Jedno miejsce, tysiące lat historii: Muzea Watykańskie
View On WordPress

Origami Around

★
Sweet Seals For You, Always

ellievsbear

oozey mess
I'd rather be in outer space 🛸
taylor price

PR's Tumblrdome
KIROKAZE
h

❣ Chile in a Photography ❣

pixel skylines
Lint Roller? I Barely Know Her
wallacepolsom
Claire Keane
Sade Olutola
RMH
sheepfilms
noise dept.
d e v o n

seen from Türkiye
seen from Iraq
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from United States

seen from Germany
seen from Ecuador

seen from United States
seen from Canada

seen from Italy

seen from Albania
seen from United States
seen from Albania
@wagnies
Jedno miejsce, tysiące lat historii: Muzea Watykańskie
View On WordPress
Nabatejskie różowe miasto
View On WordPress
Surrealistyczne klimaty w Jordanii
View On WordPress
Jordania - Amman
View On WordPress
Czasy nastały dziwne. Przymusowe siedzenie w domu sprawiło, że pierwsze chwile pozornej wolności wykorzystałyśmy na krótki wypad po lekcjach i we wtorek wyruszyłyśmy. Szukając miejsc odległych, bez tłumów ludzi wybrałyśmy Dolinę Eliaszówki.
To kolejna z Dolinek jaką udało nam się przejść – choć nie całą, dlatego będziemy musiały tu wrócić…. lepiej przygotowane 🙂
Auto zostawiłyśmy na szerokim poboczu przy drodze łączącej Krzeszowice z Paczółtowicami, wzdłuż której płynie potok Eliaszówka nazwany od imienia patrona Klasztoru górującego nad Doliną. Stąd wyruszyłyśmy “w las” szukając jakiegoś oznaczenia szlaku, opisu, tabliczki. Niestety, kiepsko z tym w tej Dolinie, oznaczenia szlaków też pojawiają się i znikają. Dlatego też trochę kręciłyśmy się nie bardzo wiedząc gdzie iść, a że nad Doliną góruje klasztor, to “odnalezionym” kawałkiem żółtego szlaku poszłyśmy zobaczyć zabudowania.
Klasztor Karmelitów Bosych w Czernej został ufundowany w 1629 przez Agnieszkę z Tęczyńskich wojewodzinę krakowską, a kościół pod wezwaniem św. Eliasza konsekrowano w 1644. Do 1805 roku wierni nie mieli wstępu ponieważ klasztor był pustelnią. Zabudowania klasztorne zostały otoczone murem klauzurowym o długości ok. 4 km! Jego pozostałości można znaleźć chodząc po terenie Rezerwatu. Na ogrodzonym terenie wzniesiono 12 domków pustelniczych, z czego do naszych czasów został ślad po 4.
Ze względu na panującą “epidemię” wszystko, poza Kościołem, było zamknięte. Ludzi prawie wogóle nie było. Za to pięknie przyświecało nam wiosenne słońce, ptaki śpiewały, a nawet udało nam się jaszczurkę spotkać na ścieżce.
Samiec jaszczurki zwinki
Widać, że wiosna w pełni: wokół pełno kwitnących kwiatków, a większość drzew wypuściła już liście.
Dzika śliwa
Groszek wiosenny
Zawilec gajowy
Zawilec żółty
Łuskiewnik różowy
Zanokcica serpentynowa
Fiołki
Kokorycz
Jaskier ostry
Przy drodze, poniżej klasztoru znajduje się most zwany Diabelskim. Służył on pierwotnie eremitom zamieszkującym na terenie klasztoru jako przejście przez potok od strony drogi siedleckiej. Zbudowany na wzór rzymskich akweduktów, miał 120 metrów długości. A swą nazwę zawdzięcza lokalnym podaniom i legendom mówiącym o odbywających się tu co roku zjazdach diabłów i złych duchów. Można też znaleźć wersję z zakopanym pod mostem ogromnym skarbem (złoto, srebro i diamenty), którego pilnuje diabeł, a zły duch siedząc na moście czeka na największych grzeszników. Jeśli kogoś złapie to leci z nim nad Czarny Staw w Tenczynku i tam go topi.
Pod mostem jest niewielki ale malowniczy wodospad.
Idąc drogą, w stronę Paczółtowic, po prawej stronie najpierw mijamy sztucznie wykutą w skale grotę św. Hilariona. Służyła ona zakonnikom jako miejsce odosobnienia i kontemplacji.
Następnie dochodzimy do Źródła Proroka Eliasza, zwanym również Źródłem Miłości, a to dlatego, że wypływ wody został obudowany kamieniami uformowanymi w kształt serca. Według legendy kto napije się wody ze źródła znajdzie prawdziwą miłość. Ponad źródłem stoi niewielka kapliczka z 1848 rok .
Od źródła można pójść do malowniczego wąwozu Kulenda.
Spacerując po terenie rezerwatu często napotykałyśmy pozostałości po starych murach i zabudowaniach klasztornych.
Jednak nic nas tak nie wprawiło w dobry nastrój jak piękne lasy i ta wiosenna zieleń. Naładowałyśmy akumulatory aby dalej walczyć z ograniczeniami!
Wiadomości praktyczne:
– jadąc samochodem wzdłuż drogi znajdują się szerokie pobocze gdzie można zostawić samochód;
– duży parking dla samochodów przy zabudowaniach klasztornych;
– kiepskie oznaczenia szlaków wiodących przez Dolinę.
Pora wyjść z domowych zakamarów: Dolina Eliszówka
W końcu przyszedł czas na zimową labę! Tornister z książkami rzucony w kąt i dwa tygodnie przerwy, przerwy od szkoły, od zajęć, od ciągłego poganiania, od lekcji…. wolne….
Jak zwykle u nas zostawione na ostatnią chwilę – z różnych powodów. Wyjazd: total-spontan. W 15 minut załatwiony nocleg, pakowanie i w drogę. Nareszcie ferie…. w końcu takie wymarzone. Kierunek: Małe Ciche!
Zima w tym roku taka prawdziwa, z całą masą śniegu, zaspami i soplami lodu…. i stok z zasięgu wzroku. Zima taką jaką ja pamiętam ze swojego dzieciństwa – jedynie czego wtedy mi brakowało to stoku narciarskiego. Ola dostała w tym roku w prezencie 5 dni cudnych ferii.
Na zimową bazę wybrałyśmy Gościniec nad Suchą Wodą. Cudne miejsce, wspaniali gospodarze, przepyszne jedzenie. Miejsce warte zapamiętania! Pensjonat dobrze przygotowany dla narciarzy, tuż obok przystanek, z którego ski bus podwozi wprost na stok. Po szaleństwie na stoku można odpocząć w sali z kominkiem albo aktywnie: grając w ping-ponga, bilard czy piłkarzyki. Wokół pensjonatu tereny sprzyjające spacerom bądź biegom narciarskim. A do tego – przy takiej zimie – idealne miejsce na kuligi!
Dlatego ten czas spędzony w Gościńcu minął zdecydowanie za szybko! To wszystko sprawia, że miejscówka jest oblegana przez stałych bywalców, i żeby móc tam gościć trzeba szybko i z dużym wyprzedzeniem robić rezerwację – a warto.
Ale skoro to ferie zimowe to oczywiście ogarnęło nas białe szaleństwo, a wszystko na stoku w Małym Cichym, który choć nie wymagający, to swymi widokami urzeka chyba każdego i sprawia, że wraca się tam wciąż!
Były dni piękne, słoneczne kiedy to ukochane Tatry prezentowały się w pięknej krasie ale i chwile ze śnieżycami i zamieciami, kiedy niezrażone śmigałyśmy na niemal pustym stoku!
A wieczorkami pełny relaks: bitwy śnieżne, kulig z pochodniami zakończony ogniskiem na leśnej polanie, termy – które jednak nie dały tyle zadowolenia co te w Białce….
Krótkie ferie zimowe pożegnałyśmy na Rusin-ski. Piękne słońce choć mróz doskwierał, pozwoliły cieszyć się nam z ostatnich chwil w górach. Bardzo dobrze przygotowany stok, mimo dużej liczby narciarzy brak kolejek na wyciągach, do tego dość dobre zaplecze gastronomiczne i duże parkingi – to sprawi, że będzie to chyba kolejny “nasz stok”.
Po tak intensywnie spędzonych – krótkich – feriach zostały nam miłe wspomnienia i mnóstwo pięknych zdjęć. Za rok na pewno powtórzymy taki wyjazd, a że cudnie nam był w Gościńcu to czemu nie zrobić z tej miejscówki naszej bazy wypadowo-narciarskiej!
A tak żegnały nas Tatry!
Góry, górki, pagórki czyli ferie 2019 W końcu przyszedł czas na zimową labę! Tornister z książkami rzucony w kąt i dwa tygodnie przerwy, przerwy od szkoły, od zajęć, od ciągłego poganiania, od lekcji....
W Niedzielę Palmową trudno być w innym miejscu niż w Lipnicy Murowanej. Od prawie 60 lat to tutaj stają najwyższe w Polsce palmy wielkanocne!
W 1958 roku, ówczesny sołtys – Józef Piotrowski po raz pierwszy zorganizował konkurs pragnąc kultywować starą tradycję sporządzania palm przez przodków, z których po poświęceniu wykonuje się krzyżyki chroniące gospodarzy przed klęskami żywiołowymi i gwarantującymi urodzajne zbiory.
Po latach, z małej imprezy lokalnej, konkurs zyskał rangę ogólnopolską, a jego sława wśród turystów sięga poza granice naszego kraju. My znów tam wróciłyśmy…. bo co roku jest niby tak samo, a jednak inaczej!
Ponieważ trudno nam było wybrać się o świcie, dotarłyśmy dość późno, a to wiązało się – niestety – z dość odległym miejscem parkowania… ale odległość była nam niestraszna bo jesteśmy już mocno zaprawione w marszach, 🙂
Niegdyś Lipnica była miastem, obecnie to wieś położona w kotlinie, w powiecie bocheńskim, tuż u podnóża Beskidu Wyspowego. Więc malowniczo położone drogi dojazdowe do wsi umilają pieszą wędrówkę. Pierwsze wzmianki o Lipnicy pochodzą z XII wieku. Przywilej lokacyjny został nadany w 1326 roku przez króla Władysława Łokietka ówczesnemu sołtysowi Lipnicy – Konradowi. A pierwsza parafia została erygowana około 1140 roku.
Do dziś zachował się unikatowy, modrzewiowy kościół pw. św. Leonarda z XV wieku, wpisany na listę kulturowego dziedzictwa UNESCO. Wyjątkowy ze względu na piękne polichromie, słup Światowida wspierający od tyłu ołtarz główny (pozostałość gontyny pogańskiej) będący obecnie częścią na której wspiera się konstrukcja (umieszczony za ołtarzem) oraz niezmieniony styl gotycki drewnianej świątyni. Trudno było jednak w ten dzień, w ciszy i spokoju obejrzeć tą perełkę dlatego na pewno tam wrócimy w trochę innych okolicznościach.
A na lipnickim rynku gwarno, tłoczno i świątecznie. Stawianie najwyższych palm zawsze budzi ogromne emocje i jest źródłem niezapomnianych przeżyć, ale wyjątkowość tej uroczystości wynika z głębokiej wiary i nadziei w moc wierzbowych palm świątecznych. Tegoroczny konkurs nie należał do tych, w których zostałyby pobite rekordy wysokości. Najwyższa palma mierzyła zaledwie – albo aż – 28,59 m i została wykonana przez pan Andrzej Goryl, ale tytuł Grand Prix jurorzy przyznali palmie przygotowanej przez rodzinę Leszczyńskich (27,63 m), którą uznano za najpiękniejszą. W historii konkursu najwyższa palma była dziełem wielokrotnego „palmowego” rekordzisty, Zbigniewa Urbańskiego i została zaprezentowana w 2015 r., a mierzyła, 39 m 40 cm!!!
Ideą konkursu jest zachęcenie do spędzania ze sobą czasu mieszkańców pobliskich wiosek, a sam pomysł bazował na starym, regionalnym zwyczaju, według którego gospodarz musiał zrobić palmę odpowiednią do wielkości posiadanego majątku czyli ile miał ziemi, tyle metrów musiała mieć palma. Ożywienie tego obyczaju stało się wyjątkowo udanym przedsięwzięciem. Popularność wydarzenia sprawiła, że w konkursie brało udział coraz więcej osób, już nie tylko z samej Lipnicy ale i z coraz dalszych zakątków Polski, a uzależnienie wysokości palmy od posiadanej ziemi już nie było wymogiem i każdy mógł stworzyć palmę o dowolnej wysokości.
Sam regulamin konkursu zakłada podział na pięć kategorii: palmy dziecięce (do 3 m wysokości), palmy niskie (3-7 m), średnie (7-14 m), wysokie (14-22 m) i najwyższe (powyżej 22 m). Wszystkie prace ocenia Komisja Artystyczna, która zwraca uwagę na wysokość, wiązanie, zdobienie, ułożenie elementów i wysmukłość. Nagrody w konkursie są zależne od pozyskanych funduszy i darczyńców, zatem co roku się zmieniają. Są to nagrody pieniężne, rzeczowe, wycieczki. A co jest najistotniejsze to palma musi zostać postawiona pionowo siłą ludzkich mięśni – z wykorzystaniem jedynie lin oraz stabilizujących tyczek bez użycia dźwigów lub podnośników. I tylko takie palmy podlegają ocenie jury.
Dzięki konkursowi popularyzowane są zwyczaje i obrzędy Niedzieli Palmowej, kultywowana jest tradycja wykonywania lipnickich palm plecionych z wikliny i zdobionych zgodnie z miejscowym zwyczajem, a co najważniejsze zachowana jest integracja międzypokoleniowa oraz rozbudzane są zainteresowania tradycją ludową wśród dzieci i młodzieży.
Ale lipnicka niedziela palmowa to nie tylko palmy ale również barwny jarmark wielkanocny czyli wszystko co nam jest potrzebne do przygotowania Świąt Wielkiejnocy: nie brakuje tu pisanek, świątecznych ozdób wszelakiej maści, serwet, serwetek ale również możemy nabyć regionalne smakołyki. Tak więc koszyk ze święconką możemy mieć pełny a i stół świąteczny będzie bogaty i kolorowy.
Ponieważ tego dnia pogoda sprzyjała spacerom, w drodze powrotnej, po raz kolejny zawitałyśmy na Zamek w Wiśniczu. Tym razem nie zwiedzałyśmy już wnętrz ale w zupełności wystarczył nam spacer i wypicie kawy w niedawno otwartej kawiarni na dziedzińcu zamkowym.
Zapewne wrócimy tam ponownie i wtedy szczegółowo opiszę co w Wiśniczu piszczy bo historia i zabytki tam się mieszczące to materiał na rozległy post. A jako przedsmak niech posłuży kilka fotek.
Wiadomości praktyczne:
ponieważ początek imprezy jest zawsze wcześnie rano (stawianie palm zaczyna się ok godz 7 rano) najlepiej przyjechać na godzinę 7 , wtedy unikniemy również problemów z parkowaniem;
w ciągu dnia niemożliwym staje się dojechanie do samej Lipnicy, auta należy dostawić na drogach dojazdowych – strażacy kierują ruchem;
należy liczyć się z dojściem około 2 km na piechotę;
z Krakowa najlepiej jechać “starą” A4 do Bochni, tam należy skręcić w kierunku Wiśnicza Nowego i dalej, prosto w kierunku Lipnicy;
chcąc zrobić zakupy na jarmarku należy zabrać ze sobą gotówkę, jedyny bankomat w okolicach rynku jest mocno oblegany i może się zdarzyć brak gotówki.
Palemki, palmy, palmiska… W Niedzielę Palmową trudno być w innym miejscu niż w Lipnicy Murowanej. Od prawie 60 lat to tutaj stają najwyższe w Polsce palmy wielkanocne!
Koniec grudnia – jak wiadomo – obfituje w świętowanie, a jednocześnie to czas wolny. Po kilku dniach spędzonych za stołem, po świątecznym obżarstwie nie można było inaczej… pora poruszać się trochę.
Ostatni weekend roku, z samego rana poświęciłyśmy na naszą nową aktywność czyli konie. Do tego w pięknej zimowej aurze! Jak zwykle w Coniraya, gdzie oprócz oddanych i kompetentnych instruktorów, obcowanie z niesamowitymi zwierzętami: kucykami, końmi, lamami i alpakami pozwala na pełny relaks i oderwanie się od codzienności.
Ola uwielbia wyjazdy do Coniraya. Nie boi się zwierząt, wchodzi między nie, czyści, karmi. A z alpakami rozmawia! I coś w tym jest… alpakoterapia!
Kolejny dzień obudził nas pięknym słońcem więc trudno tego było nie wykorzystać. Nie ma to jak w tak piękny poranek rozpocząć kolejny nasz wspólny sezon narciarski. Pogoda sprawiła, że musiałyśmy wybrać się aż do Kluszkowców. Ja ten stok już znałam, dla Oli był to pierwszy wyjazd na tą górę. Weekend świąteczny spowodował, że dojazd był utrudniony, a przy wyciągach dość duże kolejki. Ale pogoda rekompensowała wszystko. Aż trudno uwierzyć, że w okolicach Krakowa było buro i bez śniegu.
Duża ilość narciarzy sprawiła, że parkingi pod stokiem stały się niewystarczające stąd auto trzeba było zostawić na poboczu, całkiem spory kawałek od dolnej stacji narciarskiej. Szybki zakup karnetów, wizyta w szkółce narciarskiej – dla Oli, i już można było korzystać do woli z uroków białego szaleństwa w krainie śpiącego wulkanu. Bo Góra Wdżar według wielu właśnie uśpiony wulkan o czym świadczy jej budowa czyli skała andezytowa (skała magmowa). Dodatkową atrakcją tej góry są pozostałość po kamieniołomach oraz gołoborza (tak charakterystyczne dla Gór Świętokrzyskich).
I to miejsce ma również swoją legendę, która głosi, że stało tu kiedyś bardzo bogate miasto zwane Gorczańska Sodomą. A że jego mieszkańcy żyli w grzechu i rozpuście zostali ukarani – pochłonął ich piekielny ogień, z którego wyłoniła się postać smoka pozostawiająca skałę przypominającą smocze jajo. Niezwykłości tej górze dodaje fakt, że jako jedno z nielicznych miejsc w Polsce, posiada anomalię magnetyczną oraz jedyne występowanie na terenie Polski paproci – rozrzutka brunatnego, objętego całkowitą ochroną.
Ze szczytu rozpościera się przepiękny widok: zarówno na Jezioro Czorsztyński i Tatry jak i na Gorce i Pieniny. Dodatkowego uroku dodawał śnieg skrzący się w słońcu. Czegoż można więcej chcieć – nic tylko łapać każdą chwilę!
Dlatego szusowałyśmy aż do późnego wieczoru.
A w drodze powrotnej Ola regenerowała siły 🙂
Wiadomości praktyczne:
Czorsztyn-ski jest włączony do systemu “Karnet TatrySki”, który można zakupić zarówno on-line jak i w kasach stacjonarnych;
Ośrodek posiada osiem tras zjazdowych, osiem wyciągów (krzesełkowych, orczykowych, taśmowych) oraz trasę biegową wokół góry Wdżar (ok. 5 km);
Przy stoku działa szkółka narciarska (1h jazdy z instruktorem dla jednej osoby kosztuje 75 zł) oraz wypożyczalnia nart.
Zakończenie roku na sportowo
Już kolejny raz postanowiłyśmy z córką przywitać wiosnę pod Taterkami…. a nie mogłoby być inaczej i piękniej niż na polach krokusów.
Pech chciał, że praca pokrzyżowała plany wyjazdu w środku tygodnia i byłyśmy zmuszone zrealizować wypad w weekend. Pogoda rozpieszczała, to był pierwszy bardzo ciepły weekend tej wiosny ale równocześnie pierwsze tak wielkie oblężenie TPN!!! Od samego rana w sobotę sznur samochodów sunął wszystkimi możliwymi drogami dojazdowymi w stronę wejścia do Doliny Chochołowskiej – nawet tymi offroadowymi 🙂 I dlatego nam przyszło zaparkować na pięknej łące w Dzianiszu! Skąd miałyśmy do przejścia ok. 3 km aby stanąć u progu Doliny Chochołowskiej.
Przez las, błoto, strumyczki, a z czasem gdziekolwiek zaparkowane auta, wśród tłumów ludzi stanęłyśmy w kolejce do kasy. Jak na tak dużą liczbę “staczy” dość sprawnie nabyłyśmy nasz bilet (tak, tak… córka weszła za darmo, a ja dostałam bilet ulgowy :)) i rozpoczął się nasz marsz w stronę fioletowych łąk.
Nasze tempo należało do tych żółwich z racji podziwiania kamyczków, strumyczków, kwiatuszków, korzonków i wszystkiego co można napotkać na szlaku. A przy okazji Ola wypatrzyła kałużę pełną żabiego skrzeku 🙂
Na dole zieleniejące już łąki kontrastowały z białymi jeszcze szczytami górskimi. Pod stopami nawet i śnieg z lodem więc zabrane kije zdały egzamin. Nie zabrakło również resztek śniegu – bo to przecież dopiero początek kwietnia.
Przy okazji mogłam poobserwować również współpiechurów i to niestety optymizmem mnie już nie napawało – wywodów nie będę tutaj w tym temacie robiła. Napiszę tylko o tych “miłośnikach krokusów” co to mimo wszechobecnych apeli i tablic z kodeksem nieśli we włosach, w dłoniach czy na czapkach zwiędnięte już fioletowe kwiaty.
W końcu dotarłyśmy do tych szerokich fioletowych łąk…. pełnych miłośników krokusów. Najlepiej oddadzą to zdjęcia.
Po krótkim odpoczynku musiałyśmy szybko wracać bo przed nami było ponad 10 km drogi do naszego samochodu, a zmierzch zbliżał się nieubłaganie… i mimo tak pięknych widoków nie mogłyśmy dłużej cieszyć się z otaczającego nas piękna! Plus tak późnego powrotu był taki, że ominęły nas korki w drodze powrotnej.
Fioletowa Dolina
Kraków jest pełny zabytków, a tak mało go na naszym blogu… choć niemal codziennie mijamy te najstarsze części naszego miasta. Dziś pogoda nas nie rozpieszczała, pomysłów na spędzenie czasu było co najmniej kilka ale z pomocą przyszła reklama na facebooku.
Na dzień 21 października Muzeum Narodowe w Krakowie zaplanowało obchody swoich 138 urodzin. Za datę powstania uważany jest dzień 7 listopada kiedy to Henryk Siemieradzki w 1879 roku przekazał w darze swój obraz “Pochodnie Nerona” z myślą o utworzeniu w Sukiennicach galerii sztuki narodowej. W ślad za artystami w krótkim czasie prywatne osoby zaczęły przysyłać dary dla Muzeum w Sukiennicach. I tak w 11 września 1883 roku – w rocznicę odsieczy wiedeńskiej – otwarto Muzeum Narodowe. Tyle historii… dziś to 12 oddziałów działających w Krakowie i Zakopanem. Z okazji urodzin dziś wszystkie oddziały były udostępnione zwiedzającym za darmo: wystawy stałe i czasowe. Żal było nie skorzystać, choć jako jednostka muzealna powołana w oparciu o ustawę o muzealnictwie ma obowiązek ustanowić jeden dzień w tygodniu, dniem bez opłat. Większość muzeów taki wstęp organizuje, ale tylko na wystawy stałe… te czasowe niestety są praktycznie zawsze odpłatne. A dziś w Krakowie można było wszystko oglądać ZA DARMO!
Choć już część zbiorów Muzeum Narodowego przy różnych okazjach widziałyśmy, niektóre jednak Ola widziała dopiero dziś. Na początek poszłyśmy przywitać się z Damą!
Trochę się obawiałam czy kolejka nas nie zniechęci (bo zawsze wtedy kiedy byl darmowy wstęp kolejka sięgała na parking). Tym razem jednak po kilku minutach oczekiwania mogłyśmy oglądnąć “Damę z gronostajem”.
Ja widziałam go dość dawno – jeszcze w murach Muzeum XX. Czartoryskich. Ciekawie zrobiono kącik gdzie można sobie zrobić selfie, do tego kącik z audiowizualny gdzie w kilku językach można posłuchać informacji o najcenniejszym i nasławniejszym obrazie w polskich zbiorach.
Potem oglądnęłyśmy wystawę #Dziedzictwo.
Wystawa jest jakby próbą przedstawienia tego co określa nas jako Polaków, zebranie tego co stanowi nasze dziedzictwo kulturowe, pokazuje nasz dorobek historyczny. Więc na wystawie można było zobaczyć wszystko co jest związane z naszą historią: od najstarszych inkunabułów, obrazów, ikon, poprzez zbiory militariów, wyposażenie domów, biżuterię, ubiory. Wszystko podzielone jest tematycznie, a wystawę rozpoczyna dokument powołujący do życia Muzeum Narodowe.
Wystawy stałe, przedstawiające galerię broni i galerię rzemiosła, oglądnęłyśmy w tegorocznej edycji nocy muzeów więc tym razem opuściłyśmy te ekspozycje.
Kolejnym oddziałem był Dom Józefa Mehoffera na ul. Krupniczej wraz z pięknym, jesiennym ogrodem.
Potem przyszła kolej na Sukiennice. Byłyśmy tam już kilka razy ale mimo to zainteresowanie Oli obrazami momentami przerastało mnie i musiałam się posilać internetem żeby odpowiedzieć na zadane pytania. Przy okazji był to czas na poopowiadanie trochę o historii Polski… językiem 7-latki!
Najwięcej czasu spędziłyśmy przed obrazami Matejki. Przydała się tutaj moja wiedzy z czasów liceum i konkursów matejkowskich 🙂 i kolejność zwiedzania też była dobra, bo to co zobaczyłyśmy na tych gigantycznych dziełach łatwo było wytłumaczyć i zobrazować zwiedzając Dom Jana Matejki.
Choć zmęczenie dawało się we znaki, udało się nam zobaczyć to muzeum w całości i trochę więcej uwagi skupić na wielu szczegółach ekspozycji.
Największym zainteresowaniem Oli cieszyły się wszystkie detale gromadzone przez artystę w celu wiernego oddania szczegółów epoki. Dużo czasu również spędziłyśmy w pracowni artysty gdzie skrupulatnie analizowany był każdy eksponat.
Zabrakło nam jeszcze czasu na Muzeum Biskupa Erazma Ciołka – choć ponad dwa lata temu i w jego murach byłyśmy. Ponieważ pogoda teraz nie będzie sprzyjała spacerom i aktywności fizycznej, myślę że dokończymy odwiedziny w pozostałych placówkach muzealnych.
Wskazówki praktyczne:
Muzeum Narodowe otwarte jest od wtorku do soboty, w godz. 10.00 – 18.00, w niedziele 10.00 – 16.00 (szczegółowe godziny otwarcia znajdują się na stronach internetowych każdego z oddziałów)
w niedziele wstęp jest wolny na ekspozycje STAŁE
ceny biletów: Gmach Główny (normalny – 11 zł, ulgowy – 6 zł, rodzinny (maks. 5 osób w tym min. 1 dziecko do 18 r.ż.) – 20 zł, dzieci do 7 lat – wstęp bezpłatny, uczniowie i studenci do 26 lat – 1 zł, wykładowcy, studenci, doktoranci Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie – 1 zł), Sukiennice (normalny – 16 zł, ulgowy – 9 zł, dodatkowo jest możliwość nabycia karnetu łączonego na zwiedzenie Sukiennic oraz Podziemi Rynku Głównego w cenie: normalny – 28 zł, ulgowy – 20 zł), Dom Jana Matejki (normalny – 9 zł, ulgowy – 5 zł), Dom Józefa Mehoffera (normalny – 5 zł, ulgowy – 3 zł).
Z wizytą u Damy…
Kolejny dzień pobytu w Zakopanym to planowana wyprawa w prawdziwe góry i chrzest bojowy dla Oli – Kasprowy Wierch. Plan był prosty: rano wyjeżdżamy kolejką, a potem schodzimy w dół, do Kuźnic. Trasa… jak zwykle improwizacja – zależna od pogody, kondycji “mojej wycieczki” czy od różnych innych zbiegów okoliczności.
Po doświadczeniach lat ubiegłych – tym razem postanowiłam kupić bilety internetowo, mimo ich ceny. Wygrałam tym posunięciem ponieważ kolejka oczekujących na wjazd na Kasprowy Wierch była ogromna. Widząc te tłumy wiedziałam również, że tam na szczycie będziemy się czuły jak na Krupówkach. Na dole towarzyszyło nam piękne słońce ale plecaki miałyśmy jednak załadowane ciepłymi ubraniami. Większość pewnie zapyta dlaczego kolejka a nie wejście. Dla swojego usprawiedliwienia dodam tyle: rozpiętość wieku “mojej wycieczki” była od niespełna 7 lat do 73 lat!
Tam na górze, okazała się jednak, że większość tych wszystkich turystów z Krupówek zajmowała miejsca w restauracji i hallu górnej stacji kolejki. Temperatura na zewnątrz wynosiła jakieś 9 stopni i wiał dość silny wiatr. Na szczęście dla nas – szlak okazał się niezbyt przeludniony. A nasze plecaki szybko zmniejszyły swoją wagę i objętość bo ich zawartość wylądowała na naszych grzbietach 🙂
Pierwotny plan zakładał dojście czerwonym szlakiem do Świnickiej Przełęczy (mnie marzyło się jeszcze szybkie wejście na Świnicę) i zejście czarnym szlakiem do schroniska Murowaniec. Potem dalej przez Dolinkę Jaworzynki do Kuźnic. Ale pogoda i kondycja grupki zdecydowała o szybszym schodzeniu w dół, i od Przełęczy Liliowe do Murowańca zeszłyśmy zielonym, a potem żółtym szlakiem.
I tak jak podczas wycieczki z dnia poprzedniego, tak i tym razem tempo naszego schodzenia nie było miarodajne z czasami pokazywanymi w przewodniach i na drogowskazach.
Krótka regeneracja sił w Murowańcu sprawiła, że dość żwawym krokiem ruszyłyśmy dalej niebieskim szlakiem do Przełęczy Między Kopami, gdzie szłyśmy “alejkami” porośniętymi dookoła kosodrzewiną. Z Przełęczy poprowadził nas żółty szlak Doliną Jaworzynki do Kuźnic.
Całość trasy po górach wyniosła ok. 9 km, a wszystkie byłyśmy tak zmęczone, że zaplanowany tego dnia wyjazd do Term – odpuściłyśmy!
Przy okazji polecam noclegi, z których korzystaliśmy podczas tego pobytu Apartamenty pod Słońcem. Bardzo dobra lokalizacja – w centrum Kościeliska, koło kościoła, przesympatyczni gospodarze, cudne widoki, super pokoje! Parking przy domu, miejsce na ognisko i grill, huśtawka dla dzieci, leżaki – wszystko co potrzeba aby dobrze wypoczywać!
Informacje praktyczne:
aby uniknąć kilkugodzinnego stania w kolejce po bilety do wjazdu na Kasprowy Wierch można je kupić przez internet lub w biletomatach zlokalizowanych w Zakopanem na Krupówkach i w Kuźnicach). UWAGA: Bilety są wtedy droższe od tych kupowanych w kasie!
ceny biletów: wjazd i zjazd – bilet normalny w kasie 69 zł, bilet ulgowy w kasie 59 zł, bilet online normalny 99 zł, bilet ulgowy online 89 zł; bilety ulgowe przysługują: dzieciom od 4 do 7 lat (dzieci do 4 rż. nie potrzebują biletu), dzieciom i młodzieży szkolnej na podstawie ważnej legitymacji szkolnej, studentom do ukończenia 26 roku życia, na podstawie ważnej legitymacji, takiej jak: ISTC, ISIC, EURO26, itp., opiekunom grup szkolnych (1 opiekun na 10 podopiecznych jest uprawniony do skorzystania z biletu ulgowego), osobom powyżej 65 r.ż. na podstawie dokumentu stwierdzającego wiek
dojazd do Kuźnic busem z Ronda Jana Pawła II – 3 zł/osoby. Trasę tą można pokonać również dorożką – ok 150 zł, lub pieszo – czas dojścia ok 30 minut
parking płatny – 20 zł (opłata jednorazowa)
Deptak na dachu Tatr
Długi weekend majowy stał się okazją do wypadów – choć pogoda była kapryśna tego roku. I – sądząc po ilości ludzi w kolejkach – nie był to tylko nasz pomysł! Pierwotny plan na 1 maja zakładał wizytę na Wawelu, a to z dwóch powodów: po pierwsze: Wawel w poniedziałek ma darmowe wejściówki; po drugie: dzień wolny, Ola w domu… więc dlaczego nie?
A pogoda nie zachęcała do dłuższych wypadów.
Jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Dotarłyśmy na Wawel po godzinie 10 i jakież było moje zdziwienie kiedy zobaczyłam wijące się kolejki do obu kas. Z rozmowy z przypadkowo zagadniętymi kolejkowiczami wynikało, że żeby dostać bezpłatną wejściówkę musimy spędzić tam około dwóch godzin!!! Więc zaistniała sytuacja szybko wymusiła zmianę planów. Wybór padł na Pieskową Skałę – skoro Wawel dziś bezpłatny i tak oblężony to tam zapewne będzie luz.
Szybkie przemieszczenie się do Ojcowskiego Parku Narodowego, rzędy wszędzie zaparkowanych aut i tłumy turystów! Już wiedziałam, że to nie był dobry wybór. Odnowiony zamek prezentował się pięknie z zewnątrz, a kolejka do kasy nie odstraszyła i wnętrza też udało nam się oglądnąć.
Niemile zostałam zaskoczona tym, że mimo iż to oddział Zamku na Wawelu mają inne ustalenia – po części moja wina bo w tym pośpiechu nie doczytałam dokładnie informacji na ich stronie. Dzień z darmowy wstępem jest w piątek więc musiałam zakupić bilet – na szczęście jeden ulgowy dla mnie bo dzieci do 7 r.ż. wchodzą za darmo. Ale o sprawach organizacyjnych będzie w części końcowej.
Wchodząc do sal wystawowych przypomniały mi się czasy mojego dzieciństwa i wizyt w muzeach, a to wszystko przez… filcowe pantofle obowiązkowo zakładane przez dorosłych odwiedzających. Miłym zaskoczeniem była gra edukacyjna dla dzieci czyli próba zaangażowania i zainteresowania dzieci historią i sztuką.
Przy wejściu, każde dziecko otrzymywało książeczkę zrobioną w pocztówek oraz kartkę z kompletem naklejek. Każda pocztówka to konkretna sala ekspozycji, na której brakowało eksponatów. Dzieci mają za zadanie odszukać eksponaty, zlokalizować je wśród naklejek i wkleić w odpowiednie miejsca.
Po skompletowaniu całej książeczki, w nagrodę otrzymujemy okolicznościową pieczątkę – nam dostały się aż dwie!
Zamek z zewnątrz – po renowacji – mocno zmieniło swoje oblicze. Mury są piękne, lśniące, nie ma zielonego bluszcza porastającego znaczną część zabudowań. Pięknie została odnowiona średniowieczna baszta, w jednym z bastionów urządzono kasy, sklepik z pamiątkami, toalety, restaurację z tarasem widokowym.
Niestety wielu rzeczy jeszcze brakuje… po pierwsze: JEDNA KASA!!!! Tak, tak – kolejka w tym dniu sięgała bramy wyjściowej (ja stałam 65 minut), a całość obsługiwana jest tylko przez jedną kasę. Po drugie: tuż przy kasie zlokalizowane jest obszerne stoisko z pamiątkami (zabieg marketingowy – może i dobry, bo znudzone kolejką dzieci skutecznie naciągają rodziców na magnesy, miecze, figurki rycerzy, czekoladki itp. ale chcą wrócić po zakupy już po zwiedzeniu, trudno się do tego stoiska dostać). Po trzecie: według mnie bardzo słabo zrobiono oznakowanie na terenie zamku… a wręcz go nie ma. Na wewnętrznym dziedzińcu jest jedna tabliczka, i po wejściu na piętru kolejna. Sale nie są opisane, eksponaty mają tylko swoje numerki i informacje o nich można jedynie odczytać ze zbindowanych ze sobą kartek, które dostaje każdy zwiedzający po wejściu na ekspozycję. Po zwiedzeniu jednej części wystawy stałej należy przejść dalej – wg informacji obsługi – a na samych krużgankach nie znalazłam już dalszych tablic kierunkowych. Błądziłam również chcąc wejść na “ekspozycję” związana z historią zamku. W jednej sali kilka eksponatów, makieta zamku i tablice z herbami rodowymi i informacjami o kolejnych dziejach… duży niedosyt.
Po czwarte: to głównie dla rodziców z dziećmi, znużonych zwiedzanie a chcących co nieco się posilić. Restauracja – zlokalizowana na III i IV kondygnacji bastionu, nie posiada toalety. Ta znajduje się przy kasie (piętro niżej), oczywiście płatna. I w dniu kiedy ja byłam męska jej część została zamknięta gdyż była awaria. Sama restauracja posiada – szumnie nazwany – niby kącik dla dziecięcy, w którym znajduje się jedna tablica i troszkę kredy ale już dzieci marzą rysunki własnymi łapkami bądź bluzkami. Obok stoi stolik i krzesełka. Trochę połamanych kredek a dzieci rysują po stoliku bo nie ma żadnych kartek, kolorowanek.
Obowiązkowym punktem wycieczki było zejście pod maczugę czyli 25 metrowego ostańca przypominającego swym wyglądem broń mitycznego Herkulesa, a wg legendy to zasługa diabła, który zawarł pakt z Panem Twardowskim i przewrócił skałę stawiając ją na węższym końcu.
Informacje praktyczne:
parking wokół zamku – płatny
informacje dla zwiedzających: http://pieskowaskala.eu/zwiedzanie/
ceny biletów: na zwiedzenie całości ekspozycji bilet normalny 18 zł, ulgowy 11 zł, rodzinny 50 zł
wstęp bezpłatny: w piątki z wyjątkiem dni świątecznych i poświątecznych. W dni bezpłatne udostępniane jest jedynie jedno piętro ekspozycji „Przemiany stylowe w dziejach sztuki europejskiej”
Księżniczkowe podróże – Pieskowa Skała Długi weekend majowy stał się okazją do wypadów - choć pogoda była kapryśna tego roku. I - sądząc po ilości ludzi w kolejkach - nie był to tylko nasz pomysł!
Powracamy znowu do Doliny Kościeliskiej ale tym razem głównym celem jest podziwianie Wąwozu Krakowskiego i Smoczej Jamy.
Tym razem wędrujemy po Dolinie w towarzystwie dwóch trzynastolatek i ich babci, a ta wycieczka ma być preludium do kolejnej… ale o tym w kolejnym wpisie.
Pogoda niestety jest kapryśna dlatego gustowne pelerynki będą nam towarzyszyły przez cały dzień. Z tego też powodu niestety musiałyśmy zrezygnować z pełnego przejścia przez Wąwóz Krakowski i Smocza Jamę. Zapewne wrócimy tam znowu.
Ale wracając do tematu… wycieczka zaczęła się z przygodami, a wszystko przez moją pomyłkę. Byłam pewną, że mamy wtedy bilet na Kasprowy Wierch. Przez to całe zamieszanie wycieczkę do Doliny zaczęłyśmy dość późno. Mimo wakacyjnego terminu nie było spodziewanych tłumów turystów – winna zapewne była niepewna pogoda. Nam jednak była niestraszna. Z zapasem ubrania wyruszyłyśmy w trasę.
Nasz czas przejścia jak zwykle nijak się ma do podawanych wszędzie… częste postoje, podziwianie widoków (moi goście przybyli aż z Izraela), no i śliska nawierzchnia z dużą ilością błotka i kałuż powodowały, że nie mogłam iść swoim tempem.
Dla Oli była to już czwarta wizyta w tej Dolinie więc fascynacja już nie była tak wielka choć sam Wąwóz pokonywała pierwszy raz i wprawił ją w zachwyt. Trasa ogólnie bardzo łatwa – nie pokonałyśmy jednak odcinka z drabinami i łańcuchami ze względu na padający często deszcz i śliskie kamienie i skały.
Nazwa wąwozu pochodzi od skojarzenia z wąskimi i krętymi uliczkami Starego Krakowa. A sam wąwóz był kiedyś jaskinią, której sklepienie zawaliło się na wskutek działania czynników atmosferycznych. Idąc wąwozem, przechodziłyśmy wąskim korytarzem ze stromymi skalnymi ścianami.
Naszą wyprawę zakończyłyśmy tuż przed drabiną prowadzącą do wejścia do Smoczej Jamy – nie odważyłam się w tych warunkach poprowadzić “mojej wycieczki”. Pozostało nam na pamiątkę wejście na drabinę 🙂
Następny etap wycieczki to powrót do Doliny Kościeliskiej i dojście do schroniska na Ornaku. I o dziwo dość szybko moje dziecko pokonało tą trasę – chyba nabrała już wprawy w chodzeniu po tatrzańskich szlakach 🙂 Szybka regeneracja sił – w planach było jeszcze dojście do Smreczyńskiego Stawu ale kontuzja jednej z trzynastolatek wpłynęła na ponowną zmianę planów wycieczkowych.
Dzisiejsza trasa to jakieś 9 km na nóżkach… oczywiście mama zapomniała o włączeniu pomiaru stąd wyliczenia są tylko szacunkowe. Tylko 9 km bo moi goście w drodze powrotnej (z powodu kontuzji) wzięli dorożkę i z Pisanej Polany do Kir wróciłyśmy …… – choć ja należę do przeciwniczek wykorzystywania pojazdów konnych w górach.
Informacje praktyczne:
bilety do TPN do nabycia na bieżąco przy wejściu na szlak (cennik: https://tpn.pl/pl/pdf/1559),
parkingi zlokalizowane wokół wejścia do Doliny – opłata jednorazowa 20 zł,
dojazd busami z Zakopanego – 5 zł,
przejazd dorożką od 50 do 150 zł (w zależności od ilości chętnych i zdolności negocjacyjnych; do dorożki wchodzi 5 osób).
Smok w Tatrach?
Skoro wakacje w pełni to aż żal nie korzystać z tego. Co prawda pogoda dość kapryśna w tym roku ale zawsze można znaleźć jakieś pogodowe “okienko” i zaplanować wycieczkę. Tym razem znowu kierunek: Tatry.
Po analizie prognoz pogody typ padł na czwartek, 20 lipca. I nic nas nie zawiodło! Tym razem towarzyszyły nam w wyprawie jeszcze dwie osoby: jedna rezolutna pięciolatka i Jej mama. Wyznacznikiem wyboru trasy była jej możliwość pokonania przez ową pięciolatkę. Do końca nie byłam zdecydowana gdzie poprowadzę dziewczyny. Wygrała Dolina Strążyska a trasa uległa modyfikacji już w trakcie marszu.
Młode turystki, wyposażone w kije, ruszyły dość mocnym krokiem. Uroki chodzenia z dziećmi po górach to ciągłe postoje na picie, jedzenie bądź załatwianie potrzeb przyziemnych, dlatego też trasa, która normalnie jest do przebycia w niecałą godzinę nam zajęła prawie 2! Dodatkowo podziwiane były wszystkie kwiatuszki, kamyczki, robaczki… jak nie zwolnić wtedy tempa marszu. Z racji panującej temperatury nie można było również pominąć moczenia rąk i nóg w lodowatych potokach.
Ponieważ wakacje w pełni to nieunikniony był jednak tłoku na szlaku. A w tym tłumie nie trudno było zauważyć bezmyślnych turystów idących w japonkach, sandałkach na koturnach czy nawet panie z trudem pokonujące podejścia na ścieżce nad reglami z powodu… wąskich jeansowych spódniczek!!!
Początkowo założyłam tylko wycieczkę do Doliny Strążyskiej i Siklawicy ale werwa dziewczyn poprowadziła nas na ścieżkę nad reglami i zejście do Doliny Białego, z krótkim odpoczynkiem na Polanie Strążyskiej.
Jedyne czego nie udało się zrealizować to wejścia na Sarnie Skałki – młode turystki za ten odcinek szlaku podziękowały już 🙂
No i żeby nie było, że nowoczesność króluje wszędzie, nam towarzyszyła tradycyjna, papierowa mapa.
Koniec trasy do spacer Dolina Białego. Urokliwa, niezbyt duża dolinka ale mocno wcięta w stoki tatrzańskie. Cały jej urok to bystry Potok Biały -nazwę swą zawdzięcza kolorom wapienia na dnie potoku. Jedną z ciekawostek tej dolinki jest okratowane wejście do nieczynnej sztolni uranowej, w której w latach 1950-1955 Rosjanie wydobywali rudę uranu na potrzeby budowy bomby atomowej.Ze względu na tajny charakter dolina wówczas była pilnie strzeżona i niedostępna dla turystów. Wykuto ok 270 metrów korytarzy, a jedno z wejść znajduje się tuż przy szlaku.
Licząc trasę wraz z dojściami do samochodu na parkingu, młode turystki pokonały około 13 km… niestety mamy zapomniały o włączeniu pomiaru odległości stąd wyliczenia są szacunkowe.
A po intensywnym dniu, nadeszła pora na test najmłodszych basenów termalnych – w Chochołowie (http://www.chocholowskietermy.pl/).
Przydatne informacje:
prognoza pogody precyzyjnie podawana na stronie: meteo.pl
wszystkie potrzebne informacje: tpn.pl
szlaki wraz z opisami: natatry.pl/szlaki
bilety wstępu (niezależnie od pory roku) szczegółowe informacje (https://tpn.pl/pl/pdf/1559):
bilet normalny 5 zł
bilet ulgowy 2,50 zł (uczniom szkół i studentom, emerytom i rencistom, osobom niepełnosprawnym,żołnierzom służby czynnej)
bilet 7-dniowy normalny 25 zł
bilet 7-dniowy ulgowy 12,50 zł
bilet grupowy normalny (grupa do 10 osób) 45 zł
bilet grupowy ulgowy (grupa do 10 osób) 22,50 zł
wejście darmowe: m.in dzieci do 7 r.ż.
Doliny, góry, woda… Skoro wakacje w pełni to aż żal nie korzystać z tego. Co prawda pogoda dość kapryśna w tym roku ale zawsze można znaleźć jakieś pogodowe "okienko" i zaplanować wycieczkę.
Jak połączyć legendy z wytworami natury? Odpowiedź znajdziemy w Rezerwacie Przyrody – Skamieniałe Miasto w Ciężkowicach.
Ten weekend (15-16.07) zapowiadał się dość kapryśnie. Na przemian padał deszcz, wychodziło słońce, wiał silny wiatr. Nie sprzyjało to długim wycieczkom. Pomysł na wypad był dość spontaniczny. W niedzielne przedpołudnie spakowałyśmy plecaki – Ola obowiązkowo wzięła swoje kije, o których potem zapomniała wysiadając z auta! – i wyruszyłyśmy z podpowiedzią nawigacji w stronie Zakliczyna. Dodatkowa mobilizacją stał się fakt, że we wszystkie weekendy wakacyjne o godzinie 13 jest zwiedzanie rezerwatu z darmowym przewodnikiem – aż żal było nie skorzystać z tej możliwości. Ale niewiele brakowało żeby i tak atrakcja nas ominęła. Wszystko przez brak miejsca do zaparkowania auta. I to dla mnie jest mankament tego miejsca. Parking przy rezerwacie nie jest zbyt duży. Dodatkowo, kręta droga uniemożliwia parkowanie auta na poboczu. A weekend, wakacje i słoneczna pogoda gwarantują dużą liczbę zwiedzających ten urokliwy zakątek.
Skamieniałe miasto jest rezerwatem przyrody nieożywionej w Pogórzu Rożnowsko-Ciężkowickim. Usytuowany jest przy drodze wojewódzkiej 977 pomiędzy Ciężkowicami a Zborowicami. Zajmuje obszar ok 15 ha i podlega ochronie prawnej od 1974 roku. A chronione są skały powstałe z piaskowca ciężkowickiego wraz z florą i fauną. Przez rezerwat wędrujemy niebieskim szlakiem. W lipcu zostanie też uruchomiony szlak nietoperza w Skamieniałym Mieście.
A gdzie tu miejsce na legendy? Przekraczając bramę rezerwatu, wg jednej z legend przenosimy się w pradawne czasy kiedy to pobliskimi terenami władało dwóch rycerzy. Zamkiem w Ciężkowicach rządził Cieszko, a Kąśną władał Rożen z Rożnowa. Cieszko chciał odkupić od Rożena posiadłości ale ten nie chciał się zgodzić. Kiedy pewnego dnia na zamku Cieszka pojawiła się uciekająca przed Rożenem kobieta, Cieszko udzielił jej schronienia. Rożen chcąc odzyskać uciekinierkę podstępem zaproponował zamianę: swoje ziemie za kobietę. Zrozpaczona dziewczyna zmarła a całe miasto zamieniło się w kamienie jako karę za brak polskiego zwyczaju gościnności.
Dodatkowo, każda ze skał ma swoją legendę, którą możemy przeczytać tutaj. Na zboczu góry, porośniętym lasem znajdziemy Warownie, Orła, Piekiełko, Borsuka, Piramidy, Pustelnię, Grzybka, Cygankę, Basztę, Skałę z Krzyżem (której nie udał nam się zobaczyć bo nadciągała burza).
Naukowcy jednak sprowadzają nas na ziemię tłumacząc powstanie tych dziwnych skał, jako nic innego a naturalny proces kształtowania ziemi. Cofający się lodowiec odsłonił twory skalne, które przez tysiące lat ulegały zmianom poprzez erozję i wietrzenie. Do ostatecznego kształtu skał przyczyniła się również działalność człowieka. W XIX i XX wieku funkcjonował w Ciężkowicach kamieniołom, którego ślady można znaleźć na skałach warowni. Pozyskany piaskowiec służył m.in. do budowy drogi i linii kolejowej.
(napisy widoczne w tle za dzieckiem)
Dodatkowa atrakcją zwiedzania z przewodnikiem był nietoperz – podkowiec. Tutaj warto wspomnieć ze w Skamieniałym Mieście żyje aż 11 gatunków nietoperzy (z 26 żyjących w ogóle w Polsce!). Pani przewodnik przy każdej skale dawała innemu dziecku pod opiekę nietoperza. Oprócz tego były pytania-zagadki, gdzie w nagrodę dzieciaki dostawały cukierki bądź naklejki z nietoperzem. A walka o wszystkie nagrody była zażarta 🙂
Nie pozostaje nam więc nic innego jak tylko tam wrócić, obejrzeć to co nam umknęło, no i poszukać nietoperzy, które gnieżdżą się w jaskiniach oraz budkach zawieszonych na drzewach.
W drodze powrotnej powrotnej nie sposób było pominąć zabytkowego kościółka w Gromniku, widocznych z daleka ruin zamku w Melsztynie oraz zamku w Dębnie.
Informacje praktyczne:
Wstęp do rezerwatu i parkingi są bezpłatne. We wszystkie weekendy lipca i sierpnia o godz. 13.00 można za darmo zwiedzić rezerwat z przewodnikiem. W sezonie turystycznym wc znajduje się na parkingu dolnym oraz w barze pod Grunwaldem. Organizowane jest również nocne zwiedzanie z podkowcem – szczegółów należy szukać na stronie Skamieniałego Miasta.
Skamieniałe miasto Jak połączyć legendy z wytworami natury? Odpowiedź znajdziemy w Rezerwacie Przyrody - Skamieniałe Miasto w Ciężkowicach
Tarnów - koncertowy
Ponieważ należę raczej do “niespokojnych duchów” i długo w jednym miejscu nie usiedzę, lubię robić wiele rzeczy na raz to i weekendy są raczej w ciągłym ruchu. Gdzieś wyjeżdżam, coś robię... rzadko stacjonarnie w domu. Tym razem po raz pierwszy miałam okazję odwiedzić Tarnów. Połączyłam przyjemne z pożytecznym i wykorzystałam czas między pracą, na szybkie oglądanie tego co miasto oferuje.
Powodem wizyty w Tarnowie był koncert. W ramach festiwalu Musica Poetica miałam okazję zaśpiewać monumentalną “Pasję Mateuszową” Bacha z orkiestrą Capella Cracoviensis, Chórem Mieszczańskim i solistami (relacja fotograficzna ze strony Festiwalu: http://musicapoetica.pl/galeria-2017/). W pięknych wnętrzach tarnowskiej katedry muzyka brzmiała niesamowicie choć niemalże trzygodzinny koncert dał się we znaki wielu wykonawcom. Możliwość współpracy z tak znakomitymi wykonawcami pozwoliła mi zdobyć kolejne doświadczenie.
Ale żeby nie było tylko muzycznie. Szybkie zwiedzanie Tarnowa w sobotnie, kwietniowe popołudnie wiązało się z jedynie z oglądaniem wszystkiego tylko na zewnątrz. Puste ulice, pusty rynek, puste kawiarnie, zamknięte sklepy... to zdecydowanie inny obraz niż ten, do którego jestem przyzwyczajona w Krakowie. Zachwycił mnie maleńki, urokliwy ryneczek rozświetlony pięknym słońcem, otoczony renesansowymi kamieniczkami. Pośrodku dostojnie króluje również renesansowy ratusz - niestety w sobotnie popołudnie zamknięty więc nacieszyłam oczy tylko jego zewnętrznymi murami.
Krążąc wąskimi uliczkami dotarłam na ul. Żydowską, gdzie po Starej Synagodze zachowała się tylko ceglana konstrukcja baldachimu pod, którą kiedyś stała bima. Synagoga zbudowana w XVII wieku została najpierw spalona w 1939 roku, a potem wysadzona przez Niemców. To - poza kolumną z nowej synagogi, która znajduje się obecnie na tarnowskim kirkucie - jedyna pozostałość po synagogach tarnowskich... a było ich przed wojną 40! A aż 45% mieszkańców Tarnowa stanowili Żydzi.
Urokliwe kamieniczki wokół rynku przypominały mi te krakowskie, snułam się podziwiając i te odnowione i te jeszcze zaniedbane. To co mnie zachwyciło to pochodzący z I poł. XVI wieku Dom Mikołajowskich w niezwykłym zaułku obok katedry. Najstarsza kamienica w Tarnowie mieszcząca dziś Muzeum Diecezjalne - oczywiście w sobotę popołudniu nieczynne.
Na koniec mojej krótkiej wycieczki po tarnowskich zaułkach dotarłam do pięknego drewnianego kościółka “Na Burku” - jednego z najstarszych w całej Małopolsce. Zbudowany w XV wieku, znajduje się na “Małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej” - i niestety jak do większości miejsc nie udało się i tutaj wejść do wnętrza.
Dusza Tarnowa kryje się w zakamarkach, zaułkach... rzeźby, tablice czy nawet graffiti tworzą niezwykłą atmosferę. Warto znaleźć trochę czasu i wrócić tam. Ale wrócić wtedy gdy będzie można również zaglądnąć do Muzeum, Ratusza czy innych zabytkowych wnętrz.
Zapewne wrócę tam jeszcze...
Akcja “Krokus 2017″
Już kolejny raz postanowiłyśmy z córką przywitać wiosnę pod Taterkami.... a jak może być piękniej niż na polach krokusów. Pech chciał, że praca pokrzyżowała plany wyjazdu w środku tygodnia i byłyśmy zmuszone zrealizować wypad w weekend. Pogoda rozpieszczała, to był pierwszy bardzo ciepły weekend tej wiosny ale równocześnie pierwsze tak wielkie oblężenie TPN!!! OD samego rana w sobotę sznur samochodów sunął wszystkimi możliwymi drogami dojazdowymi w stronę wejścia do Doliny Chochołowskiej - nawet tymi offroadowymi :) I dlatego nam przyszło zaparkować na pięknej łące w Dzianiszu! Skąd miałyśmy do przejścia ok. 3 km aby stanąć u progu Doliny Chochołowskiej.
Przez las, błoto, strumyczki, a z czasem gdziekolwiek zaparkowane auta, wśród tłumów ludzi stanęłyśmy w kolejce do kasy. Jak na tak dużą liczbę “staczy” dość sprawnie nabyłyśmy nasz bilet (tak, tak... córka weszła za darmo, a ja dostałam bilet ulgowy :)) i rozpoczął się nasz marsz w stronę fioletowych łąk.
Nasze tempo należało do tych żółwich z racji podziwiania kamyczków, strumyczków, kwiatuszków, korzonków i wszystkiego co można napotkać na szlaku. A przy okazji Ola wypatrzyła kałużę pełną żabiego skrzeku :)
Na dole zieleniejące już łąki kontrastowały z białymi jeszcze szczytami górskimi. Pod stopami nawet i śnieg z lodem więc zabrane kije zdały egzamin. Nie zabrakło również resztek śniegu - bo to przecież dopiero początek kwietnia.
Przy okazji mogłam poobserwować również współpiechurów i to niestety optymizmem mnie już nie napawało - wywodów nie będę tutaj w tym temacie robiła. Napiszę tylko o tych “miłośnikach krokusów” co to mimo wszechobecnych apeli i tablic z kodeksem nieśli we włosach, w dłoniach czy na czapkach zwiędnięte już fioletowe kwiaty.
W końcu dotarłyśmy do tych szerokich fioletowych łąk.... pełnych miłośników krokusów. Najlepiej oddadzą to zdjęcia.
Po krótkim odpoczynku musiałyśmy szybko wracać bo przed nami było ponad 10 km drogi do naszego samochodu, a zmierzch zbliżał się nieubłaganie... i mimo tak pięknych widoków nie mogłyśmy dłużej cieszyć się z otaczającego nas piękna! Plus tak późnego powrotu był taki, że ominęły nas korki w drodze powrotnej.