Jeśli chodzi o propagandę epoki współczesnej [tj. od XIX wieku], powszechne jest przekonanie, iż zapoczątkował ją incydent z czasu I wojny światowej - dokładnie z 1916 roku. Jest to jedna z lepiej udokumentowanych operacji manipulowania opinią publiczną, którą wyróżnia przede wszystkim to, iż łatwo o wgląd w związane z nią archiwa. Działalność tzw. Komisji Creela została opisana nawet w encyklopediach, jednak informacje na ten temat spopularyzował Noam Chomsky w swojej książce pt. Kontrola nad mediami. Zainteresowanych odsyłam właśnie do niej, tymczasem ja chciałbym wyłącznie streścić i usystematyzować dane związane z zagadnieniem.
W czasach kampanii prezydenckiej w USA Woodrow Wilson popierał pacyfistyczne nastroje społeczne, które były wówczas powszechne - mieszkańcy Ameryki nie znali powodu, dla którego byłoby warto angażować się w wojnę zza Atlantyku. Program przyszłego prezydenta sygnowało hasło: "Pokój bez zwycięstwa".
Po wygranej Wilsona sytuacja uległa zmianie. Szybko okazało się, że administracja nowej Głowy Państwa posiada priorytety odmienne od ludowych. Właśnie wtedy stworzono rządową komisję propagandową - Komisję Creela.
Plan programowy wyglądał mniej więcej w ten sposób:
Przekonanć społeczeństwo, że udział w wojnie jest konieczny i uzasadniony,
Zyskać poparcia dla wszelkich działań militarnych,
Posłać setki ochotników na front.
Aby osiągnąć owe cele, postanowiono:
Zwerbować setki dziennikarzy, intelektualistów i speców od reklamy,
Zalać media potokiem fabrykowanych newsów, dotyczących barbarzyństa Niemców, które określano jako barbarzyństwo Hunów (przysłowiowe "odrywanie rączek niemowlętom").
A oto co w ten sposób osiągnięto:
"Udało się jej w ciągu sześciu miesięcy przemienić pacyfistyczne społeczeństwo w histeryczną, pałającą chęcią walki zbiorowość, pragnącą zniszczenia wszystkiego, co niemieckie, rozrywania Niemców na strzępy, przystąpienia do wojny i ocalenia świata".
Tak więc dzięki kampanii agitacji i perswazji, polegającej przede wszystkim na wielokrotnym powtarzaniu sfabrykowanych informacji, opartych na argumentach emocjonalnych, i ograniczeniu dostępu do odmiennych punktów widzenia, udało się przekonać do zmiany zdania niemal cały Naród.
Było to możliwe dzięki wywoływaniu poczucia społecznej odpowiedzialności za krzywdy niewinnych. Taktyka Komisji Creela to typowy przykład zastosowania dźwigni psychologicznej - metody, którą często wykorzystuje się na przykład w reklamach.
Najpierw należy wprowadzić widza w złe samopoczucie, ukazując mu jakiś problem i przekonując, że jest za to odpowiedzialny,
Następnie przedstawić rozwiązanie - zaproponować prosty sposób na ochronę swojego ego, którym może być np. zakup produktu [w przypadku reklamy] lub ostentacyjna deklaracja światopoglądowa [jak w tym przypadku, rodem z propagadany].
Opisuje się to również jako technikę uległości jako pokuty, czyli - powtarzając - "najpierw wywołać winę, potem dać możliwość pokuty".
Dodatkowo warto wspomnieć jeszcze o słynnej osobie Edwarda Bernays'a, ojca Public Relations, który swoją karierę zaczynał właśnie w Komisji Creela. Efekt jego pracy został natychmiast doceniony.
Po I Wojnie dostrzeżono talent Bernays'a. Zwróciły się do niego zarówno rządy, jak zwłaszcza wielkie korporacje, zabiegające o poprawienie swej złodziejskiej reputacji, z myślą o zysku.
Pamiętając o tym, nie warto traktować Komisji Creela jako smutnego epizodu z dziejów świata zachodu. Historia Bernaysa nawet największym naiwniakom powinna uzmysłowić, iż działalność amerykańskiej rządowej komisji propagandowej w 1916/17 okresliła po prostu standardy na najbliższe lata.
W 2001 roku w Internecie nastąpiły zmiany, w związku z którymi niemal cała treść zaczeła być generowana przez użytkowników. Stało się tak przede wszystkim za sprawą pojawienia się serwisów społecznościowych. Stan obecny, poprzedzony ową zmianą układu frontów atmosferycznych w sieci, zwykło się określać terminem Web 2.0.
II. Slaktywistyka
Wraz z nimi pojawiły się pewne powszechne behawioralne tendencje, które szybko zostały dostrzeżone przez psychologów społecznych, zainteresowanych tematyką nowych mediów.
Jedną z nich jest tzw. slaktywizm. Slaktywizm można opisać jako dążenie do zaspokajania potrzeb transcendencji minimalnym kosztem - okazywanie bezinteresownej pomocy innym przy wykorzystaniu Internetu. Upraszczając, chodzi o pewną filantropię w wersji online.
Istotę takiego zachowania w humorystyczny sposób określił psycholog Miłosz Brzeziński w tym wywiadzie:
Jeśli chodzi o sieci społecznościowe, to znajdują się tam różni ludzie, którzy też mają problemy i jest szansa, żeby im pomóc. Jeśli komuś zginie piesek, to przez to, że my info o tym udostępnimy - abstrahując od faktu czy ten piesek się znajdzie, czy nie - to nam dobrze robi. Ja - użytkownik sieci - czuję, że dzień się na dobre nie zaczął, a już jestem dobrym człowiekiem. Jak mnie tramwaj teraz walnie, to raczej do nieba pójdę. To może dawać dużo poczucia własnej wartości i na każdym poziomie możemy się czuć lepszymi ludźmi. Bo co prawda to tylko kliknięcie, ale to jest takie życzliwe - chcę komuś pomóc.
Obecnie mamy do czynienia z setkami facebook'owych grup, których zwolennicy starają się działać na rzecz pewnych wzniosłych idei, zazwyczaj tylko udostępniają filmy czy przeklejając informacje.
III. Kony 2012 - wprowadzenie i forma filmu
Do niedawna nie byliśmy jednak świadkami żadnej sensacyjnej inicjatywy, która zaangażowałaby niemal całą społeczność internautów. Zmieniło się to za sprawą akcji zorganizowanej przez fundację Invisible Children i znanej jako Kony 2012.
Chodzi o 30-minutowy film, który wywołał globalny, niespotykany dotąd, efekt wirusowy. Prawdpodobnieństwo, że ktoś, kto film zobaczył, udostępni go innym, było/jest bardzo duże. Jak to możliwe? Przede wszystkim jest to projekt, który został zrealizowany wyjątkowo dobrze. Ujęcia, montaż, scenariusz - nic nie pozostawia wiele do życzenia. Jednak takich filmów jest całe mnóstwo, dlaczego taką popularność zyskał akurat ten? Oto kilka moich domniemań:
Ładni ludzie. Kelnerska uroda i uśmiech Jasona,
Dzieci. Dokładnie rzecz ujmując - schemat dziecięcości. Oprócz tego kontrast: Dziecko Jasona vs. Jacob,
Struktura charakterystyczna dla reklam społecznych (tych najlepszych), czyli kolejno: Ukazanie problemu; wzbudzenie przeświadczenia, że jest niezwykle istotny; przekonanie widza, że powinień czuć się odpowiedzialny; Przedstawienie łatwego rozwiązania, które nie wymaga specjalnego zaangażowania.
Argumenty emocjonalne. Struktura reklamy transformacyjnej. "Bazuje głównie na poprawnym odzwierciedleniu emocji, które są ważniejsze od wiarygodności stwierdzeń o korzyściach [...]. Reklamy transformacyjne nie dostarczają racjonalnych argumentów - wystarczy sprawienie wrażenia poprzez zawartość wizualną reklamy oraz budowanie wrażeń za pomocą słów i obrazów",
Slogany, które nic nie znaczą, a które każdy może powtarzać,
Prawo konformizu - wszyscy się angażują, wszyscy już pomagają,
Wyraziste Call to Action - wezwanie do działania.
IV. Treść filmu
Abstrahując już od formy, i skupiając się na treści, zacznę od tego, że film bardzo wybiórczo ukazuje rzeczywistość. Narracja jest niezwykle infantyla i tylko dzięki temu, iż Kony 2012 został stworzony w konwencji emocjonalnej, prawie nikt nie zwraca na to uwagi. Przyjrzyjmy się jej:
Naiwny Amerykanin, który ma złote sercę, wyjeżdża do Afryki i uświadamia sobie, że świat nie jest sprawiedliwy. Zdaje sobie z tego sprawę, po odbyciu rozmowy z przypadkowym czarnoskórym chłopcem, który opowiada o swoim losie, nie stroniąc od drastycznych szczegółów. Amerykanin wraca do kraju i stara się wymyślić, jak zmienić sytuację na Ziemi. Próbuje rozmawiać z władzami, które jednak nie są zainteresowane (mimo, iż podobno Kony już wtedy jest nr 1 na liście kryminalistów Międzynarodowego Trybunału Karnego; dzieci porywa od 26 lat). W związku z tym, Jason zaczyna agitować i w efekcie przyłącza się do niego bardzo wielu młodych ludzi. Razem wracają do Białego Domu i ponawiają prośby - tym razem okazują się skutecznie. Politycy nagle czują potrzebę zaangażowania się; robi to nawet sam Barack Obama - decyduje o wysłaniu do Ugandy amerykańskich wojskowych. To jednak nie koniec, gdyż tyrana trzeba schwytać do końca roku. Ponieważ "jedyny sposób, aby schywtać Kony'ego, to pokazać mu: 'Hej! zamierzamy Cię aresztować!'", trzeba kupować bransoletki, które sprzedaje Jason, przelewać pieniądze jego organizacji oraz wszędzie rozlepiać naklejki. Warto pamiętać, że przy okazji odbywa się wielka zmiana świadomości lub - jak kto woli - rewolucja ludowa, ponieważ Jason odwraca o 180 stopni piramidę władzy - przy wykorzystaniu Internetu przekazuje ją w ręcę Ludu.
Wydaje mi się, że gdyby opowiedzieć komuś, iż taką historią można przekonać zdroworozsądkowych, dojrzałych ludzi, do zaangażowania się w akcję, prawdopodobnie zareagowałby śmiechem. Tymczasem film obejrzało ok. 80 milionów ludzi i niewielu zwróciło uwagę na jego absurdalny charakter. Myślę, że jest to dość wymowny fakt - a raczej diagnoza stanu aparatu analitycznego Amerykanów i Europejczyków.
Pozwolę sobie na brak związanych z tym dłuższych komentarzy, bowiem zakładam, że każdy z Was zdaje sobie sprawę, że świat nie jest sprawiedliwy i nie ma w nim miejsca na tego typu romantyczne zbiegi okoliczności. Konflikty mają miejsce nieustannie - codziennie ginie mnóstwo ludzi, również dzieci (oczywiście za zgodą tzw. I świata). Dobrze wiecie, że wszelkie aktywności państw narodowych uwarunkowane są chęcią maksymalizacji zysku, bez względu na koszty, które przychodzi płacić innym. USA jeszcze nigdy nie zdarzyło się interweniować bez powodu lub "w imię demokracji" - jak kto woli. Wręcz przeciwnie - za granicą pojawiali się tylko wówczas, kiedy chcieli podporządkować sobie dany kraj, nie bacząc na dobro jego obywateli czy zdanie samych Amerykanów [patrz fabrykowanie przyzwolenia, o którym będzie jeszcze mowa]. Jeśli chodzi o przykłady i argumenty, warto wspomnieć na przykład o Haiti i Nikaragui - państwa, które doczekały się "stabilizacyjnej" misji USA, są w tej chwili najbiedniejszymi krajami na swojej półkuli. Sytuacja zaczyna wyglądać podobnie na Bliskim Wschodzie. Jednak wydaje się to oczywiste. Sukces odnoszą tylko ci, którzy mają aspiracje imperialistyczne. Tu nie chodzi tylko o potencjał - istotną rolę odgrywa bezwzględność.
Zmiana takiego stanu rzeczy wydaje się na chwilę obecną - przynajmniej mi - niemożliwa, a już totalnym absurdem jest twierdzenie, że można tego dokonać, klikając na Facebooku czy nosząc bransoletkę.
Zupełnie irracjonalne zdaje się zakładanie organizacji na skutek zapoznania się z wybiórczą i emocjonalną relacją jednego dziecka (o ile to prawda - oczywiście w to nie wierzę). Bardziej uzasadnione wydawałoby mi się przeanalizowanie tego typu - odnotowanych - stanów patologicznych w wymiarze globalnym, oszacowanie skali problemu oraz swoich możliwości. Dopiero wówczas pojawia się szansa na dokonanie pewnych zmian - metodą małych kroków.
Nie wątpie, że można "coś" zyskać w inny sposób, jednak czy nie będzie to tylko szansa na pyrrusowe zwycięstwo?
V. Kony - od opryszka do tyrana
Jak już wyżej wspomniałem, mimo że Kony od ponad dwóch dekad werbował dzieci do swojej Armii Bożego Oporu, wpisanej na listę organizacji terrorystycznych oraz od 2005 roku istniał nakaz jego aresztowania, wydany przez MTK [dopiero; jednak pamiętajmy, że MTK zaczął działać w 2002 roku], za zbrodnie przeciwko ludzkości oraz zbrodnie wojenne, kiedy Jason Russel zaczął domagać się interwencji u amerykańskich polityków, nikogo to nie interesowało.
Można przypuszczać, że zaznajomieni z sytuacją decydenci mieli go po prostu za nieszkodliwego łotra, którego można szukać, ale niekoniecznie trzeba znaleźć. Tymczasem niespodziewanie, w ciągu krótkiego czasu, Kony stał się tyranem tej samej klasy co Hitler.
Przypomina mi to trochę sytuację z Saddam'em Hussein'em, który za czasów wojen z Iranem był ulubionym partnerem handlowym amerykańskiego rządu, a który ni stąd ni zowąd, po przedefiniowaniu priorytetów USA, stał się wrogiem publicznym. Rzecz miała się podobnie z Muammarem Kaddafim i wieloma innymi, o których nie ma już sensu tu wspominać.
VI. Panteon bohaterów
Oprócz tego, wydaje mi się, że wielu z Was - podobnie jak ja - odniosło wrażenie groteski, wywołane tym, iż o pomoc zwrócono się do polityków, którzy sami mają wiele na sumieniu.
Komentarz The Vigilant Citizen umieszczony pod tym obrazkiem:
Czy widzę tutaj podżegacza George'a W. Bush'a? Tego gościa, który okłamał cały kraj, żeby zaatakować Irak dla ropy i tak dalej? Hmm. Dziwne.
Nie zabrakło też Condoleezzy Rice, która prawdopodobnie miała swój udział w wydawaniu rozporządzeń związanych ze zgodą na stosowanie tortur.
Jest Bill Clinton, za którego prezydentury doszło do największego ludobójstwa od czasu II wojny światowej.
Gabinet Clintona przez długi okres nie chciał uznać (nazwać) wydarzeń w 1994 roku w Rwandzie jako ludobójstwo. USA głosowało także za wycofaniem całkowitym sił ONZ z zagrożonych obszarów co było praktycznym przyzwoleniem na ludobójstwo. Mimo licznych zapowiedzi w trakcie kampanii przedwyborczej zwlekał z jakimkolwiek działaniami w celu powstrzymania tego konfliktu, tłumacząc się „europejskimi sojusznikami”.
To oni będą zabiegać o sprawiedliwość? Jak dla mnie, coś tu nie gra.
VII. Post-kontrowersje
1. Zaraz po tym, kiedy film zaczął krążyć w Internecie, pojawiły się opinie, że przedstawione w nim informacje to stek bzdur. Tak stwierdzili choćby obywatele Ugandy, żyjący na emigracji, jednak systematycznie odwiedzający kraj. Polecam obejrzeć na przykład to wideo. Oto jeden z ciekawszych fragmentów wypowiedzi młodej dziewczyny:
Wspominam o tym dlatego, iż Kony uformował swoją armię 22 lata temu. Gdy moi rodzice mieszkali w Ugandzie, było to 10 lat temu, właśnie wtedy po raz ostatni uderzyli [tj. jego armia], i od tamtego czasu był spokój. Tak więc, dlaczego to wideo zostało opublikowane akurat teraz? No i cała ta wrzawa, aby go zatrzymać, poprzez rząd USA. Tak naprawdę wojska USA stacjonują w Ugandzie już od 2008 roku. Od tego czasu nie mogą znaleźć Kony'ego.
Pozostałe jej twierdzenia, z tego co ustalono, także mają związek z rzeczywistością. Mianowicie, z LRA podpisano traktat pokojowy już pięć lat temu. Od tamtej pory aktywność organizacji jest niewielka - w Ugandzie panuje względny spokój. Szacuje się, że armię Kony'ego tworzy od 500 do 1000 żołnierzy. Jest też kilka innnych niejasności, jak choćby uzasadnione przypuszczenie, że zbroić i szkolić nastolatków zaczeła administracja prezydenta Yoweri Museveniego.
Warto wspomnieć też, że tylko 32% środków z funduszu pomocniczego Invisible Childeren jest przeznaczonych na tzw. aktywną pomoc, to znaczy że trafia bezpośrednio do potrzebujących.
2. Zainteresowanie opinii publicznej wywołał fakt aresztowania szefa organizacji - Jasona Russela, który 15 Marca biegał nago po ulicach San Diego. Poinformowano, iż doznał on załamania nerwowego. Podobno poddano go hospitalizacji.
3. 20 Kwietnia na łamach Washington Post pojawiła się wypowiedź fotograf Glenny Gordon, która spędziła 2 lata, pracując w Ugandzie. Kobieta stwierdziła, że sytuacja w kraju prezentuje się zupełnie inaczej, niż ukazał to film. Dała do zrozumienia, że Kony'ego w Północnej Ugandzie w ogóle nie ma, zaś jego armia znacznie się skurczyła. Upubliczniła także zdjęcie, które szybko zyskało wielką popularność.
Widać na nim Jasona Russela i dwóch innych członków Invisible Children, trzymających karabiny i stojących ramię w ramię z ludową armią wyzwolenia Sudanu, która walczyła z LRA. Autor związanej z tematem publikacji na stronie Disinfo sugeruje, że wygląda to raczej jak zabawa w wojnę.
4. Projekcja filmu w Ugandzie okazała się - w przeciwieństwie do tych na Zachodzie - bardzo nieudana. Więcej informacji na ten temat jest tutaj.
Ludzi bardzo zdenerwował ten film, powiedział Victor Ochen, dyrektor lokalnej organizacji dobroczynej the African Youth Initiative Network, która zorganizowała wydarzenie. "Cały czas powtarzali: To nie jest film o nas, to nie dotyczy naszego życia".
VIII. Domniemane motywy
Jeśli założymy, że przyczyną powstania filmu nie była bezinteresowna chęć pomocy i to wszystko, o czym opowiada Jason Russel, według mnie powinniśmy zwrócić swoją uwagę przede wszystkim na dwie alternatywne możliwości:
1. Fabrykowanie przyzwolenia ["należy skłonić zdezorientowane stado do poparcia decyzji, zgodnych z interestem decydentów, wykorzystując propagandę"]. Cała akcja została zorganizowana po to, żeby zyskać poparcie opinii publicznej dla działań na terenie Ugandy. Prawdopodobnie chodziło o odkryte w 2010 roku złoża ropy naftowej. Więcej na ten temat tutaj.
Mówimy o potencjalnych 2 miliardach dolarów rocznie pozyskiwanych z tej klasy zasobów.
Faktem jest, że Internauci ostatnimi czasy udowodnili, że warto liczyć się z ich zdaniem. Być może, żeby zminimalizować prawdopodobieństwo protestów, postanowiono stworzyć organizację, która lobbując na rzecz amerykańskiej interwencji w Ugandzie, odpowiedno zaaranżuje sytuację. Zastanówmy się - gdyby w tej chwili pojawiła się informacja, że amerykańskie wojska zaczną tam stacjonować w dużej liczbie (nie chodzi tu o siły, które już tam są), niewielu miałoby cokolwiek przeciwko. Protesty byłby zupełnie nie na miejscu, bowiem świadczyłby o odczłowieczeniu osób biorących w nich udział; o degrengoladzie. Tymczasem gdyby nie działalność Invisible Children, wieść o tego typu amerykańskich planach prawdopodobnie wywołałaby powszechne oburzenie.
2. Biznesmen Russel. Chodziło o promocję organizacji: Stworzenie świadomości jej istnienia, zyskanie sympatii i zwielokrotnienie sum wpływających na konto. Możemy zakładać bez wątpliwości, że przychody Invisible Children stały się dużo większe od czasu, kiedy film zaczął być udostępniany w mediach społecznościowych. Nawet jeśli opinia publiczna zda sobie sprawę, jak grubymi nićmi szyta jest ta historia, powinny się utrzymać na stosukowo wysokim poziomie.
IX. Po co ta krytyka?
Jeśli ktoś odniósł wrażenie, że napisałem ten artykuł, żeby skrytykować cokolwiek się da, jestem mu winny wyjaśnienie. Nie jestem zwolennikiem nihilizmu i nie uważam, że wszelkie tego typu inicjatywy są złe lub bezsensowne. Nie jestem nawet przekonany, jeśli chodzi o wyżej opisaną. Postarałem się tylko o sceptycyzm, który jest moim zdaniem zdecydowania uzasadniony, którego zaś w mojej opinii zabrakło innym. Chodzi mi wyłącznie o popularyzajcę racjonalizmu oraz o upowszechnianie starań na rzecz oddzielania ziarna od plew. Kiedy jesteśmy zaabsorbowani wątpliwie wiarygodnymi inicjatywami, zazwyczaj brakuje nam czasu, żeby robić coś, co daje wymierne wyniki. Czy nie jest, to Waszym zdaniem, egoistyczne zachowanie?
Wykorzystywanie wyników badań opinii publicznej stało się w mediach standardem. Dzięki nim można na przykład ilustrować pewne tendencje lub szacować prawdpodobnieństwo wystąpienia określonych związków przyczynowo-skutkowych.
Jak istotną rolę odgrywa informowanie o wynikach tego typu badań, możemy zdać sobie sprawę, kiedy przypomimy sobie o jednej z najważniejszych zasad warunkujących ludzkie postępowanie - zasadzie konformizmu. Jej następstwem jest zaś tzw. społeczny dowód słuszności.
Społeczny dowód słuszności - zasada, według której człowiek, nie wiedząc, jaka decyzja lub jaki pogląd jest słuszny (co może zależeć od różnych czynników), podejmuje decyzje lub przyjmuje poglądy takie same, jak większość grupy. Uważamy, że jakieś zachowanie jest poprawne wtedy, gdy widzimy innych ludzi którzy tak właśnie się zachowują.
Właśnie z uwagi na tę charakterystyczną dla nas przypadłość, w okresie przedwyborczym częstotliwość stosowania statystyk jest dużo wyższa niż zazwyczaj. Najłatwiej także dostrzec wówczas dysproporcję wyników. Można odnieść wrażenie, jakby każde medium za pomocą doboru statystyk faworyzowało określoną partię lub kandydata.
Jeśli chodzi o kwestię manipulacji, faktem jest, że największy niepokój w obywatelach budzą rozbieżności w wynikach. Skoro badacze z innych ośrodków pracują nad tymi samymi sprawami, jak to możliwe, że różnice w poszczególnych prognozach sięgają często kilkunastu punktów procentowych?
Tłumaczone jest to najczęściej specyfiką metodologiczną, która jest nieco inna dla każdego z ośrodków badawczych. Chodzi przede wszystkim o dobór prób czy wybór metod obliczeniowych.
Jakkolwiek trudno kwestionować te argumenty, warto zdać sobie sprawę, co z tego wynika. Każde medium posiada studnię pełną cyfr, z której może do woli czerpać. Proces wyboru statystyk jest jak najbardziej selektywny. Istnieje możliwość posiłkowania się różnymi danymi w zależności od potrzeby.
Oczywiście są to cały czas dane prawdziwe. Błąd statystyczny wynosi przecież tylko (dla 1000-osobowej próby) około 3%. Telewizja nie kłamie.
Kolejny problem pojawia się wówczas, kiedy zdamy sobie sprawę z tego, jak ważny jest sposób prezentacji informacji.
Wypada mi teraz przypomnieć czym jest tzw. różnicowanie określeń, które opisałem już jakiś czas temu tutaj. W skrócie chodzi o to, jakie wykorzystujemy określenia, podczas opisywania czegokolwiek. Istnieje wiele słów, które mogą być stosowane zamiennie. Tymczasem każde posiada określone konotacje - inaczej nam się kojarzy. Odpowiednio dobierając wyrazy, możemy określić charakter komunikatu wedle uznania.
Wyobraźcie sobie taką sytuację. Redakcja telewizyjnego serwisu informacyjnego otrzymuje wyniki sondażu, dotyczące poparcia dla prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Okazuje się, że jedna połowa Polaków popiera Jego politykę, druga nie. W jaki sposób dziennikarze mogą przekazać informację widzom? Jest co najmniej kilka możliwości:
Jak podaje najnowszy raport CBOS - 50 procent Polaków nie popiera polityki prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Jak podaje najnowszy raport CBOS 50 procent Polaków popiera politykę prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Jak podaje CBOS aż 50 procent Polaków nie popiera polityki Kwaśniewskiego.
Jak podaje CBOS 50 procent Polaków krytykuje politykę prezydenta Kwaśniewskiego.
Badania CBOS-u mówią prawdę: połowa rodaków uważa, że Kwaśniewski jest fatalnym prezydentem.
No i prawda wyszła na jaw: połowa Polski nie chce Kwaśniewskiego – podaje CBOS.
Każde ze zdań posiada unikalny charakter. Dzięki różnicowaniu określeń można zdecydować czy działalność polityczna prezydenta ukazana zostanie w jasnym czy w ciemnym świetle. Można określić wydźwięk, na przykład dodając modulant (część mowy, która wzmacia wypowiedź).
Podsumowując, warto pamiętać, że manipulacja statystyczna możliwa jest niemal wyłącznie w redakcji. Ponieważ media głównego nurtu korzystają z danych, dostarczanych przez najlepsze ośrodki badawcze, nie jest prawdopodobne, aby wyniki jakiegoś sondażu zostały po prostu sfałszowane.
Nie to jest istotą rzeczy. Jest nią to, że medialni decydenci posiadają możliwość wpływania na oceny odbiorców, poprzez selekcję wyników i ich sugestywną prezentację.
Tak stwierdził kiedyś Minister Propagandy III Rzeszy - Joseph Goebbels.
Niemal wszyscy lubią powtarzać, że telewizja ogłupia. Tymczasem prawie nikt nie rezygnuje z jej oglądania. Kiedy zwracam znajomym uwagę na niekonsekwencję, w odpowiedzi słyszę, że akurat oni są w stanie korzystać z telewizji w sposób rozsądny. Mają władzę nad telewizorem - nie on nad nimi. Wniosek ten jest skutkiem założenia, iż zawsze mogą przełączyć lub wyłączyć. Oczywiście zgadzają się, że kontakt z medium, które słynie z serwowania widzom pop-kulturowej papki, jest niewskazany dla innych, ponieważ oni są zbyt naiwni i nie charakteryzują się specjalną złożonością poznawczą.
Natychmiast przywodzi to na myśl psychologiczny mechanizm obronny, o którym niekoniecznie każdy wie. Mowa o tzw. self-serving bias, który najczęściej tłumaczony jest jako stronniczość obronna. Zjawisko polega na tym, iż niemal każdy ocenia swoją osobę jako inteligentniejszą od pozostałych oraz jako bardziej odporną na sugestię. Reklamy działają, ale na mnie bardzo słabo. Sprzedawcy potrafią zmanipulować klienta, tymczasem ja jestem na tyle doświadczony i bystry, że potrafię zdemaskować podstępnego handlowca.
Zdając sobie z tego sprawę, łatwiej jest skorygować swój punkt widzenia. Według mnie nie warto przeceniać roli, którą odgrywa samoświadomość.
Dość wymowna jest historia związana z popularyzacją telewizji. Wystarczy się z nią pobieżnie zapoznać, aby zdać sobie sprawę, jakiego rodzaju motywy warunkowały działania ludzi, którzy starali się zrealizować swoje marzenie - odbiornik dla każdego. Klarownie wykłada to w tym wywiadzie Alan Watt - amerykański dziennikarz i pisarz:
W większości krajów europejskich aż do lat 50-tych - 60-tych, dla przykładu w Wielkiej Brytanii klasa pracująca nie miała kart kredytowych. Nie można było ich dostać. Nie można było dostać pożyczki bankowej bez zabezpieczenia. Rodzina żyła z jednego konkretnego dochodu, bez żadnych dodatków, który starczał na czynsz, jedzenie oraz ubrania dla dzieci. Podstawowe wydatki, zero luksusów. Nie udzielano kredytów. Jednak rząd brytyjski, podobnie jak rząd chiński dwa lata wcześniej, wydał zalecenie, aby każde gospodarstwo domowe miało telewizor. Rząd zrobił ten jeden wyjątek, spośród wszystkich rzeczy, jakie ludziom mogły być potrzebne. Pozwolił firmom kredytowym na cotygodniowy obchód po domach i zbieranie należności za używane telewizory. Rząd brytyjski zrobił świetny interes, kupując od Stanów Zjednoczonych używane telewizory, odpowiednio przystosowane, by później sprzedać je klasie pracującej w całej Wielkiej Brytanii. Chcieli, aby w każdym domu znajdował się telewizor.
Zadaje również sugestywne pytanie retoryczne:
Jednak od kiedy to rząd interesuje się twoim szczęściem w domu?
Myślę, że każdy z Was doskonale wie, o jaki cel chodziło.
Jestem daleki od radykalnego przekonania, iż lepiej poinformowany jest ten, kto telewizji nie ogląda w ogóle. Podpisuje się jednak pod słowami Noama Chomsky'ego:
Prezentowany przez media obraz świata wykazuje najodleglejsze z możliwych podobieństwo do rzeczywistości.
Językoznawca i działacz polityczny twierdzi w ten sposób, powołując się na wyniki badań przeprowadzonych na mieszkańcach USA przez Uniwersytet Massachusetts, dotyczące wpływu telewizji na podstawową wiedzę o sytuacji na naszej planecie. Jedno ze stawianych pytań, brzmiało: "Ilu - w Twojej ocenie - zgineło Wietnamczyków w czasie wojny Wietnamskiej?". Współcześni Amerykanie szacowali przeciętnie, że było to 100 tysięcy ludzi. Oficjalna liczba wynosi 2 miliony. Prawdziwa - według Chomsky'ego - 3-4 miliony. Ta dyspropocja nie jest przypadkowa.
Sceptyk mógłby zaprotestować. Stwierdzić, że wyniki badania obywateli USA nie są reprezentatywne dla polskiego społeczeństwa. Moje prewencyjne uzasadnienie wyglada w ten sposób, iż mimo że rodzime media póki co nie pozwalają sobie na tak wiele jak chociażby Fox News w Stanach Zjednoczonych, tego typu tendencje są raczej transgraniczne, zważyszy na istnienie korporacji medialnych, czyli fakt, że prasa, serwisy internetowe, stacje telewizyjne i radiowe skupione są w tych samych rękach. W związku z tym istnieją podobieństwa w podstawowych założeniach programowych.
Jeśli jednak potrzebujecie przykładu z naszego kraju, można wspomnieć choćby o relacjach dotyczących wiecu poparcia dla Viktora Orbana na Węgrzech (15.03.2012), opublikowanych przez TVN24. Według serwisu uczestniczyło w nim 3 000 osób. Tymczasem rzeczywista liczba wynosiła 250 000. Taka informacja znalazła się choćby na serwisie Polskiego Radia, na węgierskim Hirado.hu. Podobnie pisał Reuters i inni.
Pomijając już informacyjną funkcję mediów, chciałbym skupić się na rozrywce. Wynika to z faktu, że w telewizji jest jej dużo więcej niż informacji (serwisów informacyjnych) czy quasi-informacji (programów publistycznych), których sposób przekazywania też przecież charakteryzuje się, wykorzystując termin infotainment, czyli [z Wikipedii]:
Pojęcie, które zostało stworzone w odniesieniu do przekazywania wiadomości w taki sposób, który zaciera i zlewa w jedno dziennikarstwo i rozrywkę, pomniejszając wartość przekazywanych informacji oraz profesjonalizm dziennikarskich doniesień. Określenie jest zbitką słów : information (ang. informacja) oraz entertainment (ang. rozrywka).
Przeciętny Polak poświęca telewizji ok. 3-4 godziny dziennie. Chyba każdy z Czytelników doskonale zdaje sobie sprawę, ile w tym czasie informacji, ile zaś rozrywki.
Przechodząc do rzeczy, chciałbym wreszcie wyjaśnić znaczenie tytułu, który w tym wypadku nie oznacza wcale krótkiej wiadomości tekstowej lecz najpopularniejszą strategię medialną, czyli: seks, muzyka, sensacja.
Ludzie powinni wysiadywać w odosobnieniu przez telewizorami i pozwalać na wbijanie sobie do głowy przekazu, brzmiącego: jedynym celem jest posiadanie większej ilości dóbr [...]. Nic innego w życiu się nie liczy. Może przychodzić ci do głowy, iż w życiu powinno chodzić o coś jeszcze, ale ponieważ oglądasz telewizję w samotności, indywidualnie, musisz dojść do wniosku: "oszalałem, bo przecież nie pokazują nic innego".
W żadnym wypadku nie twierdzę, że rozrywka nie jest potrzebna, zaś pieniądze to coś bezwzględnie bezwartościowego. Niemniej warto zdać sobie sprawę, że ogromna dysproporcja pomiędzy wartościową i bezwartościową treścią poniekąd równa się po prostu dezinformacji. Służy do utrzymywania ludzi w stanie bezmyślnej apatii, do odbierania realnej podmiotowości, która zostaje zastąpiona możliwością śledzenia losów bohaterów seriali czy filmów.
Podsumowując, do czego służy telewizja?
Zdezorientowane stado może stwarzać problemy, dlatego musimy zadbać, by nie wpadło w szał i nie zaczeło tratować. Powinno oglądać puchary piłkarskie, seriale komediowe lub pełne przemocy filmy. [...] mogłoby zacząć myśleć, co byłoby bardzo niebezpieczne, stado nie ma bowiem kwalifikacji do myślenia. Dlatego też należy odwracać jego uwagę i spychać je na margines.
Z jednej strony wiadomo, że możemy zapamiętać dużo więcej, niż nam się wydaje. Nie jesteśmy nawet w stanie całkowicie wypełnić naszej pamięci, dlaczego więc rezygnować ze śmieciowych informacji? Przecież znajdzie się miejsce także na pozostałe. Moje wyjaśnienie jest takie, że kiedy nasza uwaga skupiona jest na pewnych, bezwartościowych kwestiach, nasze myśli bardzo często krążą wokół związanych z nimi zagadnień. W związku z tym brama naszej świadomość jest niemal domknięta, a wartościowe informacje - mimo, że teoretycznie mogą przecisnąć się przez szczelinę - często po prostu pozostają na zewnątrz.
Na koniec chciałbym zacytować fikcyjną postać, Sherlocka Holmesa, który wydaje się mieć dużo większą wiedzę na temat rzeczywistości od współczesnych reprezentantów świata:
Początkowo mózg człowieka przypomina pusty pokoik na poddaszu, który musimy wypełnić wybranymi przez siebie meblami. Głupiec wstawia do niego wszyskie napotkane rupiecie, a co za tym idzie - wiedza, która mogłaby się ukazać użyteczna, zostaje wypchnięta albo (w najlepszym wypadku) ginie w masie niepotrzebnych informacji i trudną ją odnaleźć. [...] Niezwykle ważna jest zatem dbałość o to, aby bezużyteczne fakty nie wypierały tych, które mogą nam się przydać.
Obydwa cytaty, których nie podpisałem, także pochodzą z książki "Kontrola nad mediami" Noama Chomsky'ego.
Formuła "Mohawk Valley" na przykładzie Solidarnych 2010
Jak wiadomo, istotą propagandy nie są zasady, które miałyby zastosowanie w każdym czasie, we wszelkich okolicznościach i we wszystkich przypadkach. Chodzi o nieustanną obserwację i wykorzystywanie tendencji, które już istnieją. Nieczęsto zdarza się, żeby, mówiać kolokwialnie, zrobić coś z niczego. Niemal każdy przypadek wymaga przygotowania odmiennej strategii, opracowanej z uwzględnieniem czynników trzecich.
Mimo to, istnieją narzędzia, które sprawiają wrażenie niezawodnych. Jednym z nich jest tak zwana formuła Mohawk Valley. Swoją nazwę zawdzięcza Dolinie Mohawk w zachodniej Pensylwanii. Właśnie tam miało miejsce zdarzenie, przy okazji którego specjaliści od manipulacji wykazali się kreatywnością i znajomością fachu.
W 1936 doszło do strajku pracowników firmy Bethelem Steel. Ponieważ doświadczenia ostatnich lat nauczyły władzę pokory (zdawały sobie sprawę, że rozwiązania siłowe nie są najlepsze), zdecydowano o posłużeniu się podstępem.
Wykorzystano media do wzbudzenia w społeczeństwie przeświadczenia o destrukcyjnym charakterze protestów; do przekonania Amerykanków, iż zbuntowani pracownicy Bethelem Steel działają na szkodę USA. Godzą w amerykański styl życia; łamią zasady, których przestrzeganie leży w obopólnym interesie. Wmówiono im, że protestujący to sabotażyści, którzy stoją po innej stronie barykady niż wszyscy zdroworozsądkowi obywatele.
Zgodnie z oczekiwaniami, taktyka okazała się nad wyraz skuteczna. Presja publiczna była tak wielka, iż strajki natychmiast złamano.
Na tym przykładzie widać, ile prawdy kryje się w słowach Noama Chomsky'ego:
Propaganda jest w demokracji tym, czym pałka w totalitaryźmie.
Od tamtej pory formułę Mohawk Valley wielokrotnie wykorzystywano do rozwiązywania podobnych problemów. Doczekała się nawet definicji, jako "naukowa metoda przerywania strajków".
Po tym krótkim omówieniu, chciałbym przekonać Was, że efekty jej zastosowania mogliśmy niedawno wspólnie śledzić na naszym podwórku. Przechodząc do rzeczy, mam na myśli Solidarnych 2010 i ich długookresowy protest pod namiotem nieopodal Pałacu Prezydenckiego. Jeśli ktoś nie wie o czym mowa, polecam zapoznać się choćby z tym artykułem.
Przede wszystkim warto podkreślić, że propagandzie towarzyszyły fizyczne nadużycia, co czyni ten przypadek unikatowym. Być może z racji nieustępliwości protestujących zdecydowano o wykorzystaniu metody wspomagającej.
Tytułem wprowadzenia napiszę tylko, że członkowie organizacji protestowali w sposób zgodny z prawem, w związku z czym ich usunięcie było niemożliwe. Posiadali również konkretne motywy - uzasadnione czy nie, pozostawiam do oceny każdemu z Was. Bądź co bądź, byli to po prostu zdesperowani ludzie, którzy w obozowaniu na Krakowskim Przedmieściu upatrywali szansę na zwrócenie uwagii opinii publicznej na zaniedbania dotyczące Katastrofy Smoleńskiej i na wszelkie niejasności w tej sprawie.
Jeśli chodzi o medialne relacje, fakty już po kilku dniach stały się nieistotne. W zamian skupiono się na kreowaniu przeświadczenia, jakoby chodziło tylko o grupę zaślepionych fanatyków, którzy awanturują się i odstraszają spacerowiczów. Umiejętnie wykorzystywano wyselekcjonowane materiały wideo, które często ukazywały choćby przypadkowych radykałów, obrzucających wyzwiskami reporterów. Z drugiej strony telewidz nie miał zbyt wielu szans, żeby zapoznać się z tymi, zrealizowanymi jako merytoryczne wywiady z młodymi ludźmi - rzeczywistymi reprezentantami organizacji.
Opłaciło się. Akcja Solidarnych 2010 bardzo szybko doczekła się wielu przeciwników, którzy chętnie bojkotowali organizowane przez zrzeszenie wykłady - na przykład urządzając mini flash moby, mające na celu rozpraszanie i zagłuszanie. Często aranżowano prześmiewcze sesje fotograficzne, realizowane na tle słynnego namiotu. Nie obyło się oczywiście od wielu, zwyczajowo werbalnych, napiętnowań. Podkreślić należy, iż równolegle niewiele osób czuło potrzebę zapoznania się z postulatami i wysłuchania argumentów.
Dla jasności: Bez wątpienia nie pojawiali się tam wyłącznie ludzie pozbawieni intencji innych niż bezrefleksyjne wyszydzanie; tylko tacy, których zachowanie było wynikiem kampanii propagandowej. Jednakże skala precedensu i zgodność postaw z medialną narracją wydają się potwierdzać hipotezę o wykorzystaniu formuły Mohawk Valley.
Wpis ten nie ma na celu budzenia sympatii bądź antypatii w stosunku do stowarzyszenia i minionych wydarzeń. Chodziło mi wyłącznie o wykorzystanie przykładu. Jeżeli posiadasz, Czytelniku, zastrzeżenia dotyczące obiektywności tekstu, proszę o uwagi i uzasadnienia.
Więcej na temat formuły Mohawk Valley znajdziesz w książce Noama Chomsky'ego: "Kontrola nad mediami".
Wielu twierdzi, że cenzura jest wyłącznie wspomnieniem, o którym mamy szansę przypominać sobie tylko wówczas, kiedy oglądamy reportaże z Dalekiego Wschodu. Czasami rzeczywiście trudno nie przyznać im racji, skoro obowiązująca definicja wygląda w ten sposób [za Wikipedią]:
Kontrola publicznego przekazywania informacji, ograniczająca wolność publicznego wyrażania myśli i przekonań.
Wydaje nam się, iż może funkcjonować tylko w sposób bezpośredni, że musi mieć charakter instytucjonalny. Jeśli nikt jawnie nie usuwa fragmentów książek i nie zastępuje części telewizyjnych transmisji czarno-białą interferencją, wszystko wydaje się w porządku.
Przecież żyjemy w ustroju demokratycznym, przedstawiciele prawa reprezentują nasze interesy, zależy im na dobru wspólnym - ciągle to słyszymy. Poza tym w naszym kraju cenzura prewencyjna jest sprzeczna z Konstytucją.
Wbrew temu, twierdzę iż przeświadczenie o nieobecności cenzury jest zupełnie nieuzasadnione; iż mamy z nią do czynienia nadal - również w Polsce. Według mnie, różnica polega na tym, iż przybrała ona nieco inną formę.
Warto wspomnieć o nowomowie, która nie jest wcale pojęciem martwym, mającym zastosowanie tylko w powieści George'a Orwella, ponieważ to głównie za jej sprawą nasza polityczno-społeczna świadomość posiada właśnie taki kształt.
Pojęcie nowomowy [...] używane jest jako określenie narzędzia (stylu wypowiedzi, quasi-języka) stosowanego przez władzę w państwach totalitarnych, która posługując się stałym zestawem typowych dla siebie określeń, fałszujących rzeczywistość, ma na celu narzucenie swoim obywatelom określonego systemu wartości.
Dzięki nowomowie możliwe jest na przykład takie określenie zwrotów tego rodzaju, iż zyskawszy eufemistyczny charakter, są interpretowane jako niegroźne, powszechne, prawe. Do tego dochodzi choćby opisane poprzednio różnicowanie określeń czy manipulacja przymiotnikowa (którą postaram się wkrótce omówić).
Ponieważ myślimy za pomocą słów i ich związków, nie będzie odkrywcze stwierdzenie, iż manipulując wyrazami, manipuluje się myślami.
W efekcie, współczesna cenzura zachodzi na etapie tzw. selekcji własnej odbiorcy.
W wyniku ciągłego fałszowania lub prezentacji wyselekcjonowanych informacji odbiorca może dojść do wniosku, że pewne tematy są albo mało interesujące, albo też nie wnoszą nic nowego do już istniejącego poziomu wiedzy. Zachowanie takie może być zatem również wynikiem istnienia i ogólnej działalności cenzury instytucjonalnej, pomimo braku bezpośrednich interwencji w sposobie odbioru informacji.
Jest to szczególnie spektakularny sposób, zważywszy że większość ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy z faktu, iż zarządza się ich wiedzą i przekonaniami. W końcu sami uczestniczą w tym procesie.
Przyjrzyjmy się współcześnie obowiązującej nomenklaturze, czyli regułom dotyczącym nazewnictwa. Oto kilka przykładów pojęć i zastosowań, które zyskawszy nową, odmienną treść, slużą do realizacji planów, związanych z zarządzaniem społecznymi zachowaniami:
Niepoprawność polityczna - kiedy chcemy kogoś uświadomić, iż nie powinien dalej dzielić się swoimi przemyśleniami na określony temat, możemy zasygnalizować: "Jesteś niepoprawny politycznie". Wykorzystując media, możemy nadawać etykiety dotyczące świadopoglądowego odchylenia, wszystkiemu, czego dyskutowanie nie leży w naszym interesie.
Teoria spiskowa [tym, którzy bardziej interesują się zagadnieniem, polecam zapoznać się z artykułem Benedykta Krzysztofa Peczko] - pojęcie bliskoznaczne, które jest wykorzystywane wówczas, gdy należy zasugerować, iż jakaś kwestia nie powinna być poruszana. Również ostrzeżenie, iż niezastosowanie się grozi społeczną degradacją.
Nietolerancja - często służy do imputowania prymitywnych intencji, komuś, kto wypowiada coś, co chcemy zdyskredytować. Polecam przeprowadzić ćwiczenie: Kiedy dowiesz się o czymś, co jest naprawdę istotne, wprowadzając się tym samym w stan niedowierzenia, wywołany myślą "jak to możliwe, że dowiedziałem się dopiero teraz; że media o tym nie informowały?" - zastanów się czy owa informacja posiada potencjał nietolerancji.
Zacofanie - za pomocą tego określenia, możemy skutecznie umniejszać wartość pewnych poglądów czy informacji, co w efekcie ogranicza szansę, iż kolejne osoby będą miały z nimi do czynienia, a nawet jeśli tak, informacja zostanie im zaserwowana z interpretacją w wersji instant.
Kontrowersja - "ta informacja jest kontrowersyjna". Często tak mówią nam w telewizji. Jaki jest efekt? Wspomniane fakty kodujemy w podświadomości jako niewiarygodne. Ponownie zakładamy, że nie warto posługiwać się nimi w dyskusjach. Ponadto należy stronić od wszystkiego, co jest mniej lub bardziej związane. Wykorzystanie przymiotnika "kontrowersyjne" służy za pewnego rodzaju ostrzeżenie.
Teraz zostawiam Cię, Czytelniku, sam na sam z własnymi myślami.
Częstym zabiegiem manipulacynym, wykorzystywanym w mediach, jest tak zwane różnicowanie określeń. Jego zastosowanie jest możliwe przede wszystkim dzieki temu, jak słowa/zwroty funkcjonują w naszej świadomości. Należy pamiętać, iż stanowią one tylko symbole, do których znaczenie przypisujemy dopiero my (patrz signifie czyli myśl; signifiant czyli reprezentacja myśli, znak).
Poza denotacjami (różnymi znaczeniami tego samego wyrazu, które są uwzględnione w słownikach), wyróżnia się także konotacje (mniej lub bardziej unikatowe znaczenia; wszelkie nasze skojarzenia). Umiejętnie wykorzystując właśnie te drugie, możemy naprowadzić odbiorcę komunikatu na kontekst, który my sami określiliśmy. Możemy spowodować, iż będzie postrzegał przez pryzmat, który dla niego przewidzieliśmy.
Chciałbym teraz opowiedzieć o eksperymencie, który udowadnia jak znaczący jest dobór synonimów. Psycholog Elizabeth Loftus zadawała kilku grupom badanych (osobom, które wcześniej widziały film przedstawiający wypadek samochodowy) pytania, które zawierały nieco inne określenia:
"Jak szybko jechały oba samochody, kiedy się rozbiły?"
"Jak szybko jechały oba samochody, kiedy się zderzyły?"
"Jak szybko jechały oba samochody, kiedy się zetkeły?"
I tak dalej. Wariacji było jeszcze kilka, a każde ze zdań charakteryzował inny czasownik, wykorzystany na końcu. Różnice w określeniach tego samego zdarzenia, spowodowały iż grupy badanych podczas oceniania prędkości pojazdów, podświadomie doszukiwały się zależności:
Osoby, które usłyszały czasownik "rozbić się", sądziły iż samochody jechały z prędkością ok. 80 km/h.
Osoby, które usłyszały nieco łagodniejsze określenie "zderzyły" - 55 km/h.
Osoby, które usłyszały określenie "zetkneły się" przypisały samochodom prędkość 51 km/h.
Loftus tłumaczy to w ten sposób, że poszczególne czasowniki aktywizowały różne wspomnienia, które wpływały na wydawane przez badanych oceny.
W związku z tym, warto pamiętać jaką rolę odgrywa różnicowanie określeń, które - na pierwszy rzut oka niema identyczne (możliwe jest ich zamienne stosowanie) - przywodzą na myśl odmienne obrazy, odgłosy, zapachy i emocje, tym samym określając kontekst dla wydawanych ocen.
Dobrym przykładem manipulacji poprzez różnicowanie określeń jest konstrukcja tytułów wiadomości o bardzo podobnym znaczeniu, jednak dotyczących różnych osób, które wykorzystał portal TVN24.pl oraz Gazeta Polska [to zestawienie nie jest dokonane przeze mnie - znalazłem je w sieci]:
Sikorski powiadomił prokuraturę o groźbach dla posła
Macierewicz doniósł na byłego ministra i szefa BOR
Palikot doniósł, sąd uniewinnił
Senator PiS zawiadamia prokuraturę
Ten i wiele podobnych niuansów posiada wartość, która jest nie do przecenienia. Manipulacje medialne to nie zawsze efektowne wybiegi - często ledwie dostrzegalne zmiany, które w naszej opinii zwykle posiadają status przypadkowych. Czasami jest to prawda - nie powinno się zapominać, że nie zawsze różnicowanie określeń wynika z niecnych planów. Zdarza się, że autorowi po prostu brakuje słów lub pewne powszechne skojarzenia nie są dla niego oczywiste. Bądź co bądź jest to skuteczne i łatwe w obsłudze narzędzie, które w mediach wykorzystane jest nagminne.
Analiza tekstu "Teorie spiskowe, czyli kto za tym wszystkim stoi" z serwisu "Na Temat"
2 tygodnie temu na polskim Huffington Post, jak określił serwis inicjator jego powstania - Tomasz Lis, pojawił się wpis pod tytułem: Teorie spiskowe, czyli kto za tym wszystkim stoi, opublikowany przez panią Olgę Święcicką. Jego ironiczny charakter zainteresował mnie na tyle, iż od razu krótko skomentowałem go na Facebooku, jednak jak się okazało, zbyt mocno utrwalił się w mojej pamięci. W związku z tym postaram się go przeanalizować:
„Kościół jest planowo atakowany przez różne środowiska libertyńskie, ateistyczne i masońskie” napisał w liście pasterskim na pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, metropolita przemyski, abp Józef Michalik. Masoni, Żydzi, templariusze, tak naprawdę to oni rządzą światem.
Czyżby czytanie w myślach? Oczywiście nie jest to napisane wprost, jednak sugestia jest wyraźna. Józef Michalik posiada właśnie taką mapę świata, a wypowiedziane przez Niego słowa to element tej samej halucynacji.
Wszyscy dobrze wiemy, że ataki nie są przypadkowe, a katastrofy zwykle zaplanowane.
Prawo konformizmu wykorzystane dzięki prześmiewczej intonacji. Powyższe słowa należy rozumieć jako: wszyscy wiemy, że tezy o nieprzypadkowych atakach oraz katastrofach, które były zwykle zaplanowane, są absurdalne. Każdy rozsądny człowiek o tym wie, więc nie próbuj nawet się nad tym zastanawiać. To oczywiste.
Oprócz tego wykorzystany został tzw. wielki kwantyfikator (definicja w kategorii Metamodel) "wszyscy". Wypadałoby zapytać - czyli kto właściwie?
Teorie spiskowe to pożywka dla mediów. My zrobiliśmy przegląd tych najbardziej inspirujących.
Jakie konotacje posiada słowo "inspirujące"? Pomysłowość, fantastyka, wyobraźnia, emocje. Nie jest bezpośrednio związane z rozsądkiem. Mamy tu do czynienia z kolejną krypto-sugestią, żeby żadnej z niżej podanych teorii nie traktować na poważnie. Wiemy to już na początku, zanim dotrzemy do treści właściwej.
Wiecznie żywi
„Elvis żyje”. To jasna sprawa. W trumnie leży jego brat bliźniak albo woskowa figura. Świadczy o tym chociażby fakt, że na jego nagrobku jest błąd w zapisie drugiego imienia gwiazdy. Nie jest to oczywiście przypadkowy błąd, tylko świadome zagranie. Wątpliwości budzi też fakt, że pogrzeb króla odbył się dzień po jego śmierci. Dlaczego rodzina tak bardzo się spieszyła i jak udało jej się przygotować 900-funtową, ręcznie rzeźbioną trumnę, w której został pochowany, w jeden dzień ? Domniemań jest tyle, ilu fanów.
W zasadzie każde z powyższych zdań pełni funkcję perswazyjną, podobną do tych, opisanych już na wstępie. Mamy do czynienia z wyborem teorii, wyselekcjonowaniem tych tez, które wydają się najbardziej nieprawdopodobne i z zakomunikowaniem, że to efekty pijanych widów czy zwidów szaleńców.
Zwrot "to sprawa jasna" sugeruje, że właśnie takimi argumentami zwolennicy podobnych koncepcji bronią swoich racji. Niestety, nie poznaliśmy innych.
"Świadczy o tym chociażby fakt, że na jego nagrobku jest błąd w zapisie drugiego imienia gwiazdy". Tutaj możemy dokładnie prześledzić, w jaki sposób A prowadzi do B. Jaką logiką posługują się osoby, które nie wierzą w śmierć Elvisa. Autorka była na tyle uprzejma, żeby nam to zaprezentować.
Docenić warto za to słowo "domniemań", które zostało wykorzystane na końcu.
W końcu miejskie legendy o czyjejś rzekomej śmierci to nasze ulubione teorie spiskowe.
Pierwszy raz pojawił się zwrot "teoria spiskowa". Niestety nie zostało wyjaśnione, czym ona dokładnie jest. To oznacza, że Autorka postuluje znaczenie najbardziej uniwersalne i najbardziej ubogie w treść - to, które jest wykorzystywane w mediach.
Uwielbiamy snuć historie o wiecznie żywych idolach, którzy tak jak Hitler odnajdują się w Ameryce Południowej, albo jak Witkacy – w Krakowie. Nie tylko popkultura żywi się zmartwychwstaniami, w polityce są równie popularne. Wystarczy wspomnieć sobowtóra Borysa Jelcyna, który rządził Rosją, czy Kim Dzong Ila, który, jak wszyscy dobrze wiemy, zmarł dobrych parę lat temu. Państwem rządził w tym czasie jego brat bliźniak. O takie zamiany podejrzewano również niektórych polityków w Polsce.
Skoro uwielbiamy, zapewne jest to irracjonalne - widze tu takie założenie. Wypada tylko spytać - w jaki sposób A prowadzi do B?
Grupy trzymające władze
To chyba jedna z najstarszych teorii. W końcu ktoś musi pociągać za sznurki.
Kolejna sugestia, iż posiadamy skłonności do fantazjowania i tłumaczenia sobie stanów rzeczy w ten lub inny sposób. Jakkolwiek jest to prawda, tak zastanawiające jest to, w jaki sposób Autorka wydedykowała absurdalność tych teorii? Skoro ludzie nie mają bezpośredniego dostępu do interesujących ich informacji, w związku z czym na podstawie zbiorowych doświadczeń, wiedzy, obserwacji i domysłów tworzą hipotezy, to oznacza, że żadna z tych hipotez nie jest prawdziwa? Ok.
Kto? Najprawdopodobniej jakaś super tajna i super potężna organizacja. Miłośnicy średniowiecznych klimatów wyobrażają sobie w tej roli templariuszy. Tajny zakon został skazany na unicestwienie przez Klemensa V, nikt chyba jednak nie wierzy w to, że tak łatwo można zniszczyć taką potęgę.
Warto zwrócić uwagę na dwa wykorzystane słowa: kolejno "wyobrażają" oraz "wierzy". Autorka czyta w myślach, dlatego wie, że za takimi założeniami nie kryje się żadna wiedza, nie stoi za nimi żaden argument. Są tylko wyobrażenia i wierzenia.
Oprócz tego znów pojawia się ironicznie wykorzystany wielki kwantyfikator w zdaniu - "chyba nikt nie wierzy".
Zakon krzyżowy przetrwał i teraz mści się na świecie. Oni albo masoni.
Subtelna sugestia, iż zwolennicy takich teorii nie mają zbyt szerokich horyzontów. Są zdecydowanie ograniczeni.
Tajemnicza loża gromadząca elity intelektualne na pewno jest bardzo wpływowa.
Autorka komunikuje nam poprzez wykorzystanie słowa "tajemnicza", iż analizowane przez nią teorie posiadają specyficzną narrację, która pobudza naszą wyobraźnie.
Tym bardziej, że nie wiadomo, kto do niej należy i po co. Emocji dostarczają też fałszywe tożsamości. W Polsce, jak wiemy, wszystkiemu winni są Żydzi. To oni rządzą światem. Siatka żydowskich wpływów sięga od Ameryki po Rosję. Niektórzy z nich należą do tajnych służb.
Oczywiście, wszyscy wiemy, że to nie prawda (w domyśle). Inni są za to bardzo pobudzeni emocjonalnie, zaś ich wyćwiczona wyobraźnia, o której była już mowa, robi całą resztę.
Choćby taki towarzysz Bolek – może i Żydem nie jest, ale z KGB na pewno współpracował! Nie ma co się łudzić, po 1989 roku Polską rządzi układ. Wystarczy posłuchać profesora Zybertowicza, żeby uwierzyć.
Autorka nie podaje nam argumentów, nie informuje o dowodach w tej sprawie, niejasnościach, o procesach sądowych. Daje jedynie do zrozumienia, iż jeśli coś ma wydzwięk oskarżycielski, należy postrzegać to w kategoriach "teorii spiskowych", sięgając tym samym po etykietę niedorzeczności.
Zaplanowane ataki
O Smoleńsku lepiej nie rozmawiać, drażliwa sprawa, ale już taki atak na WTC 11 września nie powinien budzić wątpliwości. O, naiwni! Myśleliście, że był to atak terrorystyczny? Otóż nie.
Podpowiedź, iż tego typu teorie głoszą fanatycy, którzy innych uważają za naiwnych.
Wszystko zostało ukartowane i zaplanowane po to, żeby znaleźć uzasadnienie dla napaści militarnej na Irak i Afganistan, a w dalszej przyszłości też na Iran. W ogóle najprawdopodobniej nie był to atak. Wieże zostały wysadzone. Ofiary? Ktoś musi cierpieć dla dobra ludzkości.
Oczywiście światowy porządek jest dla Autorki krystalicznie przejrzysty. Jeśli coś wydaje się nieprawdpodobne, nie może być prawdą - zdaje się zakładać. Pomyśleć, że to ona zarzuca innym ograniczenie.
Amerykanie kochają teorie spiskowe, w końcu duży kraj dostarcza wielu wrażeń. Przed WTC ekscytowali się zabójstwem Kennedy'ego. Kto za nim stał? Na pewno nie oskarżony o to Lee Harvey Oswald, który zginął zastrzelony kilka dni po zatrzymaniu. Komuś musiało zależeć na tym, żeby nie złożył zeznań. On wiedział coś, czego my nigdy się nie dowiemy.
Bo "teorie spiskowe" związane są wyłącznie z emocjami.
Ekologiczne bajery
Ile razy w tym roku słyszeliście o globalnym ociepleniu? Miliard. A czy ktoś z was zastanowił się, co to w ogóle jest? Siła perswazji ekologicznego lobby jest tak wielka, że trudno nam zaakceptować, że ocieplenie mogłoby być mitem. To przecież niemożliwe, by eksperci kłamali. Niemożliwe? Oczywiście, że możliwe i prawdziwe.
Pani Olga próbuje w subtelny sposób wykorzystać prawo autorytetu.
Sugeruje: ktoś, kto odznacza się zdroworozsądkowym podejściem do życia, oczywiście zdaje sobie sprawę, że eksperci zawsze mówią prawdę, a ich medialny dobór sprzyja obiektywności. Tymczasem okazuje się, że są ludzie, którzy potrafią temu zaprzeczyć! Phi, szaleńcy.
Osobiście proponuje Autorce zapoznać się z większą ilością specjalistycznych opinii. Poza tym warto też byłoby pamiętać o słowach filozofa Bertranda Russela, iż zawsze można znaleźć autorytet przeciwny.
Istnieje teoria, według której globalne ocieplenie zostało wymyślone na potrzeby mediów. Naukowcy pobierają granty na badanie tego zjawiska, a pieniądze wydają na dziwki i koks.
Skąd się wzieła ta teoria? Zachęcam czytelników bloga do prześledzenia jej losów. Może któryś z Was dostrzeże w niej przyczynę, która spowodowała decyzję, o nie odwoływaniu się do owych faktów w tekście z portalu Tomasza Lisa?
Na koniec dowiadujemy się, że takich teorii nie powinniśmy postrzegać tylko w wymiarze fantazji. Powinny nas śmieszyć.
Po zakończeniu zimnej wojny zachodnim mediom brakowało tematów, więc grupy trzymające władze wymyśliły katastrofy ekologiczne. Ludzkość się przestraszyła i dzięki temu można ją kontrolować.
Chciałbym mieć nadzieje, iż ostatnie zdanie nie ma ironicznego charakteru, a Autorka, która pisze na temat "teorii spiskowych", zadała sobie trud, aby przejrzeć różne, postulowane od dawien dawna, nawet oficjalnie, sposoby zarządzania społeczeństwami. Niestety intuicja podpowiada mi, że owa nadzieja jest bardzo złudna.
Chociażby rozpylając rakotwórcze substancje z samolotów. Tak, są ludzie na tej ziemi, którzy wierzą, że smugi tworzące się za samolotami to trujące opary.
Idioci. Przecież to nieprawdpodobne. Jeśli coś przekracza granice mojej wyobraźni (tj. wyobraźni pani Olgi), nie jest przecież możliwe.
W zasadzie dobrze się składa, że Autorka na koniec ponownie zademonstrowała logikę, którą kierowała się podczas przemyśleń. Mamy tu też do czynienia z umiejętnie wykorzystanym słowem "wiara".
W ich świecie wirus HIV powstał podczas manipulacji genetycznych w laboratorium Światowej Organizacji Zdrowia w 1974 roku i celowo rozsiany po Afryce. Badacze chcieli zobaczyć, jak rozszerza się epidemia. Nauka świetnie nadaje się do knucia.
Wreszcie dowiadujemy się, iż pojęcie "teorii spiskowej" ma coś wspólnego z celowym zaangażowaniem osób trzecich - patrz słowo "knucia". Mam tylko wrażenie, że całkiem przypadkowo.
Zostaje nam również zasygnalizowane, iż ich zwolennicy żyją w innym świecie. Skąd taka opinia? Nie wiadomo.
Urocze absurdy
To moja ulubiona i najbardziej pojemna kategoria. Mieszczą się w niej wszystkie teorie, które nie mieszczą się w głowie.
W przypadku Autorki musi ich być bardzo dużo.
Proszę wybaczyć złośliwość, ale tekst pani Święcickiej w całości przypomina paszkwil wymierzony w każdego, kto nie podziela Jej poglądów. W związku z tym odrobina arogancji wydaje mi się usprawiedliwiona.
Chociażby ta o nazistach ukrywających się na biegunie południowym czy o UFO. Równie ciekawe są spekulacje dotyczące lądowania na Księżycu. No bo jak to, flaga łopocze na zdjęciu, a przecież wiatru w kosmosie nie ma! A gwiazdy? Jakim cudem nie załapały się na fotografię? Pewnie dlatego, że wszystkie zdjęcia i filmy z tego "historycznego wydarzenia" zostały zaaranżowane w amerykańskim studiu filmowym.
Równie ciekawe są teorie o nazistach na biegunie południowym oraz te, postulujące jakoby żaden człowiek nigdy nie wylądował na księżycu? Czy Ty też, Czytelniku, stawiasz je na tej samej półce?
Teorie można snuć w nieskończoność. Jedne są mniej prawdopodobne, inne pozostawiają w nas cień wątpliwości. Ja, prywatnie, mam kilka swoich małych teoryjek. Chociażby tę, że wszystkie przedmioty są tak zaprojektowane, żeby psuły się po 5 latach. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że znów zepsuł mi się komputer?
Na koniec Autorka próbuje subtelnie zasugerować, że zależy Jej na obiektywności, że wcale nie dyskredytuje wszystkiego a priori. Cóż z tego, skoro cały tekst to jedna wielka kpina?
Oprócz tego wielkie dzięki za kolejną, już finalną, ironiczną demonstrację swoistej logiki. Za jej pomocą Autorka odcina się od poprzedniego zdania, informując iż pełniło ono funkcję wyłącznie proceduralną.
Korzystając z możliwości, przybliżę dzisiaj nieco pojęcie emfazy, które poza swoim znaczeniem uniwersalnym, posiada jeszcze jedno, nieco zbliżone, jednak o charakterze medialnym i dziennikarskim.
W wymiarze ogólnym jest to [za Wikpedią]:
Podkreślenie, wzmocnienie myśli, nadanie wypowiedzi podniosłego zabarwienia poprzez dobór silnie nacechowanych słów, a także – w mowie – poprzez intonację, mimikę i gesty, lub – w tekstach kultury - przesadne podkreślenie fragmentu wypowiedzi (zdania, wyrażenia, wyrazu lub sylaby) poprzez położenie na nich mocnego emocjonalnego akcentu.
W wymiarze medialnym to nacisk [patrz z języka angielskiego: emphasis - nacisk], jaki dziennikarze kładą na konkretne kwestie - gdzie o nich piszą, jak dużo, jak często. Mówiąc prościej, jeśli w tej chwili na drabince newsów serwisu Onet.pl informacja o Iranie znajduje się wyżej niż news o Smoleńsku - ktoś musiał o tym zadecydować. Zadecyduje też jak często będzie warto jedną i drugą wiadomość powtarzać oraz czy opłaca się zlecić któremuś ze współpracowników zaangażowanie się w opracownaie dłuższego tekstu.
Rozpoczynając wpis, wspomniałem o zaistniałej możliwości. Uchylając rąbka tajemnicy, miałem na myśli sytuację związaną ze słynną Magdą z Sosnowca. Dziewczynka zagineła 24 stycznia i od tamtej pory byliśmy świadkami prawdziwej medialnej histerii. Jeśli chodzi o Internet, wyszukiwanie ogólne hasła Magda z Sosnowca generuje w tej chwili około 14,600,000 wyników. Co jest na rzeczy, skoro w naszym kraju codziennie znika 11 dzieci? Według mnie w tego typu sytuacjach najlepiej jest zwrócić swą uwagę na motywy. Odpowiedzieć sobie na kilka istotnych pytań:
Co działo się wówczas, kiedy rozpoczęto informować o Magdzie?
W co byłoby zaangażowane społeczeństwo, gdyby nie w to?
Czy odwrócenie uwagii opinii publicznej mogło komuś służyć?
W jaki sposób ktoś mógł na tym skorzystać?
Jest to najprostszy sposób na rozszerzenie perspektywy swojego postrzegania, od którego polecam zacząć - nie w tym, ale w każdym niejasnym przypadku. Ja zgodnie ze swoimi założeniami na niniejsze pytania nie zamierzam udzialać odpowiedzi. Jeśli opisywana kwestia wydaje Ci się interesująca, proszę - zastanów się nad tym sam.
Przypomnę teraz o kilku innych istotych wydarzeniach, z którymi mieliśmy do czynienia równocześnie ze sprawą Magdy.
Reforma emerytalna - Około 999,000 wyników
Nowelizacja ustawy o NIK - Około 94,200 wyników
Podpisanie ACTA - Około 7,340,000 wyników
Afera solna - Około 6,240,000 wyników
Katastrofa kolejowa w Szczekocinach - Około 5,200,000 wyników
Śmierć Wisławy Szymborskiej - Około 5,230,000 wyników
Koncesja dla TV Trwam - Około 330,000 wyników
Podpisanie europejskiego paktu fiskalnego - Około 58,300 wyników
Oczywiście mógłby się tu pojawić zarzut, że wyszukiwałem w całej sieci, bez ograniczania się do serwisów informacyjnych, nagłówków i leadów, w związku z czym w wyniki wliczone zostały wszelkie posty zwykłych użytkowników, którzy niewiele mają wspólnego z mediami. Zdaje sobie z tego sprawę, jednak warto wziąć pod uwagę, że owe wpisy nie pojawiałby się, gdyby nie medialna histeria, która stanowiła zaczyn oraz katalizator. Oczywiście dużo chętniej skorzystałbym z dokładnych danych, rozgraniczających niuansy takie jak ten. Niestety nie posiadam w chwili obecnej takiej możliwości. Jeśli wiesz w jaki sposób mógłbym dokładniej prześledzić statystyki, proszę o informację.
Bądź co bądź, czy Twoim zdaniem, Czytelniku, taki porządek emfazy jest uzasadniony?