so how about that doomsday trailer huh
bluesky
seen from United States
seen from Syria

seen from United States
seen from United Kingdom

seen from United States

seen from France

seen from Germany
seen from United States

seen from United States
seen from Belarus
seen from China

seen from Germany
seen from China
seen from United Kingdom
seen from Yemen

seen from Malaysia

seen from India

seen from Honduras
seen from United States
seen from Russia
so how about that doomsday trailer huh
bluesky
Nasza ostatnia podróż || Bucky Barnes
ʀᴏᴢᴅᴢɪᴀᴌ 𝟤. ꜱᴛʀᴀᴛᴀ
ʙᴜᴄᴋʏ ʙᴀʀɴᴇꜱ
Dzień 5. - Stary, no weź otwórz! Nie chcę wyważać ci drzwi, ale zaraz będę musiał, jeśli nie dasz znaku życia! - głos Sama Wilsona niósł się po korytarzu już od dobrych kilku minut.
Oparłem głowę o tył kanapy i spojrzałem pustym wzrokiem w sufit.
- Żyję. - odkrzyknąłem ochryple. - Masz znak życia. A teraz spadaj. - wziąłem długi łyk czystej wódki. Paliła gardło, ale za słabo.
- Wiem, jak to zabrzmi, ale naprawdę nie powinieneś być teraz sam...
Zaśmiałem się krótko, sucho, bez cienia humoru.
Mieszkanie wyglądało jak pobojowisko. Puste butelki walały się po podłodze, zasłony pozostawały zaciągnięte od dnia pogrzebu, a w powietrzu unosił się ciężki zapach alkoholu i niewyspania. Nie pamiętałem nawet, kiedy ostatni raz spałem. Tak naprawdę spałem.
- Sam, błagam cię... - przymknąłem oczy. - Nie mam dziś siły udawać, że będzie dobrze.
- Nie proszę cię o udawanie. - odpowiedział w końcu Wilson dużo ciszej. - Po prostu otwórz.
Spojrzałem na stojącą na stoliku fotografię. Mel śmiała się na niej, odchylając głowę do tyłu, kompletnie nieświadoma, że ktoś robi jej zdjęcie. Miała na sobie moją bluzę, o dwa rozmiary za dużą. „Oddam jutro" - powiedziała wtedy. Nigdy nie oddała. Poczułem znajomy ucisk pod żebrami. Ten sam, który od dnia bitwy nie znikał nawet na chwilę.
- Widziałem ją, Sam. - wyszeptałem bardziej do siebie niż do niego. - Trzymałem ją. - głos uwiązł mi w gardle. - A potem musiałem ją ubrać do pieprzonej trumny.
Po drugiej stronie drzwi znów zrobiło się cicho. Tak cicho, że przez moment miałem nadzieję, że sobie poszedł.
Ale wtedy usłyszałem:
- Właśnie dlatego nie zostawię cię samego.
- Idź sobie, Sam... proszę. - wyjęczałem zrezygnowany, opierając łokcie o kolana. - Serio. Nie chcę teraz nikogo widzieć.
Wilson znów kilka razy uderzył pięścią w drewno. Pewnie wygłaszał jakiś kolejny motywacyjny monolog o tym, że „nie muszę przez to przechodzić sam" albo, że „Mel nie chciałaby widzieć mnie w takim stanie".
Nie słuchałem. W pewnym momencie po prostu przestałem odbierać jakiekolwiek dźwięki. Świat skurczył się do kilku rzeczy: ciemnego mieszkania, smaku wódki i myśli, które wracały jak pieprzona pętla.
Wziąłem kolejny łyk. Nic, żadnej ulgi. Żadnego odcięcia. Tylko coraz większa pustka.
Oparłem głowę o kanapę i przymknąłem oczy. Od razu ją zobaczyłem. Mel stojącą pośrodku pola bitwy, z Kamieniami wirującymi wokół dłoni. Jej włosy unosiły się od energii, a w oczach miała ten sam cholerny spokój, którego nigdy u niej nie rozumiałem.
Jakby już wtedy wiedziała. Jakby pogodziła się z tym szybciej ode mnie.
- Nie rób tego... - wyszeptałem do wspomnienia.
Ale w mojej głowie wszystko kończyło się tak samo. Pstryknięcie. Światło. A potem jej ciało osuwające się na ziemię.
Zacisnąłem dłonie tak mocno, że metalowe palce zapiszczały cicho. Nie uratowałem jej. Po tylu latach walk. Po HYDRZE. Po Syberii. Po wszystkim. Nie uratowałem jednej osoby, która naprawdę sprawiała, że chciałem być kimś więcej niż tylko bronią. Poczułem pieczenie pod powiekami.
Wypiłem resztkę wódki prosto z butelki.
Dzień 54. Sam w końcu przestał dobijać się do drzwi. Zamiast tego przyprowadził Scott'a Lang'a. Pieprzony Ant-Man. Powinni dawno odebrać mu ten skafander. Nawet nie usłyszałem momentu, w którym weszli do mieszkania. Dopiero trzask rozsuwającego się okna wyrwał mnie z półsnu na kanapie.
- O Jezu Chryste... - jęknął Scott.
Obaj natychmiast naciągnęli koszulki na nosy.
- Broń biologiczna to przy tym nic. - stwierdził Lang stłumionym głosem. - Stary, czym tu śmierdzi? Śmiercią?
- Scott. - mruknął Wilson ostrzegawczo.
- No co? Przecież nie skłamię mu prosto w twarz.
Przymrużyłem oczy i spojrzałem na nich spod opadających na twarz włosów. Od kilku dni nawet nie próbowałem ich związywać. Albo myć. Albo robić czegokolwiek poza oddychaniem i piciem.
Scott zamarł nagle i wskazał mnie palcem.
- Boże... co z twoimi włosami? - zapytał z autentycznym przerażeniem. - Olej jest mniej tłusty.
- Wyjdź. - mruknąłem ochryple.
- Nie ma opcji. - odpowiedział natychmiast. - Sam powiedział, że od dwóch miesięcy żywisz się alkoholem i chyba chipsami. Wyglądasz jak Jez..
- Scott.
- Dobra, dobra, już milczę.
Usiadłem ciężej na kanapie i potarłem twarz dłonią. Każdy mięsień bolał. Każda myśl też. Wilson rozejrzał się po mieszkaniu i westchnął ciężko na widok pustych butelek.
- Barnes... - zaczął ostrożnie. - To musi się skończyć.
Zaśmiałem się cicho.
- Świetnie. To może ją wskrzesisz, Wilson?
Cisza. Scott momentalnie przestał się wygłupiać. Sam zacisnął szczękę. No tak. Tego tematu nikt nie umiał dotknąć bez rozwalania wszystkiego dookoła.
- Proponuję małe kroki. Może najpierw przewietrzymy i posprzątamy mieszkanie. - rzucił Lang.
- Róbcie co chcecie byleby nie mówić do mnie. - wzruszyłem ramionami biorąc kolejny łyk alkoholu.
Scott spojrzał na mnie przez chwilę, po czym bardzo ostrożnie wyjął mi butelkę z dłoni. Spojrzałem na niego lodowato.
- Oddaj.
- Nie.
- Lang.
- Barnes, to już nawet nie jest picie. To powolne konserwowanie zwłok.
- Scott...
- Dobra, już oddaję, Jezu.
Cofnął rękę natychmiast, kiedy metalowe palce zacisnęły się niebezpiecznie na oparciu kanapy.
Dzień 117. - Widzisz? Od razu lepiej. - Wanda Maximoff odsunęła się o krok, wyraźnie zadowolona z efektu swojej pracy.
Spojrzałem nieufnie w lustro. Włosy były krótkie, ułożone. Nie poznawałem siebie.
- Wyglądam dziwnie. - mruknąłem.
- Wyglądasz jak człowiek, a nie leśny demon żywiący się whisky i depresją. - rzuciła bez zawahania.
Prychnąłem cicho pod nosem. Pierwszy raz od miesięcy. Wanda zauważyła to od razu, choć oczywiście nic nie powiedziała. Po prostu usiadła obok mnie na kanapie i odłożyła nożyczki na stolik. Mieszkanie wyglądało inaczej niż jeszcze kilka tygodni wcześniej. Było czysto. Okna były odsłonięte. Sam regularnie przywoził jedzenie, Scott bez pytania wynosił śmieci, a Wanda... Wanda po prostu pojawiała się od czasu do czasu i siedziała w ciszy. Chyba najlepiej rozumiała, jak wygląda życie po stracie.
- Nadal śpisz po dwie godziny? - zapytała spokojnie.
- Czasem trzy. Robię postępy.
- Barnes.
- No co? To prawie rekord.
Pokręciła głową z lekkim rozbawieniem, ale zaraz spoważniała.
- Śni ci się?
Nie musiała mówić kto. Oparłem głowę o kanapę i przymknąłem oczy.
- Codziennie.
Przez moment słyszeliśmy tylko cichy szum miasta za oknem.
Dzień 365. To dziś. Rocznica.
Obudziłem się nad ranem gwałtownie, łapiąc oddech tak, jakbym dopiero co wynurzył się spod lodowatej wody. Koszmar był intensywniejszy niż zwykle. Bardziej realistyczny. Przez kilka sekund naprawdę nie wiedziałem, gdzie jestem.
W uszach nadal dudnił mi dźwięk eksplozji, a przed oczami miałem oślepiający blask Kamieni Nieskończoności. Czułem zapach spalonej ziemi i metalu. Słyszałem krzyki armii Thanosa rozpadającej się w pył.
I ją.
Mel stojącą pośrodku tego chaosu. Tylko, że tym razem coś było inaczej. W śnie nie upadła. Nie zginęła. Patrzyła prosto na mnie.
- Znajdź mnie.
Usiadłem gwałtownie na łóżku, przeczesując dłonią mokre od potu włosy. Serce waliło mi jak oszalałe.
- Pieprzony sen... - mruknąłem ochryple.
Wstałem i odruchowo zacząłem wykonywać tę samą sekwencję czynności: łazienka, zimna woda, kawa, ciche radio w tle. Mechanizmy przetrwania. Tak nazywała to terapeutka.
Spojrzałem przelotnie na notes leżący przy stole. Lista. Nazwiska ludzi skrzywdzonych przeze mnie jako Zimowy Żołnierz. Obok niej leżało zdjęcie Mel.
Jedno obok drugiego. Przez moment po prostu patrzyłem na oba przedmioty, czując znajomy ciężar pod żebrami. Winę. Tęsknotę. Złość. Wszystko naraz.
Włączyłem telewizor na poranne wiadomości, mając nadzieję, że jakoś zagłuszą myśli o tym i tym śnie.
I zagłuszyły, ale nie wiem czy pozytywnie, bo właśnie ktoś został nowym Kapitanem Ameryką i dostał tarczę należącą kiedyś do Steve'a.
WinterFalcon/SamBucky Incorrect Quote – 44/?
Sam: Why is there a list on the fridge. Bucky: Things you forget. Sam: “Eat.” “Sleep.” “Text me back.” Bucky: You forgot all of those yesterday. Sam: …this feels targeted. Bucky: It is.
WinterFalcon/SamBucky Incorrect Quote – 42/?
Bucky: I read a guide. Sam: That’s already concerning. Bucky: It said to compliment you. Sam: Okay… Bucky: You are… structurally sound. Sam: WHAT DOES THAT MEAN. Bucky: ITS BEEN A WHILE. Bucky: I panicked.
WinterFalcon/SamBucky Incorrect Quote – 41/?
Bucky: I’m not gay. Sam: Bucky: I’m dating one though. Sam: wow. rude. Bucky: you love me. Sam: unfortunately.
Marvel Studios really said the black guy's movie flopped and some people didn't like it, so instead of trying to establish him as a major figure, let's just give in to racists and bring back the white guy.
Chapters: 5/10 Fandom: Captain America (Anthony Mackie Movies), Marvel Cinematic Universe Rating: General Audiences Warnings: No Archive Warnings Apply Relationships: James "Bucky" Barnes/Sam Wilson Characters: Sam Wilson (Marvel), Joaquín Torres (Marvel), Leila Taylor, Seth Voelker, Ruth Bat-Seraph, James "Bucky" Barnes Series: Part 1 of The Avengers Chronicles Summary:
Set after the events of Captain America: Brave New World, as Sam Wilson is in the early stages of reforming the Avengers, threats beyond his imagination arise, as Captain America must fight the Serpent Society.
WinterFalcon/SamBucky Incorrect Quote – 35/?
Bucky: That waitress was just being polite. Sam: She touched your arm. Bucky: She was handing me change. Sam: She touched your arm, Barnes. I saw it. Bucky: …You’re ridiculous. Sam: And you’re MINE. Bucky: …say it again.