We buy things to make us happy, and we succeed. But only for a while. New things are exciting to us at first, but then we adapt to them.
Dr. Thomas Gilovich

gracie abrams

@theartofmadeline

roma★
official daine visual archive
Monterey Bay Aquarium
almost home

bliss lane
Cookie Run:Kingdom Official!

Kiana Khansmith

izzy's playlists!

Andulka
Doug Jones
cherry valley forever
Sade Olutola

titsay
Lint Roller? I Barely Know Her
2025 on Tumblr: Trends That Defined the Year

if i look back, i am lost
RMH
Not today Justin

seen from Germany
seen from United States

seen from Malaysia

seen from Malaysia
seen from Chile
seen from United States
seen from Canada

seen from Malaysia

seen from Brazil
seen from Venezuela
seen from Bangladesh

seen from United States

seen from Kazakhstan
seen from United States
seen from Türkiye
seen from Vietnam

seen from United States

seen from United States
seen from China

seen from United Kingdom
@nicztychrzeczy
We buy things to make us happy, and we succeed. But only for a while. New things are exciting to us at first, but then we adapt to them.
Dr. Thomas Gilovich
2. chwila
Zobaczyłam tą przepiękną maszynę do pisania należącą do Bartosza. O ile moja jest taka delikatniejsza, bardziej poetycka i kobieca, ta w swoim minimalizmie, czystości i spójności formy, konkretnej i zdecydowanej budowie, doborze kolorów, ma w sobie ten pierwiastek czyniący ją bardziej ‘męską’. Coś co cieszy oczy jest miłą chwilą.
(...) niekiedy ulegamy złudzeniom. Na przykład wiosło zanurzone do połowy w wodzie wydaje się nam złamane. O tym, że staliśmy się ofiarą złudzenia, dowiadujemy się dopiero później. Toteż każde teraźniejsze postrzeżenie może w przyszłości okazać się złudzeniem. (...) We śnie niekiedy wydaje mi się, że jestem na jawie. Dopiero po przebudzeniu okazuje się, że śniłem. Zatem nigdy nie mogę wiedzieć, że obecnie nie śnię. Na tej samej zasadzie nigdy nie mogę wiedzieć, czy moje teraźniejsze postrzeżenia nie są halucynacją.
Psychologia podręcznik akademicki t.1; red. J. Strelau, D. Doliński
1. chwila
Wiele razy słyszałam o tym, że należy cieszyć się małymi rzeczami. Trochę wytarty już frazes. Chociaż jak rozumiem to raczej tylko takie określenie, bo nie wszystko co cieszy jest rzeczą, a może być chwilą i nie musi być małe, a po prostu zdawałoby się nieistotne, niemal zupełnie codzienne. Czyli systematyzując - należy cieszyć się chwilą pozornie zwyczajną. Zatrzymać się, oprzytomnieć, wziąć głęboki oddech, spojrzeć w oczy, uśmiechnąć się, być tu i teraz. Nie jest to proste dla przeciętnego konsumpcjonistycznego hedonisty, ale jest nadzieja. Wierzę, że można się tego nauczyć i zachęcam do praktykowania, do czego sama zresztą przystępuję. Myślę, że poza znaczeniem takim żeby przez to życie po prostu nie przegnać jak krótkodystansowiec, a gdzieś je w czasie rozciągnąć, przy okazji przygotowując się do przyjęcia momentów bardziej podniosłych. Jak będziemy w stanie odpowiednio je docenić nie potrafiąc uprzednio pochylić się nad tą ulotnością codzienności? Co najciekawsze to kosztuje nas koncentrację, skupienie i otwarty umysł. Waluta, której nie dotyczą granice.
Za mój pierwszy wyjątkowy moment chcę przyjąć uczucie po zjedzeniu przepysznej jajecznicy z jaj od szczęśliwych kur z dodatkiem koziego sera zajadanej z domowego wypieku chlebem. Do tego dodaję smak kawy z idealnie spienionym mlekiem. Wszystko to podane (po czekaniu, umiarkowanym zmarznięciu, a następnie wczesnej i średnio długiej podróży), przez wyjątkową dla mnie Osobę.
Pierwszy Dzień Grudnia
Dwunasty miesiąc roku w Stolicy przywitał nas jak nań przystało, jak byśmy tego właśnie po grudniu się spodziewali - śniegiem. Mając przyjemność czekać na autobus...choć właściwym byłoby zauważyć raczej, że nie sama czynność czekania na ten spóźniony 20 minut środek lokomocji wywoływała miłe uczucie, a wyobrażenie co czeka mnie po opuszczeniu go już poza Warszawą. W każdym bądź razie, stojąc naubierana - okazuje się - nigdy za ciepło, zawsze niewystarczająco, przypomniałam sobie czasy, w których oznaką dorosłości w taką pogodę było niezałożenie rajstop pod spodnie do szkoły. Mały człowiek, w małych upchanych dodatkową częścią garderoby spodniach, z zazdrością patrzył na te koleżanki, które już nie muszą… Na dworze co prawda było w nogi ciepło, ale i kolano ciężej się zginało, na wfie jakby trochę wstyd i więcej zachodu z przebieraniem. A dzisiaj kiedy tylko mocniej powiało miałam ochotę powiedzieć do tamtej mnie:
- Wiesz co mała Marto… - Nie jestem mała. - Nie dość że do siebie mówię to jeszcze pyskata! No nic niewiele się zmienisz. -... - Whatever. Słuchaj jak nie chcesz tych rajstop to ja je wezmę. - A będę bogata i sławna w Twoim wieku? Będę miała dzieci z mężem Anglikiem pięknym jak Hugh Grant?…
Pssst żegnaj wizjo.
Zdjęcie robione rano na przystanku dla lepszego wyobrażenia.
Wszyscy ludzie, którzy do czegoś pozytywnego doszli, wolni byli od kultu dla teorii. Teoria w życiu to klosz, zasłaniający pole obserwacyjne, to kierat, w który włażą naiwni. Życie nie znosi żadnych form sztywnych, wymaga giętkości i umiejętności przystosowania się do środowiska, szybkiego i na wskroś praktycznego oceniania warunków, sporadycznie, indywidualnie, doraźnie.
Bracia Dalcz i S-ka, Tadeusz Dołęga - Mostowicz
Zabawa we wspomnienie
Ci, którzy cokolwiek mnie znają wiedzą jak lubię spacerować, czasem nawet zdarza im się tego doświadczyć i nie zawsze jest to przykre. Nieliczni natomiast orientują się w moim zamiłowaniu do Warszawy, zwłaszcza tej dawnej, którą uważam za niebywale romantyczną. Mam tu na myśli wiek XIX/XX do wybuchu II Wojny Światowej.
Może niejako z egocentryzmu, twórczej nudy, rozmarzenia, egzaltowania i potrzeby pisania postanowiłam urządzić sobie zabawę literacką. Przy tym po raz kolejny odnosząc się do książki, w trakcie której aktualnie się znajduję. Cytowałam ją w poprzednim wpisie przytaczając fragment dotyczący uczucia między dziadkami autorki. Mowa tu o W ogrodzie pamięci Joanny Olczak – Ronikier. Mojego zachwytu nad tą pozycją nie da się ukryć. Znajduję w niej to za czym szczególnie przepadam – obraz zmieniającej się Warszawy i ukazane na jego tle losy niezwykle interesującej rodziny.
Cała rzecz polega na tym, że poniżej przedstawię krótkie opisy z dzieciństwa jednej z głównych bohaterek – babci autorki, a zaraz pod nimi sklecę parę zdań z mojego jednowieczorowego wspomnienia dotyczącego tego obszaru miasta. Wybrałam to jak do tej pory najsilniejsze, załączone zdjęcie jest dokładnie widokiem, który wówczas zobaczyłam.
Zatem do dzieła.
Fragmenty książki:
„Źródłem bezustannego zachwytu i uciechy był ogród mieszczący się na tyłach kamienicy przy ulicy Królewskiej, do końca życia wspominany przez babkę jako raj jej dzieciństwa. (…) W parterowym mieszkaniu oficyny, w oknie wychodzącym na ów raj stał często starzec z siwą brodą i przyglądał się bawiącym dzieciom. Był to Chaim Zelig Słonimski, dziadek poety – Antoniego Słonimskiego.
Kamienica przy ulicy Królewskiej mieściła się w okolicy Ogrodu Saskiego. Dzieci chodziły tam często na poobiednie spacery. W alei „Owocowej” był kiosk, w którym sprzedawano cukierki i lemoniadę. W alei „Literackiej” – studnia, z której podopieczne Towarzystwa Dobroczynności czerpały najsmaczniejszą wodę na świecie i sprzedawały ją za grosze spragnionym. W alei „Głównej” szumiał gąszcz olbrzymich kasztanów i sypał się na głowy puch z kwitnących drzew. (…) Po alejkach biegały elegancko ubrane dziewczynki z piłką lub skakanką, pilnowane przez francuskie bony. (…) W latach szkolnych Ogród Saski przemierzany był dwa razy dziennie (…) wychodziło się na ulicę Niecałą i szło dalej przez Plac Teatralny, gdzie starsze siostry trzymały mocno za ręce młodsze i rozglądały się uważnie przechodząc przez jezdnię, żeby nie wpaść pod wóz albo dorożkę.
(…) Na rogu Senatorskiej i Miodowej stała ogromna stara budowla – Pałac J. Sołtyka – dawna siedziba biskupów krakowskich. Nowy właściciel wynajmował tam mieszkania niezliczonej liczbie lokatorów. Od ulicy Senatorskiej na parterze, znajdowały się najelegantsze sklepy w mieście: skład szkła i porcelany Izdebskiego, konfekcja damska Thonnesa, zakład zegarmistrzowski Lilpopa. Można było godzinami wpatrywać się w okna wystawowe magazynów, ale panny Horwitzówny nie przystawały przed nimi w obawie, że spóźnią się na lekcje.”
Ja jako bohaterka własnego wspomnienia:
Dziewiąty miesiąc roku rozpoczął się już na całego nieodłącznie przywodząc dłuższe noce i chłodniejsze wiatry. Nie potrafiłam zrozumieć jako osoba wyjątkowo ceniąca sobie ciepło, dlaczego pojawiłam się na świecie w okresie nie pozostawiającym złudzeń co do spadkowej tendencji na podziałce termometru. Ostatecznie znalazłam uzasadnienie – właśnie wtedy najprzyjemniej przebywa się pod kołdrą czy przed kominkiem, czyta książki i sączy rozmaite rodzaje herbat i ziół, a bliska mi melancholia staje się zjawiskiem powszechnym.
Tramwaj 15, starego typu – zimą lodówka, latem sauna, właśnie zatrzymywał się przy najpopularniejszym z przystanków - Centrum, kiedy dostałam wiadomość, że spotkamy się dopiero za około godzinę przy, nie aż tyle czasu drogi odległym, Placu Bankowym. (…) Przystanek Królewska, z jednej strony otoczony hałaśliwą Marszałkowską, z drugiej Parkiem Saskim. Oczywistym było, który kierunek obiorę. Zanurzyłam się w drzewa, piaszczyste alejki, mijałam pomniki, ławeczki, wyprowadzających psy, bądź innych ludzi, na spacer. Szczęśliwa odetchnęłam, choć serce i myśli pędziły niecierpliwie ku umówionej godzinie. Ściemniło się, trasa która pozwoliłaby mi niebarbarzyńsko zabić czas układała się samoistnie w głowie. Uwielbiam tą okolicę. (…) Przechodząc obok fontanny przypomniało mi się jak w Dniu Dziecka, roku niepamiętnego, dostałam w prezencie od rodziców pluszowego jelonka Bambi. Zakupu dokonano w Domu Handlowym Smyk mieszczącym się przy Alejach Jerozolimskich. W tamtym okresie opuszczenie tego przybytku bez reklamówki z ich logo poczytywałam w swojej małej główce za zbrodnię niebywałą. (…) Zawsze wzruszała mnie scena w której tracił mamusię, ale teraz ja mogłam się nim zaopiekować. W nogach miał druciki, które pozwalały na przybieranie dowolnej pozy pod warunkiem, że było to stanie, siedzenie bądź leżenie. W albumie mam fotografię dokładnie przed fontanną. To był gorący dzień. W przeciwieństwie do tego. Pomimo przeżytych już parudziesięciu jesieni, bo w te ramy da się wpisać wiek lat dwudziestu dwóch a ja lubię tak na wyrost, do tej pory nie potrafię ubrać się adekwatnie do pogody. Wiedza tajemna. (…) Przechadzając się po płytach Placu Marszałka Józefa Piłsudskiego zażyczyłam sobie spojrzeć z dalszej perspektywy na Grób Nieznanego Żołnierza stojąc mniej więcej pod krzyżem. Mój wzrok przykuły światła stolicy nad którą zawsze bije łuna. Uwielbiam Warszawę. Po zrobieniu zdjęcia mogłam ruszyć dalej. Na ulicy Wierzbowej, pustej o tej porze, jest jedno z nielicznych przejść dla pieszych, które pokonuję łamiąc przepisy. (…) Plac Teatralny! Miejsce wielkich manifestacji patriotycznych, niezmiennie na ułamek sekundy wstrzymuję oddech przed jego monumentalizmem. Jest jeden warunek pozwalający podziwiać go bez psucia sobie wizji, nie wolno spojrzeć w stronę ulicy Jana Moliera, czyli na prawo zakładając, że idzie się od strony Wierzbowej. (…) Senatorska wita mnie niższymi, marniejszymi zabudowaniami. Po drodze mijam Waff’love niechętnie rezygnując ze smaku podawanych tam cynamonowych wafli belgijskich z konfiturą śliwkową polanych białą czekoladą. Dalej jest Bejrut z wegańskimi falafelami…
I na tym pozwolę sobie przerwać. Wyobraźnia podsuwa mi pewną scenę rozgrywającą się w dalekiej, choć tak naprawdę o wiele bliższej niż nam się wydaje, przyszłości. Stara, siwa, ale z gęstymi włosami i piękną jak na swój wiek cerą, wciąż pełna energii (dzięki jodze i odpowiedniej diecie, którą kiedyś zacznę) opowiadam wnukom o młodości i pada zdanie: „A na Senatorską moi drodzy to chodziliśmy z waszym dziadkiem na wegańskie falafele.” Nie jest mi z tym wyjątkowo wygodnie.
Krótki fragment o miłości
Na zdjęciu: Janina i Jakub Mortkowiczowie, 1901 rok
Jestem w trakcie lektury “W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak - Ronikier i dogłębnie urzekł mnie jeden z opisów uczucia dziadków autorki. Tak proste i oczywiste. Poniżej.
“Jeśli istotnie w gwiazdach zapisany jest plan naszego istnienia i szczęście polega na tym, by ów plan odczytać i zrealizować, to moi dziadkowie z niezwykłą intuicją i pewnością wywiązywali się z tego zadania. Patrząc na ich losy z odległej perspektywy, widzi się wyraźnie, że bardzo starannie przygotowywali się do wspólnej drogi życiowej. Specyfika wydawnictwa Mortkowicza wynikła z ich niezależnych od siebie, młodzieńczych pasji. Nie wiedząc nawzajem o swoim istnieniu, chodzili tymi samymi szlakami, zwiedzali te same muzea, fascynowali się tym samym malarstwem, przywozili do domu te same albumy z reprodukcjami. (...) Marzenia łączące młodą parę mogły potem zagubić się w codzienności, która na ogół skłania do rezygnacji z młodzieńczych ideałów i zmusza do kompromisów. A oni oboje ze wzruszającą stałością dochowali wiary swoim przekonaniom, że życie powinno być podporządkowane wartościom wyższym niż materialne i służyć interesom ogółu. Jedynym luksusem, na jaki sobie pozwalali, były zagraniczne podróże.”
Ciastko owsiane ze śliwką (vegan, no sugar)
Skład:
wszystkiego około
* 200 g płatków owsianych * 4 banany rozgniecione na papkę * 3 łyżki: oleju kokosowego, sezamu, wiórków kokosowych, nerkowców rozdrobnionych, pestek dyni * 2 łyżki chia * 1 łyżka siemienia lnianego * garść pokrojonej suszonej moreli * 6 małych śliwek pokrojonych w plasterki
Wszystko poza śliwkami dokładnie zmieszać w misce i wyłożyć na blasze. Plasterki śliwek ułożyć na wierzchu. Piec w 180 - 200 st 30 min.
Słuchać przy tym Shostakovicha.
Batat (wilec ziemniaczany, patat, słodki ziemniak)
Uwielbiam bataty!, to mój sposób na szybki obiad/przekąskę/dodatek. Przepis znajdziecie w drugiej części wpisu. :)
Czego na jego temat można dowiedzieć się z książki Odżywianie dla zdrowia P. Pitchforda:
wzmacnia śledzionę - trzustkę
zwiększa produkcję pokarmu u matek karmiących
usuwa z organizmu toksyny
stosowany w leczeniu wychudzenia i biegunki
bardzo bogaty w witaminę A, ma dobroczynne działanie przy kurzej ślepocie
ułatwia wydalanie w przypadku gdy dziecko połknie jakiś metalowy przedmiot np. monetę, duża ilość oblepia go
jedzenie zbyt dużej ilości może spowodować problemy trawienne, wzdęcia i osłabienie
Mój sposób na batata:
Obieram batata i kroję go na frytki lub w plasterki.
Piekarnik rozgrzewam do 180 - 200 stopni.
Układam na blasze i polewam 3 - 4 łyżkami oliwy z oliwek, doprawiam: solą, pieprzem, majerankiem/bazylią/ziołami prowansalskimi, papryką, czosnkiem granulowanym.
Opcjonalnie: w rogach blachy układam przekrojone w połowie ząbki czosnku dla aromatu.
Piekę 20 - 25 minut. (najlepiej zaglądać :) )
Życzę smacznego i zapraszam do polubienia strony na FB.
Orzech laskowy
Paul Pitchford zalicza orzechy laskowe wraz z orzechami nerkowca, brazylijskimi i pekan, do grupy orzechów, których specyficzne właściwości lecznicze nie są do końca zdefiniowane. Wspomina też, że ich główna cecha to duża zawartość białka i tłuszczu. Według niego, orzechy ogółem, zawierają niezbędne kwasy tłuszczowe i witaminę E, które odgrywają decydującą rolę w funkcjonowaniu wątroby i wpływają na związane z nią emocje - złość, depresję i irytację.
Informacje jakie udało mi się znaleźć w Internecie na ich temat to:
wysoka kaloryczność 88 kcal (z czego 77 kcal z tłuszczu) na 14g czyli około 10 orzechów,
zawierają flawonoidy, które mogą wspierać zdrowie mózgu, poprawiać krążenie, zmniejszać objawy związane z alergią,
są źródłem białka, witaminy E, kwasu foliowego, witaminy z grupy B (ryboflawinę, niacynę, tiaminę, kwas pantotenowy, pirydoksyny) i argininy,
są bogate w jednonienasycone kwasy tłuszczowe, takie jak kwas oleinowy, oraz niezbędne kwasy tłuszczowe jak kwas linolowy,
pomagają obniżyć poziom złego cholesterolu i podnieść poziom dobrego cholesterolu,
są bogate w błonnik,
pomagają chronić przed nowotworami [szczerze? nie wiem czy cokolwiek jest teraz w stanie],
są źródłem takich składników mineralnych jak mangan, potas, wapń, miedź, żelazo, magnez,cynk i selen [ciekawą konstrukcję można z tego stworzyć, jeszcze trochę piasku i wody...].
źródło:
Paul Pitchford, Odżywianie dla zdrowia
http://www.nutrition-and-you.com/hazelnuts.html
http://www.healthdiaries.com/eatthis/8-health-benefits-of-hazelnuts.html
Miałam zalegające w szafce orzechy laskowe, których użycie, o czym właśnie przeczytałam, było błędem. A to dlatego, że orzechy obrane jełczeją, do tego jeszcze w plastikowym opakowaniu, to w ogóle karygodne. O tym szerzej innym razem. Generalnie zmierzałam do tego, żeby napisać, że zrobiłam mleko z orzechów laskowych i nie myślałam, że to takie proste i przyjemne.
Mleko z orzechów laskowych
Przepis:
Odłożyłam nieobrane orzechy na noc (ok. 3 garstki) do słoika, zalałam je wodą i zamknęłam.
Rano opłukałam i przełożyłam do blendera.
Następnie tak do ok. 1l na miarce blendera ponownie zalałam je wodą tylko teraz filtrowaną i dokładnie zblendowałam.
Zawartość blendera należy przelać przez drobne sitko lub gazę (męczyłam się z zaparzaczką do herbaty, bo nie miałam nic innego pod ręką, nie polecam ;)) i dokładnie odsączyć płyn z pulpy orzechowej.
I tak wyszło mi z tego ok. 550 ml mleka orzechowego. Pewnie byłoby więcej gdybym mogła je lepiej odsączyć.
Dla pulpy szukam wykorzystania, z tego co się orientuję blogerki mają na to dużo pomysłów. Dlatego nie ma potrzeby jej wyrzucać.
Mleko (200 ml) już dzisiaj użyłam do koktajlu z: 3/4 banana (1/4 zjadłam), 1 łyżeczki kakao, szczypty cynamonu, 1 łyżeczki siemienia lnianego, 1 łyżeczki miodu. Pyszne :)
Lubię dni wolne dla większości narodu, bo wtedy mam z kim dzielić czas. Wolnego 4 czerwca spędziłam w Warszawie z Tatą. Pogoda była specyficzna, z jednej strony i Słońce ogrzało, z drugiej i wiatr przeszył. Byliśmy na Powązkach, chyba jest tam największe nagromadzenie rzeźb w Warszawie. Szczególnie przepadam za tymi troszeńkę starszymi grobami kiedy zamiast J pisano Y i piękne epitafia, a ludzie żyli średnio po 40 lat, mimo tego nie pędzili tak ja współcześni. O kimś pisano, że opuścił Świat zbyt wcześnie dla sztuki, o kolejnej osobie, że była żoną przemysłowca, że ten pan kładł podwaliny pod polską turystykę, czy też był profesorem, aktorem, wybitnym fizykiem, jaśnie wielmożną personą, a może po prostu był życzliwy innym. Zawsze to więcej niźli “pokój ich duszy”. Krwioobieg cmentarza tworzą wiekowe drzewa żłobiąc żyły z korzeni, demonstrując swą siłę, podnoszeniem płyt nagrobnych. Pamiętające zapewne pogrzeb niejednego hrabiego i fabrykanta, zupełnie tym faktom obojętne. Ostatecznie biedny, czy bogaty i tak każdy wróci do natury. Następnie udaliśmy się do nowego lokalu Krowarzywa na Marszałkowskiej. Tym razem postanowiłam że nie będę wycierała co chwila ust i okolic, bo sobie skórę zetrę, a i tak z każdym kęsem będę brudniejsza. Nie da się zjeść Seitanexa na czysto. Przynajmniej nie bez użycia sztućców. Ale co to za frajda jeść kurtularnie? Co się tyczy nowej miejscówki to zdecydowanie wolę Hożą z jej ciasnotą. Jakoś tak przytulniej o ma atmosferę fajną, bo ta póki co przypomina jadłodajnię. Choć jedzenie jak mi smakowało bardzo tak nadal wcinam. Kolejnym przystankiem była dobrze ukryta na podwórku kamienicy, malutka cukiernia La Bomboniera. Nie no, ja to po Toskanii popadłam w jeszcze większy zachwyt nad Włochami. Jak tylko się dowiedziałam, że we Warszawie, najprawdziwszy Syn tegoż narodu ma swoją cukiernię przy Al. Solidarności 82, musiałam ją odwiedzić żeby napić się kawy. Nie zabrakło też ciacha i paczki cantucci na wynos. Uwaga! Niektóre słodycze, jak widziałam na video, w materiale dotyczącym La Bomboniery, są wyrabiane z użyciem smalcu :(. Wieczorem zaśmiewaliśmy się do francuskiej, uroczej komedii “Za jakie grzechy dobry Boże?”. Polecam. Niestety mojego limitu 10 000 kroków nie wyrobiłam, niesamowicie się objadłam ogółem tak że mój metabolizm jeszcze następnego dnia działał na mnie usypiająco. Odkryłam też jak niesamowita jest opustoszała Warszawa. Nie trzeba się nigdzie spieszyć i można niemalże chodzić środkiem Marszałkowskiej.
Stewia, Stewia rebaudiana
(miejsce występowania: Ameryka Łacińska, południe Stanów Zjednoczonych)
W Ameryce Południowej od stuleci stosowana jako słodzik, obecnie jest bardzo popularna w Japonii i dodawana tam do wszystkiego “od słodkich napojów po sos sojowy”.
30 razy słodsza od cukru
niska kaloryczność
pełny produkt roślinny
według Raportu Wydziału Stomatologii na Uniwersytecie w Hiroszimie, na który powołuje się Paul Pitchford, stewia hamuje rozwój bakterii zębowych
“nie odnotowano jeszcze żadnych szkodliwych oddziaływań”
posiada właściwości: tonizujące, moczopędne, pomaga przy zmęczeniu fizycznym i umysłowym, ma korzystny wpływ na trawienie, reguluje ciśnienie krwi i pomaga zrzucić nadwagę
1-3 krople ekstraktu wystarczą by osłodzić filiżankę płynu [ekstrakt można przygotować samemu ze sproszkowanych liści: łyżeczka proszku do filiżanki wody i zostawić na noc]
na stewię nie oddziałuje temperatura
można używać do: herbat, napojów ogółem, konserwowania owoców, deserów - co nie powoduje zwiększenia ich kaloryczności
uwaga! można stosować jedynie zielone i brązowe ekstrakty lub proszki z liści stewii, unikać białych proszków (cocaine?) i przejrzystych ekstraktów, bo są wysoce przetworzone
Mam i używam, pierwszy raz zetknęłam się ze stewią dzięki Uli, Siostrze mojej przyjaciółki, która prowadzi stronę Stewia - słodki sekret natury (warto odwiedzić). Dziewczyna tyle o tej stewii wie, że na pewno zawstydziłaby pana Pitchforda ;). I tak zauroczyła mnie swoją pasją do tej słodkiej roślinki, że kupiłam i nie żałuję.
Samej ciężko było mi w tą słodycz uwierzyć aż nie spróbowałam, bo te liście normalnie można jeść tak po prostu. Osobiście jeszcze nie dodawałam stewii nigdzie poza herbatą, ale jak tak poczytałam to muszę zacząć. Szczególnie, że dążę do ograniczenia cukru.
Oczywiście, że musiałam zacząć od czegoś słodkiego, cała ja.
źródło: P. Pitchford, Odżywianie dla zdrowia, Galaktyka Sp. z o. o., Łódź 2008, 2009, 2010, ss. 237 - 238.
Książka, którą mam prawie rok i którą kupiłam w celu poszerzenia swojej wiedzy o odżywianiu jako tą polecaną przez licznych czytelników. Można ją określić mianem encyklopedii zdrowego żywienia. Przeleżała długi czas na półce, a właściwie na regale, później na podłodze, na parapecie i dopiero niedawno zrobiłam jej miejsce w szafce z książkami. Tak to odkładałam, odkładałam, ciężko było mi ją czytać w pozycji leżącej przez jej rozmiary, dobrze wyglądała na zdjęciach na Ig, w międzyczasie wróciłam do jedzenia wszystkiego co popadnie. Teraz czuję, że nadszedł jej moment.
Nie będę ukrywała, że od jakiegoś czasu źle mi jest. Tak po ludzku źle, choć niczego mi nie brakuje i ciężko jest to zrozumieć. Są ludzie, którzy mają na to swoje określenie “od dobrobytu we łbie się poprzewracało” i tacy, którzy powiedzą “trzeba odnaleźć radość w sobie”. Tylko jak jej szukać już nie wytłumaczą.
A mi jest tak ciężko wykrzesać chociażby jedną pozytywną myśl, której mogłabym się uczepić, która pozwoliłaby mi wznieść się na niej choć odrobinkę nad ziemię i spojrzeć na wszystko z dystansem. Słowa, że będzie dobrze już nie tylko nie pomagają, co więcej wzbudzają irytację. Mówią, że trzeba się do siebie uśmiechać co rano patrząc w lustro, aż w końcu uda się siebie oszukać. Wiecie co? Bez obrazy, ale ja chyba za inteligentna jestem, żeby jeszcze się na samą siebie nabrać. Trzeba zacząć działać tylko w jakim kierunku? Robić coś żeby tyle nie myśleć, tylko co, skoro ja dla każdego swojego zachowania potrzebuję interpretacji? Nawet jak biegnę to myślę, o tym, że biegnę i po co to robię. Tylko kiedy piszę to nie myślę, oczywiście w trochę innym sensie, bo nie mogę pisać o jednym, a myśleć o drugim. Czyli sytuacja “co bym nie zrobiła wszystko źle”. Potrzebuję czegoś co sprawi, że będę chciała wstać z łóżka, bo mnie przecież nie stać na to żeby w nim leżeć. Odliczam każdą minutę, która przepływa mi przez palce. Widzę je, i one mnie tak kują i szepczą “życie jest za krótkie, zrób coś z nim”, jakbym nie wiedziała.
Rozglądam się, słucham radio i widzę dookoła tylu zmotywowanych młodych ludzi, którzy przemierzają brazylijskie puszcze, pną się po szczeblach korpo karier, wydają książki. Jak oni wpadli na to, że to właśnie to chcą robić!? Skąd tak od razu wiedzieli... Tylko pozazdrościć.
Przypomniało mi się jak dobrze czułam się jeszcze rok w temu kiedy dbałam o to jak się odżywiam, kiedy mi tak bardzo zależało, kiedy planowałam, wymyślałam i marzyłam. Wiecie, bo to jednak chyba lepiej kiedy Wam na czymś w życiu zależy tak, że nawet kiedy jesteście samotni (żeby wykluczyć zależenie na mamie, tacie, babci, wujku, chłopaku, dziewczynie), to Wam nadal na tym zależy i widzicie jakiś sens w swoich działaniach.
Dlatego właśnie wierzę, że książka w której jest napisane:
Żyjąc w “epoce informacji”, mamy skłonność do nadaktywności umysłowej. Energia pochodząca z nadmiernego myślenia i zamartwień w zawrotnym tempie krąży w naszej głowie, podczas gdy serce podupada.
albo:
Osoby o zdrowym sercu są prawdziwie życzliwe. Są również skromne - nie z powodu przyjętej konwencji, ale ponieważ naprawdę czują się niepozorne w porównaniu z cudami, jakie postrzegają swymi otwartymi sercami i uważnymi umysłami. Przejrzystość umysłu jest najważniejszą cechą ludzi obdarzonych harmonijnym sercem - umysłem.
Może, kiedy będę bardzo tego chciała, pomóc mi. I mało tego podaje gotowe recepty (w postaci przepisów), to dlaczego by nie spróbować... Może nawet o tym napiszę, może ktoś czuje się podobnie i akurat to mu pomoże. Zawsze chciałam pisać tak żeby realizować jakąś misję. Żeby ktoś przeczytał i coś z tego wyciągnął, żeby pomagać, albo chociaż humor poprawić. Widać jeszcze za duża ze mnie ignorantka życiowa, za mało jeszcze wiem i tego muszę się nauczyć.
Uważam, że udana podróż jest gdy człowiek szczęśliwy wyjeżdża i równie (a może nawet bardziej) szczęśliwy wraca. Ta należy do udanych.
Opowiem jak było na wycieczce w Toskanii. Przez pięć dni odwiedziliśmy: Pizę, Lukkę (urodził się tu Puccini), Montecarlo (to włoskie), Florencję (Inferno), Castellinę in Chianti, Greve in Chianti, Arezzo (Życie jest piękne), Cortonę (Pod Słońcem Toskanii), Montecatini Terme (tu nocowaliśmy), Sienę (Quantum of Solace), San Gimignano (zwane Manhattanem średniowiecza) oraz popłynęliśmy na wyspę Elbę (gdzie zesłano Napoleona). Przy okazji odwiedziliśmy dwie Fattorie żeby skosztować głównie wina i oliwy, ale też sera, octu balsamicznego, suszonych pomidorów. Przy okazji zaliczyliśmy lotniska w Rzymie (6h) i w Mediolanie (4,5h) i to były najgorsze najbardziej męczące punkty wycieczki.
Plan był niesamowicie napięty: codziennie ruszaliśmy po śniadaniu o 7:45 (poza Elbą, bo wtedy wyjazd był o 7:00), a wracaliśmy na kolację o 19:30 - 20:00. Najczęściej kładłam się po północy. Także funkcjonowałam jakby w półśnie, nie jestem pewna czy to wszystko się wydarzyło, zasypiałam w autobusie i budziłam się na zwiedzanie. Chodziliśmy średnio po 10 km.
[Zdjęć mamy bardzo dużo nie tylko na aparacie, ale i na smartfonach. Robiło się je dość ciężko, nie tylko ze względu na tempo zwiedzania, gdzie nie było czasu żeby się zatrzymywać i bawić w ustawienia. Także dlatego, że często zabytki znajdowały się pod Słońce, w planie stali inni turyści albo samochody, co według mnie psuje efekt, gęsta i ciasna zabudowa nie pozwalała odejść na tyle żeby objąć cały obiekt.]
[Z żalem wybrałam jedynie dziesięć zdjęć i to tych, które miałam na smartfonie. Jestem świadoma, że dla niebędącego tam człowieka, oglądanie fotografii nie jest taką przyjemnością jak dla ich właściciela. Poza tym w samolocie linii LOT przeglądałam ich magazyn pokładowy Kaleidoscope. W środku był artykuł o Izraelu i zdjęcia tak naprawdę dopełniały tekst pomagając wyobraźni.]
Od dokładnego opisywania Toskanii są przewodniki, dlatego mój tekst będzie raczej krótki i bardzo subiektywny, po prostu o tym co zwróciło moją uwagę. Poza tym jeżeli mam być szczera wszystko zlało mi się w jedną klatkę filmu, mam w głowie zamieszanie. W południe nie byłam pewna co robiłam i co widziałam rano. Nie pamiętam żadnych nazwisk, ani dat. Po wyjściu ze słynnej florenckiej katedry Santa Maria del Fiore, choć uczyłam się o tym i słyszałam wielokrotnie, nie pamiętałam, że autorem wieńczącej jej, niepowtarzalnej kopuły jest Filippo Brunelleschi. Także sami widzicie.
Od razu zaznaczam, że jedzeniu poświęcę osobny wpis, zdecydowanie jedzenie i Włochy idą ze sobą w parze jak guzik i pętelka.
Zawsze jest ten problem “od czego zacząć”, spróbuję od ogółu do szczegółu.
Toskania jest tak piękna, tak niesamowita, że cały czas funkcjonuje się tam na włączonym trybie nieustający zachwyt. Nie chodzi tylko o miasta i miasteczka, zastane prawie tak jak wybudowano je przed wiekami z kamiennymi wieżami, murami i wąskimi uliczkami. To też ten krajobraz, zielone winno - oliwne doliny, takie świeże i soczyste, zachmurzone góry, trudne do przejechania dla autokaru, wijące się przez wzniesienia drogi, otaczające je lasy. Gdy byliśmy w Arezzo, powstałym jeszcze za czasów Etrusków, z zabudową z XII wieku, zaczęłam się zastanawiać czy mieszkańcy wiedzą, czy zdają sobie sprawę w jak ekstraordynaryjnym miejscu przyszło im żyć. Po jakimś czasie zrozumiałam sama, kontynuując zwiedzanie. Do zachwytu też można się przyzwyczaić. Po prostu wiesz, że musi tak być i nie mogło być inaczej, każde miasteczko staje się integralną częścią większej całości. Pragnę tam wrócić.
To nie jest tak, że Florencja nie robi wrażenia, po prostu nie zaiskrzyło między nami. Dużo ładniejsze są te małe miasteczka, takie nie zatłoczone. Może ja też więcej się spodziewałam i sobie wyobrażałam oglądając zdjęcia na których widać wspomnianą słynną kopułę. Właśnie na Wikipedii przeczytałam o polskich akcentach we Florencji i żałuję, że nikt ich nam nie wskazał. Muszę wrócić i zatrzeć złe wrażenie, bo to wszystko było za szybko. Jest ciekawa anegdotka: na Piazza della Signoria stoi naga rzeźba Dawida (autorstwa Michała Anioła, teraz kopia, oryginał jest w muzeum) i Neptuna. Kiedyś florenckie mamy na rzeźbie Neptuna pokazywały swoim córkom jak wygląda mężczyzna, czego mają się spodziewać, bo Dawid był za piękny i mogłyby być zawiedzione. Florentczyków w okolicznych miasteczkach raczej nie lubią, bo byli najeźdźcami, rywalizowano z nimi. Przeurocza przewodnik, Włoszka, która mówi po Polsku, wspomniała, że w Sienie twierdzą, że tylko ich mowa jest piękna, a włoski z Florencji to mowa wieśniaków.
Włosi przywiązują ogromną wagę do tradycji. W Sienie dwa razy do roku odbywa się Palio, wyścig konny na cześć Matki Boskiej. Każda dzielnica (contrade) losuje konia. Wygrana jest wielkim prestiżem dlatego gdy wiedzą, że ich koń ma małe szanse zawiązują się sojusze, ustalają komu będą przeszkadzać, a komu pomagać. Wszyscy mieszkańcy bardzo to przeżywają, do tego stopnia, że małżonkowie pochodzący z różnych dzielnic na czas przygotowań do Palio wracają do swoich rodzinnych domów żeby uniknąć kłótni. Poza tym sieneńskie społeczeństwo jest bardzo zżyte. Wspólnie świętują narodziny, opłakują zmarłych, oddają krew i zbierają datki dla potrzebujących, pomagają starszym, tworzą miejsca pracy dla wracających ze studiów młodych ludzi, gdy żona wyjeżdża z dziećmi sąsiadka sprawdza, o której godzinie mąż wraca do domu i w jakim stanie. Uważam, że to coś wspaniałego, człowiek nie czuje się samotny.
Ludzie są tutaj bardzo zazdrośni, o to co posiada sąsiad i trzeba mieć nowsze, lepsze, więcej. Gdy nie było samochodów w San Gimignano rywalizowano na wieże... Budowano wieże mieszkalne i lepszy był ten kto miał wyższą. Gdy duchowni zabronili tego procederu zaczęto budować wieże niższe, ale po dwie, tak żeby koniec jednej wyglądał jak podstawa dla drugiej, wtedy liczono ich wysokość w sumie. Właściwie dla mnie mieszkalna wieża, to też nowość. Takie zazdrośnictwo to znamy i my z autopsji.
Gdy usłyszałam jak Włoszka mówi po Polsku, tak bardzo bezpośrednio, wesoło, prosto, pomyślałam, że pewnie tak byśmy rozmawiali gdybyśmy mieli naturę Włochów. Byłoby zdecydowanie zabawnie i szczerze. :)
Bardzo ciężko mieszkałoby się w tym kraju ludziom, którzy lubią mieć wszystko zaplanowane. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że po prostu oszaleliby. We Włoszech podobno nikt nie choruje na wrzody żołądka, bo nigdzie się nie spieszą, smakują życia w myśl zasady Co masz zrobić dzisiaj zrób jutro, co masz zjeść jutro zjedz dzisiaj. Tego w umiarze powinniśmy się od nich uczyć. Podobno przez ich naturę pracownicy z innych krajów Europejskich (jak na przykład z Polski) są bardzo cenieni, bo wiadomo, że wywiązują się ze swoich obowiązków.
Niektóre kościoły z zewnątrz wyglądają jak kamienne bryły, mało zachęcająco, jednak wewnątrz okazuje się, że ociekają przepychem i mnogością barw. Ciśnie się na usta: nie oceniaj książki po okładce. Zwiedziliśmy ich tyle, że zaczęłam się śmiać, że wycieczka zamiast Pod Słońcem Toskanii powinna nazywać się Pod krzyżem Toskanii. Jednak Pani pilot, która się nami zajmowała ma rację, że nikogo nie byłoby stać na tyle dzieł sztuki, na taki przepych, co kościół. To w tych mniej znanych zaczynali wielcy artyści. Swoją drogą warto wspomnieć, że malarze i rzeźbiarze gdy na przykład przyuczali się w pracowni i pomagali przy powstawaniu dzieła, którego nie mogli opatrzyć własnym nazwiskiem, bądź gdy po prostu chcieli się “podpisać”, malowali / rzeźbili postaci z własną twarzą. Poza tym w kościołach można spotkać wystawione na widok zwłoki świętych, dla mnie to trochę straszne.
Tylko Włoch wie jak niemożliwie wąską uliczkę przejechać Range Roverem. Gdy zwiedzaliśmy nikt na nas nie trąbił, samochody stawały raczej za nami, za rozstąpienie się i przepuszczenie dziękowano uśmiechem, skinieniem głowy, albo pomachaniem. Wygląda na to, że umieją docenić utrzymywanie się z turystyki. Poza tym można spotkać bardzo dużo skuterów i jeszcze więcej rowerów, a niektóre z nich, jak ktoś trafnie zauważył, w Polsce strach byłoby zostawić tak na ulicy.
Nigdy nie myślałam, że Napoleon miał na Elbie willę, zawsze myślałam, że mieszkał w jakimś kamiennym, wilgotnym więzieniu. Wiadomo, że nie był to pałac godny cesarza, jednak też nie dom na którego było stać przeciętnego mieszkańca wyspy.
Gdy coś mi się przypomni z wielką chęcią dodam, jednakże tak automatycznie tyle nasuwa mi się na myśl. Mówiłam, że będzie krótko ;).
Wstaliśmy dzisiaj za dziesięć piąta. W końcu wracamy do ojczyzny. Autobus w drodze na lotnisko zatrzymał się raz, ale w drodze udało się go odpalić. Po drugim razie również. Przy trzecim było gorzej i rezydentka zaczęła się denerwować, nakrzyczała na małego włoskiego kierowcę z czarnymi włosami. Wyskoczyła z autobusu i chwyciła w obydwie dłonie komórki. Zdaje się, że nawet i one sobie ze sprawą nie radziły. Do odlotu została godzina. Kierowca też miał komórkę i krzyczał przez nią swoim zachrypłym głosem bardzo. Na zmianę wzywali taksówki, autobusy, aż mały Włoch poszedł i odpalił kijaszkiem busa. Nie na długo jednak, przyjechaliśmy jakieś 500 metrów i sytuacja powtórzyła się tak jakby nie miała wcześniej miejsca. Poza kijaszkiem. Nastroje były różne. My z Panem J. byliśmy raczej rozbawieni. Przecież ani to wina kierowcy ani rezydentki, ot złośliwość rzeczy martwych. Niektórzy wysuwali swoje pomysły co należy zrobić. Choć na propozycje nie brzmiały. Rezydentka mówiła, że tacy to właśnie Włosi, że tak to z nimi jest, że sobota wczesne rano, to gdzie tam oni mieliby być w gotowości i nawet z Taxi jest problem, że z roku na rok to coraz gorzej i że w końcu ją te Włochy wykończą. Dzwoniła na lotnisko żeby na nas zaczekali chociaż nikt z nas raczej nie pogardziłby pokonaniem drogi do Rzymu autobusem. Bo wiecie, z Florencji do Rzymu jest taka odległość, że 40 minut się leci, więc te wszystkie odprawy i przygotowania trwają dłużej jak to warto. Przyjechał duży wycieczkowy autobus po nasze skromne 12 osób. Biedny mały włoski kierowca tak się denerwował, że zamiast najpierw otworzyć nam drzwi poszedł przekładać bagaże i znowu mu się oberwało. Wypuścił nas i ja zabrałam się za przesuwanie walizek. Drugi włoski kierowca gnał, ale samolotu nie udało mu się zatrzymać. Nawet rezydentka nie miała takiej mocy. Spędziliśmy 3h z ogonkiem na lotnisku we Florencji zastanawiając się co dalej z nami będzie. Wypiłam bardzo aromatyczną kawę Lavazza. Ostatecznie kierownictwo podjęło decyzję, że wyślą nas z Mediolanu. Na początku mieliśmy pognać Pendolino. Zabrakło ponoć dla nas miejsc o czym dowiedzieliśmy się już na zatłoczonym florenckim dworcu na którym toaleta kosztuje 1€ i mają firmowy sklep Obag. Zamówili dla nas dwie taxówki w których dobrze, przytulnie się spało i tak jakoś te ponad 300 km minęło. Najpierw przez góry i tunele, później przez swojsko wyglądające niziny. Z przerwą na spaghetti i pieczone bakłażany na koszt biura podróży. Lot mamy o 19:30, szkoda że nic więcej nie zwiedzimy. Ciekawe co jeszcze nas spotka.
Komosa z pieczonym jabłkiem
Czasem człowiek budzi się rano i już wie, że musi zjeść jakąś kaszę. To się po prostu czuje.
Szczerze mówiąc najadłam się połową tej miski, która jest mała. Jak jest mała można sobie wyobrazić kiedy usłyszy się, że ta łyżeczka filuternie wepchnięta do środka też jest mała, herbaciana. Resztę musiałam na siłę, bo to za drogie żeby wywalić. Po 4h jestem nadal syta jak z tego porzekadła o wilku i owcy.
Smak miało na pewno nieprzeciętny, aczkolwiek za nim nie szaleję.
Czego użyłam: 1/3 szklanki komosy, jabłko, mała garstka migdałów i ziaren słonecznika, mała łyżeczka miodu i lnu mielonego, szczypta cynamonu i gałki muszkatołowej, 100 ml koziego mleka.
Co zrobiłam: komosę ugotowałam, jabłka i migdały i słonecznik podpiekłam 5 min w 150 st, wszystko wymieszałam.