Manifestum non eget probatione.
To, co oczywiste, nie wymaga dowodu
Kasacja
seen from China
seen from Brazil
seen from United States

seen from Moldova
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from Croatia
seen from United States
seen from China
seen from United States
seen from Kenya
seen from China

seen from Croatia
seen from China

seen from Argentina

seen from Argentina

seen from Malaysia
seen from United States
Manifestum non eget probatione.
To, co oczywiste, nie wymaga dowodu
Kasacja
Qui accusare volunt, probationes habere debent
Kto chce oskarżać powinien mieć dowód
Zaginięcie
UPS! #KSIĄDZ#WIĘZNIARKI#juwenalia2017👌 #kryminologia 😈
Katarzyna Bonda "Polskie morderczynie"
Katarzyna Bonda “Polskie morderczynie”
“Polskie morderczynie” pojawiły się na mojej liście “to-read” razem z całą serią kryminałów Katarzyny Bondy. Kiedy już odkopałam książkę, pomyślałam – dlaczego wcześniej nie przejrzałam zawartości kupki książek do przeczytania i kierowałam się hypem na kryminały? Książka już od samego początku lektury okazała się petardą. Bonda doskonale łączy wywiad biograficzny z elementami psychologii oraz…
View On WordPress
Dziedzina prawa karnego i nauki z nią związane
Prawo traktowane jest jako zespół określonych norm postępowania, ustanowionych w związku z rozwojem zorganizowanych społeczności – jak państwa. W ramach prawa wyodrębnione zostały konkretne jego dziedziny szczegółowo precyzujące zagadnienia istotne dla funkcjonowania społeczności. Jedną z dziedzin prawa jest prawo karne, z którym wiążą się nauki o wysokim stopniu specjalizacji.
baletnice z betonu.
Lubię patrzeć na ładne rzeczy. Jednak… pomimo, że technologia realizuje nasze sny (i koszmary) zdarzają się rzeczy, które zachwycają bez jej udziału.
Jedną z nich jest balet.
Można powiedzieć, że ten taniec został poniekąd wyniesiony do sfery sacrum. Ludzie gromadzą się w teatrach by go oglądać. Znajomość savoir vivre’u co prawda szwankuje w XXI wieku, ale każdy wie mniej więcej, że teatr to miejsce gdzie w dresie pojawiać się nie należy.
Teatr Narodowy będący warszawską świątynią baletu ma wyjątkową atmosferę. Elegancki wystrój, podniosły charakter i nader kulturalna obsługa. Bufet również jest inny. Tam nie uświadczymy lemoniadek w proszku znanych z teatrów, które nastawiły się na publiczność dziecięcą wyczekującą tylko dzwonka na przerwę, by dopaść upragnionych, drogich świństw…
Na deskach tego teatru odbywają się pokazy baletowe. Zachwycają starszych i młodszych. No i ci tancerze baletowi…
Boże jacy wspaniali!
Delikatni. Poruszający się jak piórka, z niebywałą gracją. Piękni. Wspaniali. Niesamowici. Po prostu doskonali.
Nic dziwnego, że małe dziewczynki chcą ich naśladować i mówią, że zostaną baletnicami.
Mimo to większość z nich nimi nie zostaje. Bo każda z nich w miarę upływu czasu, dowiaduje się z czym ta doskonałość niestety się wiąże.
W pewnym momencie dowiadują się na czym polega nauka w szkole baletowej.
Od przyszłych baletmistrzów wymaga się bowiem bardzo dużo. Często te wymagania są wręcz nieludzkie. Droga na deski teatru wiedzie przez wyrzeczenia i wypełnianie zadań narzucanych przez nauczycieli. Kto się nie podporządkuje – wypada z gry.
Większość wielkich afer kreuje swoich uczniów-baletmistrzów i trenerów, którzy nadzorują swoich podopiecznych. Nie mogą im co prawda niczego zabronić, ale kiedy nie spełniają postawionych im wymagań są postawieni pod krytyką.
Trenerzy oczekują nienagannych ruchów i zachowań godnych stanowiska, które uczniowie niezamierzenie otrzymali.
Kiedyś podobnie wystawiano oczekiwania wobec ludzi. Mieli mówić to czego się od nich chce, potępiać tego kogo trzeba i brać ślub z tym z kim się powinno.
Tylko, że te czasy minęły.
Bardzo dobrze zauważyłam te relację „baletową” przy okazji sprawy Ewy T. opisanej przeze mnie w poprzednim poście.
Jako jej byli uczniowie zauważyliśmy jak opinia publiczna nagina fakty. O metodach nauczycielki uznanych za „SS-mańskie” lub przejaw koszmarnej tyranii wobec kolejnych niewinnych dzieci (krew leje się dalej)…
Nagle szkoła w ciągu kilku dni zaczęła być postrzegana jako miejsce kaźni(takie porównanie jeszcze nie padło, ale w końcu pewnie się doczekamy).
I chcieliśmy te fałszywe informacje sprostować (w końcu prawda to cenna rzecz).
Napisano list, który wyjaśniał kwestię „koszmarnego” regulaminu czy ogółem metod Ewy T. Poparło go 231 osób. Oczywiście sprawa nie mogła nie wywołać burzy.
Przyszli trenerzy do swoich uczniów zdenerwowani („Jak tak można?”). Kroki nie takie jak być powinny.
Ponieważ Ewa T. to potwór, który każdym swoim zachowaniem zdradza swoją chorą psychikę. Niemożliwe, żeby ktoś taki mógł być dobrym nauczycielem. Przecież ten regulamin… ten wywiad z gazetki… wszystko temu przeczy czyż nie? A jak ktoś taki może w ogóle zasługiwać na życie? Na stryczek z nią!
I tutaj uczniowie zawiedli ich oczekiwania. Nie przyszli grzecznie i nie zaczęli postulować o karę śmierci, ale o sprostowanie niekorzystnych dla Ewy T. faktów.
Trenerzy się zastanawiali. Gdzie jest ten błąd w sztuce, który sprawił, że mówią takie karygodne rzeczy? Przecież to co twierdzą ci heretycy to nie może być prawda.
Ale znaleźli rozwiązanie problemu.
Ich uczniowie zostali zmanipulowani przez Ewę T. Niewątpliwie użyła swojej psychopatycznej osobowości, żeby ich zastraszyć i zmusić do tańczenia pod swoją komendę.
Teraz odeszła. Dzieci są bezpieczne, ale jak widać kontakt z psychopatką zrobił swoje… Pozostał syndrom „helsiński”. I trzeba tym dzieciom teraz pilnie psychologa, bo z nimi jest coś nie tak…
Trochę jak w opowiadaniu „Lolo” Sławomira Mrożka. Wcisnęli nie ten klawisz co trzeba. Nie będzie dla nich słoninki. Dla tych cynicznych degeneratów… O nie, nie!
I tak się każdemu przy okazji dużych afer wymyśla jaką rolę ma spełnić. Staje w świetle reflektorów, ale nie po to by być podziwianym, ale po to żeby mówić czego łaknie tłum.
A jeśli się odmówi? Krytyka, obraza lub stwierdzenie problemów z psychiką.
Uczyła cię morderczyni? To każda Twoja wypowiedź ma być pełna jadu i goryczy. Nawet jeśli dobrze spełniła się jako nauczyciel to milcz o tym, albo przypomnij sobie jak bardzo cię katowała (Nie przypominasz sobie? Myśl dalej! Tak długo aż coś wymyślisz…).
Nieważne są „Twoje fakty”. Wszak trenerzy wiedzą najlepiej (a najlepsze ze wszystkich są mity)…
I tak dyskusja w sprawie Ewy T. zmierza w jakąś dziwną stronę.
W miarę upływu czasu pojawiają się kolejne ciekawe określenia na jej byłych uczniów.
Że ciekawe ilu z nas będzie miało podobne wyniki… jeszcze więcej specjalistów wzywa się na pomoc i więcej syndromów się wynajduje…
Nie wiem jak pozostałe 230 osób, ale ja nie będę grać jak życzy sobie lud. Nie zmienię swojego stanowiska, bo komuś się to kłóci z jego obrazem psychopatycznego mordercy.
A jeśli chodzi o moje rzekome problemy psychiczne…
Muszę przyznać, że nigdy tyle się o sobie nie dowiedziałam ile przez ostatnie kilka dni.
Za wszystkie diagnozy i za inne miłe słowa ich autorom serdecznie dziękuję(a szczególnie za syndrom "helsiński").
kto jest winny?
Kiedyś na lekcji fizyki nasz kolega z klasy zachowywał się dosyć głośno. Nauczycielka zdenerwowana postawiła mu jedynkę i kazała przyjść do tablicy rozwiązać zadanie. Kolega usiłował ją przebłagać by cofnęła złą ocenę, ale ona tylko powiedziała sympatycznym tonem „chodź to tablicy, bo dostaniesz zaraz kolejną”. Nader dowcipny kolega rzucił znaną kwestię Bogusława Lindy „co ty wiesz o zabijaniu”…
Kilka dni temu okazało się, że niestety nauczycielka w kwestii zabijania ma akurat do powiedzenia bardzo dużo, bo była to Ewa T.(znana pod tymi zmienionymi personaliami internautom) – zabójczyni 6-letniego wówczas Tomaszka(zainteresowanych kieruję do poszukania informacji na temat Daniela Litwiniuka zamordowanego na początku lat 80).
Sprawa została nagłośniona przez Mariusza Szczygła na łamach Dużego Formatu. Bo jak to się stało, że ktoś kto skatował małego chłopca, kto rozbił mu talerz na głowie, bił go pasem do krwi i odmówił szklanki wody gdy ten już konał, okazuje się być dziś odnoszącym sukcesy w życiu zawodowym nauczycielem, znajdującym się na wysokim stanowisku w MEN-ie?
Taka rzecz nie mogła nie wywołać fali oburzenia. Większość ludzi jednak pochyla się nad cierpieniem małych dzieci, a jeszcze więcej zainteresowanych jest sensacją(smutne, ale jakże prawdziwe).
Niedługo po pojawieniu się artykułu pojawiły się powiązania z moją szkołą, więc postanowiłam poszukać nieco informacji na ten temat. Przeczytałam artykuły z lat 80 gdzie opisano całą zbrodnię niezwykle dokładnie(zeznania z procesu) oraz gdzie winni pojawiają się pod prawdziwymi danymi. Potworne rzeczy jakie zostały tam opisane nie tylko mi zjeżyły włos na głowie.
Choć nie mieliśmy oficjalnego potwierdzenia to zbyt dużo rzeczy pasowało do naszej byłej nauczycielki fizyki. Domysły przestały być domysłami i rozpętała się dzika wojna.
Ludzie zaczęli dzwonić do Ewy T., dyrekcji szkoły. Masowo zaczęli publikować także swoje opinie na Facebookowym profilu liceum. Co więcej zaplanowano akcję polegającą na rzucaniu przed szkołą sznurówek(za zgubienie właśnie sznurówki mały chłopiec został skatowany na śmierć).
Nawoływanie do linczu, nagonki i opamiętania się rodziców. „Jak oni mogą posyłać dzieci do takiej szkoły”? No i krytyka dyrektorki „czy ona nie sprawdza kogo zatrudnia”?
I teraz należy kilka rzeczy wyjaśnić.
Z punktu widzenia rodziców i uczniów. Nie mieliśmy pojęcia kim jest naprawdę osoba, która wykładała fizykę. Znaliśmy ją jedynie jako nauczycielkę. Fakty są faktami, a musielibyśmy potwornie skłamać gdybyśmy powiedzieli, że nas biła i traktowała źle. Była jedną z bardziej równych nauczycielek. Większości z nas nie udałoby się bez jej pomocy zdać fizyki. Taka jest prawda. A ten regulamin, który zaczął krążyć po sieci jako dzieło niczym spod ręki SS-mana? Nie funkcjonował. Pani utrzymywała dyscyplinę za pomocą jedynek, ale dostawali je tylko Ci którzy na nie zasłużyli. Na koniec drugiej klasy byliśmy jej wdzięczni za wszystko co dla nas zrobiła.
I taka jest prawda. Nie zmienimy jej nagle dlatego, bo się okazała być kimś z morderczą przeszłością. Nie powiemy, że była zła dla nas, bo to się kłóci z czyimś obrazem kata i oprawcy.
Tym samym nie pochwalamy jej czynu. Bycie dobrym nauczycielem, a oprawcą w zaciszu domowym to dwie oddzielne sprawy. Nie bez przyczyny mówi się o dwóch twarzach. Zapytajcie uczniów tej pani z poprzednich szkół albo tych z początku lat 80 czy wiedzieli, że po pracy bije dziecko do krwi?
Tutaj pojawia się aspekt samej Ewy T. Nie jestem kryminologiem, ale nie muszę takowym być, żeby wiedzieć, że kiedy ktoś jest mordercą to nie pisze sobie na czole co zrobił i nie stawia znaków „tu mieszka zwyrodnialec”. Gdyby tak łatwo można było poznać kto jest kryminalistą to o Fritzlu dowiedzielibyśmy się o wiele szybciej. W reklamowanym ostatnio na jakiejś stacji programie o seryjnych zabójcach(podajże na Universalu) pada zdanie, że zwykle są to ludzie bardzo uroczy.
A jak najbardziej naturalnym odruchem jest to, że winny chce się zrehabilitować. Słyszymy historie kiedy zdradzający partner usiłuje przebłagać swoją byłą drugą połówkę i uzyskać przebaczenie. Kiedy usłyszy „nie” wie, że musi odejść. Pytamy się czemu w ogóle próbował, bo to przecież bezczelność, ale jak stara mądrość głosi „tonący brzytwy się chwyta”.
I tak samo czy nie jest to normalne, że Ewa T. chciała się zrehabilitować i wrócić na stare tory do dawnego życia, które zostało przerwane przez odsiadkę w więzieniu? Pytanie kto nie powiedział tego „nie”, którego brak spowodował jej powrót do pracy z dziećmi. Kto by zrezygnował z możliwości skoro taka się pojawiła? Pragnę przypomnieć, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem(sic!).
Oskarżenie dyrektorki tym bardziej jest bezpodstawne. Że nie sprawdziła? Szczęśliwie nie została wychowana przez system, w którym każdy każdego inwigiluje. Jej rolą było wymagać od Ewy T. dokumentów uprawniających ją do pracy w zawodzie. Internetowi oskarżyciele zapomnieli, że jeszcze niedawno brali udział w dyskusji o zatrudnieniu do pracy krytykując pracodawców sprawdzających profile na Facebooku. Jak można tak inwigilować kogoś i nie zatrudniać go ze względu na kompetencje, ale po dogłębnej analizie jego zdjęć na portalu społecznościowym(czy nie upija się zbytnio)?. Ale to, że dyrektorka nie posunęła się do tego kroku i polegała bardziej na oficjalnych dokumentach niż Google’u to już jej straszliwa wina. Czuć hipokryzję, nieprawdaż?
I teraz powiem Wam kto jest winny. Znajdę tego kogo tak bardzo chcecie mieć na talerzu. Przypomnę tylko, że nie szukamy tego kto zabił małego Tomaszka. Tę informację znamy. Szukamy tego kto pozwolił tej pani powrócić do pracy z dziećmi. Powiem kto to jest. To ten kto dał jej tę możliwość, wystawił papiery poświadczające jej niekaralność, a następnie wpuścił ją na szczyty. Czyli system prawny naszego kochanego państwa. To on odpowiada za to kto do czego ma uprawnienia w tym kraju i jakie jest prawo.
A lincz się szykuje. Tomaszek nie żyje od ponad 30 lat. Pomimo, że Ewę T. zwolniono w trybie natychmiastowym, telewizje zjechały się w piątek pod moje byłe liceum. Wszyscy już wiedzą, w której to szkole „takie rzeczy się wyprawiają”. Wypisują żale na Facebooku, chcą organizować akcje…
I ukarzą, ukarzą i to surowo. Szkoda tylko, że ich kara spadnie na uczniów, którzy od tej pory uchodzą za biedne, zmanipulowane dzieci. Teraz już wszyscy wiedzą, że są „TYMI” uczniami z „TEJ” szkoły. Na nich i na dyrektorce, która pewnie odbyła najcięższą rozmowę w swojej karierze spada Wasz gniew nieskończony, a ja tylko powiem, że rząd odetchnął. Wydał oświadczenie ku zadowoleniu ludzi, którzy na szczęście poszli krytykować szkołę, a nie państwo.
A Ewie T. pewnie nikt teraz nie przeszkadza. Pije herbatkę w swoim mieszkaniu(gdzie to jest wszyscy wiedzą), odczuwając jakąś tam gorycz, że się nie udało, ale cóż… przynajmniej ma święty spokój.