I gdy tam wreszcie w sen zapada, wtedy dopiero marzyć zaczynam, jak to przychodzę do niej. Kładę się cichutko, jak kot, przy jej ciele, pod jej bokiem otwartym, w jej cieple, w jej rozespaniu. I tylko słucham przez całą noc z zapartym oddechem jej piersi, bioder, nóg, rąk, jej włosów rosnących nade mną, jej serca bijącego w mojej głowie. A gdy słyszę, że już śni, że śni na pewno, że śni gdzieś daleko ode mnie nieprędko do nas wróci, a do świtu jeszcze kawał nocy przed nami, wtedy dotykam jej po kryjomu przed nią, ale tak, żeby snu jej nie zmącić, dotykam jej, jak się bolącego miejsca dotyka, przez chwilę, przez oka mgnienie, przez najkrótszą myśl. A rano nie daję jej wstać, żeby przedłużyć pamięć po tej nocy. Nie daję jej, że to jeszcze nie dzień dla niej, lecz przedświt dopiero. Mówię. Poleż sobie. Jeszcze dzień nie wydobrzał z nocy. Jeszcze chłód się w powietrzu snuje. Rosy jeszcze nie wystygły. Słońce dopiero ożywa. Poleż sobie, a dzień będzie krótszy. A ona mi na to słodziutko. (…) Legnij w nogach u mnie i patrzeć będziemy na siebie.