Kiedy porzucasz swoje poprzednie życie, najczęściej nie jesteś przygotowany na to, jak wiele chwil zwątpienia i pustki spotka cię po drodze. Przecież chciałeś tej zmiany, więc od teraz będzie już tylko lepiej, prawda? Najpierw rozsypie się cała twoja tożsamość. Nie będziesz wiedział, kim jesteś bez tamtych ludzi i miejsc. Kim jesteś bez tamtej miłości. Kim jesteś, jeśli zniknęło wszystko, do czego byłeś przypisany. Kim jesteś, jeśli zresetowała się cała twoja definicja.
Choć pragnąłeś zmiany, czujesz się, jakbyś utracił siebie bezpowrotnie. Jest nieswojo. Nie u siebie. Masz świadomość swojego istnienia, jednak nie czujesz się obecny. W zupełnie losowych momentach dopada cię melancholia za tym, co minęło, a wspomnienia zaczynają robić się mgliste. Czy to wszystko naprawdę się wydarzyło? Czy naprawdę byłeś w tych miejscach i z tymi ludźmi?
I choć tamto wszystko dawno przestało być twoje, uświadamiasz sobie, że w obecnej rzeczywistości także nie dostrzegasz niczego, co mogłoby się takie stać. Twoje.
"Skąd mam to wiedzieć?" – pytasz, wyrzucając frustrację w eter. Myślisz sobie, że wtedy czułeś się nieszczęśliwy, ale przynajmniej byłeś jakiś. Określony. Zdefiniowany. Walczyłeś zażarcie o bardzo konkretne prawdy i doskonale wiedziałeś, za co oddałbyś swoje życie.
A teraz stoisz. Jesteś nijaki. Bezbarwny. Bez ikry i polotu. Jednostajny i godny pożałowania. Mdły, niedoprawiony kurczak na rozgotowanym ryżu. Nie wiesz, za co niby miałbyś tak zaciekle się szarpać. I nawet nie chce ci się już za nic umierać.
Na podłodze rozsypujesz przedmioty, które nazbierałeś w tobołek przez ostatnie miesiące: zużyte kredyty zaufania o niewielkiej pojemności, odbite bilety w jedną stronę, komplement od typa z tramwaju nr 11, kapsel po piwie, wyschnięty mlecz z tamtego spaceru i przeterminowany już program pobliskiego teatru (chciałeś pójść - nie poszedłeś).
Ze zbitki losowych przedmiotów próbujesz ulepić się na nowo. Twoja zupełnie nowa forma, na którą świat nie jest gotowy! Zabawa nudzi ci się tak szybko, jak czterolatkowi. Twój człowiek to jednak nie tak plastelinowy ludzik, jak myślałeś. Po krótkiej inspekcji cały wydajesz się sobie sztywny i absolutnie niereformowalny. Nigdy nie chciałeś taki być. Przykro ci.
Patrzysz w lustro i zastanawiasz się, jak to się stało, że przed chwilą jeszcze zależało ci za bardzo i trzy razy w tygodniu urywałeś sobie głowę dla wyższych idei, a teraz jakby nie zależało ci wcale i sam nie wiesz, czy to w ogóle na miejscu, by nazywać to wszystko rozwojem.
"Dlaczego jestem taki przerażony, skoro czułem, że robię dobrze?"
Może znowu czegoś nie widzisz? Może znowu wydawało ci się, że w końcu wiesz, co robisz, a skończyło się jak zawsze? Może znowu odrzuciłeś własną propozycję stania się lepszym człowiekiem? Może zmieniasz się tylko pozornie, a „twoje ja”, rozbite na tysiące nieregularnych części, nieustannie krąży wokół tych samych schematów?
Mówią ci, że są z ciebie dumni, a ty chciałbyś w końcu czuć się dumny sam z siebie. Chciałbyś się lubić. Doceniać. Myśleć o sobie choć trochę przytulniej. Wymierzać się wzdłuż i wszerz swoją, a nie cudzą miarą.
"Kim jestem?" – pytasz, lecz katalog dostępnych postaci nie oferuje niczego, co mogłoby choć wskazać kierunek. Wszędzie widzisz tylko skrajności i zastanawiasz się, czy to, do cholery, w ogóle możliwe, by spotkać się ze sobą gdzieś po środku. Żeby postawić granicę, ale nie zamknąć się na ludzi. Żeby gospodarować rozsądnie swoimi zasobami i nie być w tym wszystkim egoistą. Żeby empatia stała się mądrym źródłem energii, a nie powodem ciągłego wyczerpania. Żeby być w stanie kochać, ale już nigdy nie stracić siebie po drodze.
Bierzesz głęboki wdech i nie wiesz jeszcze, że przed tobą praktyczny kurs czekania. Przed tobą ciężka praca nad akceptacją niepewności. Przed tobą godzenie się z myślą, że na niektóre sensy trzeba dłużej poczekać.
Ruszaj w tę drogę. Ruszaj, a po drodze sam stań się dla siebie eksperymentem. Bo jeśli dostępnych jest tak wiele tras, to nie możesz przecież zgubić drogi. Bo jeśli nic nie wydaje się właściwe, to nie możesz przecież popełnić błędu.