Był całkiem inny. Nie pisał do mnie codziennie. Nie mówił mi dobranoc. Nie budził porannym smsem, że bardzo mnie kocha. Potrafił odmówić spotkanie dzień przed i nie podać mi konkretnego powodu. Był miły dla wszystkich kobiet, co doprowadzało mnie do piekielnej zazdrości, bo ja chciałam żeby mnie traktował wyjątkowo, tak samo jak ja jego. Nie był najprzystojniejszy, najbogatszy, najlepiej ubrany. Nie miał samochodu za kilkadziesiąt tysięcy, świetnej pracy i wyższego wykształcenia. Ale był mój. Tak bardzo mój. Gdy już się spotkaliśmy, nie mógł mnie wypuścić z rąk. Całował mnie tak, jakby miał być to nasz ostatni pocałunek. Mówił, że jestem jego. Tylko jego. Trzymał mnie za rękę. Słuchał tego, co mówię. Pragnął o mnie wiedzieć, jak najwięcej. Chciał mi pomagać w moich problemach. Zdarzyło mi się to pierwszy raz, że facet słuchał tego, co nie do końca jest pozytywne i optymistyczne. Tęskniłam za nim bardzo. On za mną tylko trochę. Dopytywał mnie, czy dalej chcę się z nim spotykać, tak jakby bał się, że go zostawię. Ale to mnie paraliżował strach przed tym, że on zostawi mnie. Chyba go pokochałam. Nie wiem dlaczego. I chyba właśnie dlatego jest to szczere uczucie. Bo uwielbiam go za wszystko, za jego głupie odzywki, za to że potrafi nic nie pisać przez tydzień, za to jego stare auto, którym nie chce mnie odwozić do domu, za to jak trzyma mnie za rękę, gdy idziemy razem i całuje mnie po dłoni zupełnie odruchowo, jak mówi mi że pięknie pachne i bardzo go kręcę, jak nazywa mnie jego głupiutkim Kubusiem Puchatkiem, albo gdy mówi że bardzo mu zaimponowałam czymś mądrym. To dziwna relacja. Ale kocham go i nie chcę żeby mnie zostawił.