zrezygnować ze swoich planów, z dotychczasowego życia. Najpierw błagał w myślach, by Harry nie zostawił go, jak tylko się dowie, błagał, by w jakiś sposób ucieszył się, bo on sam nie cieszył się ani trochę, był załamany. A potem jednak marzył o tym, by lekarz wykluczył ciążę, by okazało się, że jest po prostu chory.
Usiadł na poczekalni i splótł dłonie na kolanach, dostrzegając jak bardzo drżały. W oczach nieustannie miał łzy, jego broda trzęsła się, ale starał się być silny. Nie chciał się rozpłakać. W pewnej chwili naszła go ochota, by zadzwonić do Nialla i opowiedzieć mu o wszystkim, ale nie czekał nawet minuty, gdy na korytarzu pojawił się doktor, który posłał mu uśmiech. Już nie raz widział tak załamanych mężczyzn i wiedział, że w takiej sytuacji, zamiast skupić się na pocieszaniu, które raczej w niczym nie pomoże, należy podejść do wszystkiego spokojnie, z uśmiechem i przede wszystkim profesjonalnie oraz obiecać pacjentom idealną opiekę.
- Zapraszam pana - odezwał się wysoki brunet i otworzył drzwi dla Louisa, który przy dobrze zbudowanym doktorze czuł się tak bardzo mały i bezbronny.
Nie mógł pozbyć się myśli, że chciałby, aby Harry był teraz przy nim. Miał żal do siebie, że był zwykłym tchórzem, aby przyznać się mu, że tak, był w ciąży i tak Harry, to twoje dziecko.
- Proszę na chwilkę usiąść, porozmawiamy - powiedział mężczyzna z uśmiechem i zasiadł za biurkiem, a Louis naprzeciw niego. - Nazywam się Jeremy Adams, ale mówmy sobie po imieniu. Będzie nam łatwiej pracować. Louis, prawda? - dopytał, na co Louis przytaknął, wiercąc się na swoim miejscu. Był zdenerwowany, co było widoczne, dlatego Jeremy zamierzał podejść do wszystkiego na spokojnie, zresztą tak jak zawsze. - Z tego co pamiętam, to zrobiłeś dwa testy, tak? I wyszły pozytywnie. Więc na dziewięćdziesiąt procent jesteś w ciąży, co właśnie zaraz potwierdzimy. Jesteś troszkę przestraszony. Dlaczego?
- Bo, uch - westchnął ciężko Louis i przyłożył dłoń do załzawionych oczu. Nie zamierzał powiedzieć mężczyźnie prawdy. - Czuję się bardzo źle. Prawie nic nie jem, dużo wymiotuję. Myślałem, że jestem chory. Boję się, że coś mogło stać się dziecku - wyjaśnił krótko łzawym tonem, co akurat było szczere. Może i nie cieszył się z tego, że zostanie tatą, ale przecież nie chciał źle dla swojego dziecka, chciał by było zdrowe.
- W porządku, w takim razie. Myślę, że od razu przejdziemy do rzeczy, a później wypełnimy ankietę i zarejestrujemy cię jako mojego pacjenta - oznajmił Jeremy i Louis zgodził się z nim. Był miły i sprawiał dobre wrażenie, sprawiał, że Louis mu ufał. - Wejdź, proszę, za kotarę, przebierz się i przejdziemy do badania - poprosił przyjaźnie.
W pierwszej chwili Louis chciał odmówić, ale powstrzymał się. Wiedział, że to konieczne. Badanie prawdopodobnie będzie wewnętrzne, bo trzeba dokładnie sprawdzić płód, jak się rozwija i ile ma tygodni, a Louis nawet jeszcze nie miał brzuszka, więc USG pewnie niczego nie wykaże.
Z wypiekamy na twarzy ułożył się na kozetce, mając na sobie cholerną, szpitalną koszulę. Przynajmniej zostawił sobie skarpetki, bo ze strachu było mu zimno. Jeremy już był przygotowany, z rękawicami na dokładnie umytych dłoniach, siedział przy dużej maszynie i z uśmiechem patrzył na Louisa. Było mu żal chłopaka, ale nie zamierzał pokazać tego po sobie. Wiedział co oznacza pierwsza, samotna wizyta i naprawdę współczuł mu. Nikt nie zasługiwał na to, by w tak ważnym momencie życia być samemu.
- Spokojnie. Wszystko jest bezpieczne i bezbolesne. Nie masz czego się obawiać - zapewnił Louisa lekarz, wyścielając białą narzutkę na jego zgiętych w kolanach nogach. Chłopak przytaknął krótko i przełknął ciężko, ułożywszy głowę na oparciu.
Obserwował go uważnie, jak pokrywał przeźroczystym żelem malutką różdżkę, po czym skierował ją między jego nogi i ledwo wyczuwalnie dla Louisa wsunął ją w jego wnętrze. W oczach chłopaka znów zabłyszczały się łzy. Zacisnął dłoń na białej koszuli, bo to było jedyne co w tej chwili mógł trzymać. Myślał tylko o tym, by nie stracił Harry'ego.
- Okej - zaczął Jeremy po chwili ciszy. Louis spojrzał na niego dużymi oczami. - Kiedy ostatni raz współżyłeś?
- Nie wiem, uch. Kilka dni temu? - mruknął, bo naprawdę nie miał pojęcia. Z Harrym bardzo często kochają się, ostatni raz, o ile dobrze pamiętał, był wtedy jak już odczuwał symptomy ciąży.
- A jeszcze wcześniej? - dopytał doktor, zerkając na Louisa z uniesioną brwią.
- Um. W zeszłym tygodniu - stęknął. Czuł się trochę zawstydzony, bo czy jego regularne życie intymne powinno interesować doktora?
- Rozumiem - mruknął cicho Jeremy, intensywnie wpatrując się w ekran monitora. W oczach Louisa wezbrały się łzy, bo domyślał się już za kogo mężczyzna go miał. - A przypuszczasz kto może być ojcem dziecka? - spytał delikatnie i spojrzał na Louisa, który starł małą, pojedynczą łzę z ciepłego policzka. Zdenerwował się, bo nie był cholerną dziwką. To, że często uprawiał seks, znaczyło tylko tyle, że on i Harry byli idealną, szczęśliwą parą i lekarz nie miał prawa wysnuwać takich absurdalnych wniosków.
- Oczywiście, że tak - wzburzył się i podniósł głos. Był pewien, że w tej chwili, gdyby Harry to usłyszał, to Jeremy mógłby dostać w zęby - Harry. Mój partner - dodał, ściszając już głos, a na jego usta wstąpił delikatny uśmiech, gdy spojrzał na swój brzuszek, na którym ułożył dłoń. Jego serce zabiło trochę szybciej. Gdzieś głęboko w nim pojawiło się to miłe, przyjemne uczucie, może odrobinę szczęścia, że był w ciąży z Harrym, że zostaną rodzicami. Troszkę, ale tylko troszkę ucieszył się na tę myśl, bo naprawdę marzył, by mieć z Harrym dziecko. Możliwe, że ich związek skończy się, jednak był pewien, że jego maluszek będzie miał najlepszego tatę na świecie, który idealnie zaopiekuje się nim. Albo nią.
Chwilowe, pozytywne uczucie nie wymazało niestety tych negatywnych emocji, obawy Louisa przed tym jak teraz wszystko się potoczy. Potrzebował jak najszybciej zostać sam i przemyśleć sobie wszystko. Znów miał ochotę rozpłakać się.
- Och. To bardzo się cieszę - przyznał Jeremy ze szczerym uśmiechem, po czym wyjął różdżkę z wnętrza Louisa, wcześniej dokonując wydruku, by udokumentować pierwszą wizytę chłopaka i rozwijające się w nim dziecko. - To znaczy, że za tydzień będziecie tutaj we trójkę - dodał, wręcz uradowany, ale Louis wątpił w jego przekonanie. - Więc szacuję, że maluszek ma około pięciu tygodni - zaczął swoim profesjonalnym tonem. W Louisie aż zawrzało na myśl, że to już ponad miesiąc, a z drugiej strony zdziwił się, że tak szybko zaatakowały go wszystkie negatywy tego stanu. Spodziewał się drugiego, a nawet trzeciego miesiąca, bo jego brzuch był już nieco wydęty. Możliwe, że to jednak podrażnienie żołądka. - Muszę też rozwiać twoje obawy, bo rozwija się bardzo dobrze, szczególnie, że to dopiero początek. Ale już potrzebuje pomocy, dlatego zaraz wypiszę ci receptę na potrzebne leki i witaminy. Na razie musisz zadbać o siebie, bo jak mówiłeś, nie czujesz się najlepiej. Dostaniesz też coś na wzmocnienie i na tę chwilę zwolnienie na najbliższy tydzień. Możesz się ubrać i podejdź jeszcze, żebyśmy wypełnili potrzebne papiery - powiedział, a uśmiech dosłownie nie schodził mu z twarzy.
Louisowi zabrakło słów, zabrakło mu myśli, bo w gruncie rzeczy cieszył się, że z dzieckiem wszystko dobrze, że teraz będzie mógł zadbać o siebie i o maleństwo. Ale strach przed tym, co miało dopiero nadejść nie odstępował go na krok. Nie umiał przestać tworzyć w głowie scenariuszy tego, jak Harry zareaguje. Miał nadzieję, że ucieszy się i pomoże Louisowi, by także się cieszył.
Był cichy i zamyślony, gdy wraz z Jeremy'm wypełniał ankietę i odpowiednie papiery. To wciąż do niego nie docierało tak naprawdę, fakt, że jest w ciąży, w piąty tygodniu, że już może nazywać siebie tatą, że on i Harry są już rodzicami, że niedługo z ich miłości narodzi się nowe życie. Zaczął się już gubić i kompletnie nie wiedział jak na to zareagować. W aptece, zaraz obok prywatnego gabinetu Jeremy'ego, wykupił wszystko czego potrzebował. Cały czas był w czymś w rodzaju szoku, czuł się zdezorientowany, przytłoczony tym wszystkim, gdy nagle wszelkie emocje wyparowały z niego. Jego myśli szalały, tylko po to, by zaraz miał pustkę w głowie. Nieustannie trzymał dłoń na płaskim brzuchu.
Będąc w domu od razu zamknął się w swoim pokoju, zakopał pod kołdrą na łóżku i sięgnął po telefon, by zadzwonić do Nialla. Było trochę przed godziną siódmą i chłopak nie odebrał za pierwszym razem, ani za drugim, przez co Louis zaczął się denerwować. Potrzebował teraz przyjaciela, nie chciał być sam, musiał z nim porozmawiać. Powstrzymywał płacz, gdy dzwonił trzeci raz i chłopak wreszcie odebrał.
- Louis, co jest? - westchnął Niall do słuchawki, wyraźnie zaspanym głosem. Louis chlipnął cicho i szybko zasłonił usta dłonią, jednak blondyn zdążył to usłyszeć. - Lou? - spytał zmartwiony.
- Niall, przyjedź - powiedział cichym, łzawym głosem i przetarł mokre policzki, pociągając nosem.
- Płaczesz? Louis, co się dzieję? - przestraszył się Niall. W tej chwili nie przychodziło mu nic do głowy, nic co mogło wcześniej zagrażać chłopakowi, dlatego prawdopodobnie było to losowe zdarzenie. Martwił się tylko, że nie było przy nim Harry'ego, skoro dzwonił do niego. Musiało więc stać się coś poważnego.
- Proszę cię, przyjedź - załkał ponownie Louis. Nie potrafił powiedzieć przez telefon, że jest w ciąży, uznał, że lepiej będzie jeśli Niall usłyszy to będąc przy nim. Teraz potrafił tylko płakać, przytłoczony swoim stanem, wydarzeniami i informacjami z dzisiejszego dnia.
- Ale powiedz o co chodzi - prosił Niall, naprawdę bojąc się o przyjaciela. Chciał nakazać mu, by był teraz z Harrym, ale domyślał się, że to prawdopodobnie o niego chodzi, bo w innym przypadku to z Harrym, jako pierwszym, Louis skontaktowałby się.
- Przyjedź. Błagam, ja... potrzebuję cię, Niall, proszę - chlipnął Louis. Wiedział, że pierwszą osobą, która powinna dowiedzieć się o ciąży, był Harry, ale nie potrafił inaczej. Musiał najpierw porozmawiać z Niallem, skonsultować z nim swoje obawy, po prostu potrzebował go.
- Dobrze. Dobrze, jutro mam samolot jakoś z rana i -
- Dzisiaj. Przyjedź dzisiaj - przerwał Louis blondynowi zrozpaczony. On nie wytrzyma tyle. Teraz, już teraz był mu potrzebny.
- Louis, nie mogę. Muszę kupić bilet. Będę jutro. O tej godzinie jutro będę już w samolocie. Wytrzymasz tyle? Powiedz, że dasz radę, kochanie, tylko do jutra - poprosił Niall, naprawdę żałując, że nie mógł zrobić nic, by teraz być przy chłopaku i pomóc mu, cokolwiek to było.
- Dobrze - zgodził się wreszcie Louis i od razu rozłączył się, po czym wyłączył telefon i wcisnął go pod poduszkę, w którą zanurzył zapłakaną twarz.
Nie miał pojęcia z jakiego powodu ronił łzy, dlaczego zawładnął nim niepohamowany. rozdzierający szloch. Nie wiedział już czy naprawdę cieszył się, że on i Harry będą mieli dziecko, czy jednak był zmartwiony, przerażony. I nie będzie wiedział jakie władają nim uczucia, dopóki nie pozna uczuć Harry'ego.









