Z ŻYCIA SAMOTNIKA - wpis 44 (24.01.2026)
-> Nowa znajomość... ale czy na pewno?
Każdy, nawet najtwardszy teoretycznie człowiek żywi do czegoś lub kogoś uczucia, np. do nowo poznanej osoby, która nam się spodobała. Nieraz napędzają one do działania, ale też potrafią, nierzadko z dużym powodzeniem, przyczynić się do zguby zauroczonego śmiałka. Relacji z płcią piękną nigdy nie zawierałem zbyt wiele (do tej pory przytoczyłem jak pamiętam tylko jedną historię, w jednym z pierwszych wpisów), zwłaszcza w realu, przez co rzadko kiedy zawieszam na kimkolwiek oko. Owe podejście z jednej strony zapewnia mi w miarę spokojne funkcjonowanie i mogę skupić się na swoich czynnościach, aczkolwiek z drugiej strony... czasem, przy gorszych momentach, brakuje drugiej osoby tuż obok (w najprostszym skrócie) i życie w pojedynkę przestaje być komfortowe. Ten brak daje się szczególnie mocno we znaki kiedy nagle pojawia się pasująca nam dziewczyna, z którą chciałoby się zapoznać bliżej, lecz jednocześnie coś idzie nie tak i można się poczuć, jakby człowieka dopadł psychiczny diabeł. Zacznę jednak od początku.
Poniedziałek zapowiadał się całkiem owocnie, aczkolwiek musiałem zmierzyć się z kilkoma wyzwaniami (niekoniecznie widzów, jak w moim internetowym teleturnieju). Pierwszą trudnością była poranna inwentaryzacja kiosku, do której przystąpiłem, jak zazwyczaj, z wyraźnie niespokojną głową. Standardowo obawiałem się, że nie poradzę sobie, że coś mnie przerośnie, albo że będę liczyć za wolno/z błędami, a koordynator to dostrzeże i w najgorszym przypadku odeśle do domu bez niczego. Na szczęście jednak inwentura przebiegła znacznie spokojniej, no i po trzech godzinach z małym hakiem wypuściłem powietrze z płuc opuszczając kiosk. Kolejne trzy godziny spędziłem na niezbyt obfitym odpoczynku, a zaraz przede mną był plan zdjęciowy, na który musiałem ubrać się najcieplej jak możliwe, wszakże od dłuższego czasu panował mróz, plus same zdjęcia ekipa miała realizować w pięknym, pokrytym śniegiem... plenerze. Wiedziałem w związku z tym, że będzie to na pewno cięższy orzech do zgryzienia, ale o dziwo moja głowa wydawała się już dużo spokojniejsza niż chwilę przed ósmą rano. Udałem się więc na zbiórkę. Pierwsze co przykuło mą uwagę to... podejrzanie mało ludzi na miejscu. Ledwie kilka osób kręciło się w pobliżu, a spodziewałem się ich przynajmniej czterdzieścioro, z opiekunem/opiekunami włącznie. Nie wiedząc co robić, poczekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Nagle podeszła do mnie dziewczyna narodowości ukraińskiej, tak samo chyba zdezorientowana co ja, aż nagle oboje dowiadujemy się, gdzie powędrowali wszyscy. Poszliśmy razem. Niewielki, acz lekko pospieszny spacer, bezpośrednio już na miejsce zdjęć, zaowocował wreszcie oficjalnym dotarciem na plan i odhaczeniem na liście obecności. Tak jak podejrzewałem, zastałem około czterdzieścioro ludzi i co ciekawe - wśród tegoż grona dużą większość stanowiły dziewczęta. Mimo okazałej części pań na planie, nie nastawiałem się na żadne znajomości ani jakiekolwiek głębsze interakcje. Zamierzałem jedynie spędzić w miarę miło czas, powiększyć doświadczenie, a przede wszystkim nie zmarznąć i wypełnić portfel kolejnymi banknotami. Tak miało być. Życie jednak szybko zweryfikowało moje przypuszczenia. Czas, który miał być mile spędzony przeistoczył się w "walkę" o przetrwanie, bowiem zimno, jakie atakowało na dworze coraz mocniej dawało w kość (temperatura wynosiła około minus dziesięć stopni). Szczęśliwie jednak - między ujęciami każdorazowo udawaliśmy się do pobliskich namiotów, a tam, gdy dobrze się usiadło, czekała nagrzewnica, która nie powiem - przynosiła wiele wytchnienia i myślę, że głównie dzięki niej, oraz wypitymi później kilkoma kubkami z gorącą herbatą, nie skończyło się choróbskiem. W przerwach między ujęciami, które starałem się maksymalnie wykorzystać, przypatrywałem się innym. Naprzeciwko mnie siedziała pewna dama. Z tego co zaobserwowałem, raczej z nikim nie rozmawiała, skupiona bardziej na swoich odczuciach/myślach, podobnie jak zresztą ja. Gdy podpisywaliśmy umowę, rzuciłem komentarzem, ot tak, jakby... starając się nawiązać z nią jakiś kontakt. Poprosiła mnie wtedy o długopis. Przy kolejnym krótkim posiedzeniu w schronie znów coś powiedziałem (przy jej obecności co istotne), lecz niczego to jeszcze nie "dało". Dopiero przy trzecim podejściu, gdy usiedliśmy w bardzo podobnych miejscach, uśmiechnąłem się do panny, aż nagle stało się coś, co w głębi duszy chciałem żeby się stało - dziewczyna zaczęła się otwierać! Instynkt podpowiedział by przysiąść się bliżej niej. Po tym przyjrzałem się jej dłoniom, które... były naprawdę śliczne. Krótkie, dosyć zadbane, lekko błyszczące paznokcie, naturalna, miała w sobie coś przyciągającego. Jej dłonie na tyle mi się spodobały, że zapragnąłem choć jedną z nich dotknąć - w tym celu wydukałem coś w stylu "Zbadajmy, która dłoń jest cieplejsza. Moja czy twoja?". Wyszło na to, że Agata miała zdecydowanie cieplejszą niż ja. W sumie dotknąłem jej prawej dłoni bodajże trzykrotnie i nie ukrywam, że były to jedne z lepszych momentów, jakie przeżyłem. Chciałem jej dłonie skomplementować, powiedzieć, jakie ma piękne, lecz nie zdążyłem tej opinii z siebie wydusić...
Mimo, że mojej nowej koleżance towarzyszyło zarówno zmęczenie, jak i zirytowanie planem filmowym, na którym byliśmy (nie dziwię jej się) - od momentu nawiązania ze sobą kontaktu trzymaliśmy się razem przez większość czasu. Czasem się do siebie odzywaliśmy, próbując ustalić, ile jeszcze zostało do końca i czy Agata wyrobi się na powrotny pociąg (chyba do Poznania), chwilę po północy. Później zaczęła brzmieć dosyć depresyjnie - zastanawiała się np. co by się stało gdyby nagle zemdlała i czy ktoś zauważyłby to zdarzenie. Zrobiło mi się jej żal, próbowałem podnieść ją na duchu, ale nie wystarczało... W końcu dziewczyna spytała się kogoś z ekipy, czy skończą w określonym czasie, a także zgłosiła, że chciałaby/musi zdążyć na powrotny transport. Chwilę później usłyszałem jak dziękuje, po czym zniknęła mi z pola widzenia i więcej już jej nie widziałem... Spodziewałem się, że skończymy i odejdziemy z planu razem co zapewne miałoby miejsce, gdyby nie zmyła się niespodziewanie około godzinę przed fajrantem. Nie zdążyłem ani się z nią pożegnać, ani co najgorsze wymienić się kontaktem... Czuję żal do siebie i niedosyt, bo wydaje mi się, że fajnie byśmy się dogadywali, a gdybyśmy skończyli razem i razem się przespacerowali choćby na najbliższy przystanek, na bank nie przepuściłbym takiej okazji. Wątpię, że spotkamy się jeszcze raz gdzieś przypadkiem, bo był to tylko jeden dzień... Zbyt mało się o niej dowiedziałem by odszukać ją w mediach i spróbować przynajmniej nawiązać z nią kontakt online, więc najprawdopodobniej przepadła na dobre. Szkoda... nie tak to miało wyglądać.















