W black friday ludzi ogarnia jakiś pierdolec. Niektórych ludzi.
Odebrałem Sajmona z przedszkola. Wizyta w biedronce. W chuj ludzi bo czarny piątek. W biedronce kuźwa. Przed nami w kolejce do kas dwie osoby. Facet podchodzi z torbą bo ma tylko płatki. Pyta czy może przed nami. Może. Czemu nie. Baba przy kasie w tym czasie usiłuje ustalić jaką jest promocja na pasztety. Nie zgadza jej się cena. Kasują. Wbijąją od nowa. Znowu źle. Kasjerka kończy rachunek bez pasztetów. Wbija 4 pasztety na nowy rachunek! Jest! Zgadza się! Sukces! Wbija 8! Nie zgadza się. No to widocznie promocja ogarniczona do 4 sztuk na osobę.
Następna pani robi zakupy bez problemu. Wychodzi. Po minucie wraca. "Od jakiej ceny naliczył się ten rabat?" Próbują wspólnie z kasjerką ustalić czego dotyczy każde odliczenie na paragonie. W końcu baba odchodzi z niepewną miną czy cokolwiek zrozumiała. Już tylko gość z płatkami przed nami.
Pani kasuje płatki i mówi 18zł. "Chyba 15?" - niedowieża klient. No nie. Trzy paczki po 6zł to 18zł. No on nie po to tu przyjechał. Przyjechał na promocję specjalnie po płatki w obniżonej cenie. Wziął z półki wszystkie jakie tam zostały - 3 paczki. Jak wół było napisane "Promocja płatki hopek". Kasjerka wstaje i idzie z klientem między regały ustalać skąd on je wziął i co tam jest napisane. Sajmon kopie z nudów wózek. Ja wykonuję słowiański przykuc trzymając się wózka. To około 40 minut jak stoimy w kolejce. Po jakimś czasie wracają. Promocja była na płatki hopek a gość wziął choek. "Hopek, hoek..." - mruczy pod nosem. "To tylko jedna litera różnicy. To po ile te płatki? 6 zł? Nie biorę! Tylko po to tu przyjechałem!"
Boże uchowaj mnie przed łowcami promocji.














