Dziś wyjątkowo fotki z telefonu. Trzeba przyznać, że aparat w telefonie mam nie najwyższych lotów. No ale był to świadomy wybór. Efektywność kosztowa w obliczu awarii.
Rano zawiozłem chłopaków do szkoły. A potem w okolicach dziesiątej wyjechaliśmy z Pauliną do Ełku. Wizytę mieliśmy na 12:20. No ale trasa była pusta. Samochód ma bardzo dobre przyspieszenie i wyszło, że jesteśmy 40 minut przed czasem. Jakby tego było mało w klinice okazało się, że jest opóźnienie. Dziecko więc miało przedłużający się stres. Trzeba było wynagrodzić dzielną postawę dobrym obiadem i lodami na deser. O piętnastej droga powrotna. Uwinąłem się w nieco ponad godzinkę. Nieźle.
Od razu po powrocie dres na tyłek i wbijanie kroków. Osiem i pół kilometra wyszło. No dobra. Osiem, czterdzieści siedem. Przy mojej masie to sporo. Od początku marca znów łażę bardziej intensywnie. Na razie jakoś idzie. Masa nieco spadła. No ale to na razie za mało, żeby był z tego jakiś większy trend. Najważniejsze, że daję radę. Bo był czas, że czułem się zajechany. Muszę to zrobić rozsądniej.
Co z weekendem? Nie wiem.