Zapewne jest to jeden z najczęstszych i najbardziej kontrowersyjnych tematów. Za każdym razem jak komuś mówię, że skończyły mi się badania dla kierowców, to jest w szoku i niedowierza, że istnieje krótsza ważność prawka niż 15 lat. A jak już wyjawię powód, to najczęściej pojawia się żal i po chwili tona pytań z dyskusją.
Fakt, że wszyscy kojarzą tą chorobę wyłącznie z nagłym traceniem przytomności i drgawkami strasznie mnie drażni. Jestem wręcz pewien, że osoby ustalające przepisy wobec nas też mają zaledwie taką wiedzę, dlatego są tak bezsensowne i niedopracowane.
Miny ludzi, gdy wytłumaczę, że istnieje coś takiego jak aura i dzięki niej wiem kiedy zjechać na pobocze i się zatrzymać, są bezcenne. Jeżdżę już 6 lat i tylko 3 razy zdarzyło mi się gorzej poczuć ("ścina" czy jak kto to nazywa, do napadu jeszcze wiele brakowało w tamtych momentach), ale zawsze zdążyłem zjechać i zgasić auto. Dzięki temu znajomi czują się bezpieczniej gdy ja prowadzę, niż jedna "blondynka" w ekipie xD
Przechodząc do rzeczy, w tym roku zrezygnowałem z tego atutu. Stwierdziłem, że mam dość wydawania około 1000zł na samo przedłużenie prawka, nie wspominając już o OC, przeglądach, naprawach itp. itd. Za każdym razem słyszałem "teraz jeszcze na rok, ale następnym razem na 2 lub 5". Nigdy się nie doczekałem dłuższego i cierpliwość mi się skończyła wraz ze wzrostem inflacji.
Moim jedynym pytaniem w całej tej sytuacji jest: czemu takie rzeczy nie są dostosowywane indywidualnie w zależności od stanu choroby, tylko wszyscy traktowani tak samo? Niezależnie czy dana osoba nie miała napadu od 2 czy 10 lat. Moim zdaniem to tak samo, jakby każdy kto przeszedł COVIDa musiał nosić maseczkę do końca życia.
*Jeśli to przeczytałeś całe, to gratuluję i podziwiam jak się nudzisz, oraz jak zwiedzasz końce internetów 🙂