Podróż wigilijna
Miało się ku wieczorowi gdy wsiadłem do pociągu. Przede mną droga z miasta do miasta; ani krótka, ani dluga – w sam raz by nadrobić braki w spaniu.
Ułożyłem się zatem w pustym przedziale, przepowiadając sobie spokojną drzemkę. Jednak w trakcie podróży, po dłuższym postoju i kilku nieudanych zrywach gruchnęła wiadomość, że lokomotywa nadaje się do wymiany.
Dochodzące z sąsiedztwa bluzgi wytrząsnęły ze mnie resztki marzeń sennych; usiadłem i wsadziłem nos pomiędzy zasłony. Na korytarzu młodzieniec ubrany w lakierki, marynarkę i za krótkie spodnie dresowe tarasował drogę konduktorowi; nie potrafił jednak wyartykułować czegoś co bardzo leżało mu na sercu. Konduktor pochylił się nad intruzem, pogroził mu palcem po czym pognał bez słowa w daleką czeluść pociągu. Pomacałem się odruchowo po kieszeni i wróciłem do pozycji horyzontalnej.
„Kurwa” – obudziło mnie znowu kolejne przekleństwo. Spojrzałem za okno próbując zaspanym wzrokiem przeniknąć mgłę, w której oparach pogrążał się nasz tabor.
„Jak miło jest pląsać do taktu puszczanych o świcie knajpianych szlagierów” – zagaił patrzący w próżnię obok, ubrany staromodnie współpasażer, który znikąd pojawił się podczas mojej ostatniej drzemki. Zignorowałem dziwaka, tym razem sam zakląłem i wstałem by przejść się po korytarzu. Nie do końca pewny swojego przebudzenia postanowiłem rzucić okiem na resztę menażerii w wagonie.
Uwagę moją przykuł klasyk gatunku: smutny pasażer, ulokowany w przedziale bodaj wieki temu, zakurzony pyłem tysięcy kilometrów. Podróż już dawno wyjałowiła jego postać z barw, z kontrastów światłocienia. Przyglądał się ucieleśnieniu swojej samotności, sylwetce brata bliźniaka – lojalnie dłubiącej w nosie mglistej projekcji odbitej za oknem na sinoszarej tkaninie mgły.
Widziałem jak obaj nagle zastygli w pół ruchu. Dokładnie w chwili gdy dookoła jednego z nich gęstwa oparów zaczęła wyradzać spirytualne potomstwo. Wpierw pojedyncze kształty, potem ich długi korowód, który oblepił przestrzeń wzdłuż spóźnionego pociągu.
„To wszystko przez tą cholerną wilgoć” – powiedziałem do siebie wzdrygnąwszy się na myśl o zimnie na zewnątrz i pomaszerowałem z powrotem do swojego pustego (osobliwy pasażer rozpłynął się jak duch) przedziału, by usiąść i wygodnie poobserwować utkane z wilgoci woale. Korowód upiornych postaci chcąc nie chcąc przyciągał uwagę.
Siedziałem więc, a to zdziwiony, a to zniesmaczony, a jednocześnie zafascynowany dzikim pląsem istot o wielu głowach i rękach.
Wiedziałem, że zdecydowanym wysiłkiem woli jakoś zdołam wyrwać się z pułapki majaczeń sennych – przywrócę mgle jej zwyczajną postać, a jak dobrze pójdzie to może i pociągowi jego monotonny ruch.
Pociąg jednak nadal tkwił w bezruchu, otulony mgłą – mgłą, która niczym baśniowe zwierciadło zdawała się transmitować coraz bardziej szalone formy.
Równolegle niezadowolenie reszty pasażerów, o którym donosiły zdenerwowane głosy coraz śmielej zaczęło muskać granicę masy krytycznej, za którą w ruch lubią pójść pięści czy krzesła.
Nikt zatem nie doszukałby się niczego dziwnego w tym, że kilku podróżujących poniosło w siną dal. Opuścili bezpieczne pielesze wagonów gdzie zrodziła się ich tożsamość pasażerów. Zdezorientowani jak uciekinierzy, którzy powzięli ryzykowną decyzję by za wszelką cenę przyspieszyć koniec odsiadki, idąc wzdłuż torów szli w nieznane – każdy ze smartfonem przy uchu. Znikali pośród tych, do których wydali się upodobnić – do zrodzonych z mgły.
Licho kusiło wielu pasażerów, żeby pójść w ślady uciekinierów, jednak po kolejnej wymianie zdań z kolejnym konduktorem, większość wykazała się wystarczającym optymizmem by czekać, zwabiona perspektywą dołączenia innej, być może czystej i pachnącej nowością lokomotywy.
Tak utknęliśmy na niewiadomą ilość chwil, niczym widzowie filmu hipnotyzowani mistyfikacją grozy. Były to jednak raczej krótkie chwile, ot niewielki zbiór kilku momentów niemal nie do zauważenia – przynajmniej z punktu widzenia kulturalnego, miejskiego spacerowicza, który mógłby zboczyć nieroztropnie w nieistniejące na mapach, poranione liniami torów rubieże.
Choć dla nas, podróżujących, nie był to komfortowy odcinek czasu, staraliśmy się nie upadać na duchu i koleinami wewnętrznych monologów przemieszczać dalej.
Trzeba przyznać, że w tych w jakimś stopniu podobnych do codzienności chwilach zadziało się coś nietypowego. Może nastąpiło jakieś spięcie w trakcji, a może po prostu ktoś zdzielił mnie butem w głowę. W każdym razie oślepił mnie potężny błysk. I wtedy nagle odkryłem w sobie dziwny spokój. Teraz przed oczami miałem tylko biały, pofałdowany z lekka krajobraz; krajobraz, który nasuwał wspomnienie jednej z beztroskich chwil gdy nie posiadałem jeszcze słów, na ileś zim wcześniej przed tym jak dostałem pod choinkę elektryczną kolejkę. Podobnie teraz rozglądałem się nieskażonym myślą spojrzeniem dookoła po rozpostartym w nieskończoność płaszczu bieli. Po mgle ani śladu…
Jak długo kontemplowałem doskonałość tej bieli i jej fakturę przypominającą pomarszczony obrus - nie pamiętam. W końcu ujrzałem jaśniejącą na tle ciemnego sufitu nieba pierwszą gwiazdkę. Nad nią majaczyła w oddali ogromna, brodata postać. Wyciągała do mnie olbrzymią dłoń, w której trzymała prostokątną tabliczkę. Poczułem spływającą po policzku łzę i cicho zachlipałem przepełniony wdzięcznością. Ostrożnie ująłem prezent.
„Polaroidowa fotografia” – nabożnie wyszeptałem. Trwałem w zachwycie obserwując wyłaniające się ze zdjęcia fraktalne kształty. Rozpoznałem w nich moją rodzinę przy wigilijnej kolacji, a pośród nich siebie, z wielkimi źrenicami wpatrzonego w obrus, na którym któryś z brzdąców położył kolejowy wagonik.
„Czego, się tak gapisz, tęczówkę przeziębisz” – usłyszałem chrapliwy głos wuja, tego co to za kołnierz nie wylewał.
Jego czerwony nos dziwnie nie komponował się z resztą twarzy więc przeniosłem spojrzenie na talerz z buraczkami i półżywą rybą.
„Co tam tak szamanisz Gustaw?” – zagaiła świąteczna potrawa i z wyraźnym trudem zaczerpnęła haust powietrza.
„Jaki znowu Gustaw?” – pomyślałem głośno i odsunąłem barszcz stwierdziwszy, że to jakieś nieporozumienie, a w ogóle dialog ten nie powinien być przeznaczona dla pływających w zupie uszu. Przypomniałem sobie że jednak faktycznie mam na imię Gustaw, więc przyjaźnie pomachałem rybie na znak że wszystko w najlepszym porządku.











