Wracają myśli, wspomnienia - również te nigdy nie przeistoczone w rzeczywistość. Nieroztropnie jest pytać siebie “dlaczego?” Widok z okna umysłu, spojrzenie na nie wszystkie. Oddalam się, nie tracąc ich ze wzroku linii prostej, nie gubiąc się w gąszczu pragnień, tych zestarzałych tak bardzo, że aż wrytych impulsywnie we mnie. Nieumarłe, niemożliwe do zapomnienia i bez ochoty do zatracenia ich wszystkich. One są moje, gdy nawet o tym nie wiedzą. Spoglądam na nie, tak z ukrycia, czając się niezauważony. Bywa, iż chciałbym wyciągnąć dłoń w ich kierunku, lecz w ostatniej chwili cofam się o krok i czekam. Gonię przed siebie, prędkość przeradzam w chód, będąc już daleko. Nie zniknęły, lubię do nich wracać. Upijam łyk piwa, znów piątek, czekałem na nie, one być może czekają na mnie po dziś dzień, a być może już mnie nie pamiętają... Głupstwo. Jak mogłyby mnie zapomnieć? Staję się bezczelnie pewny siebie, wywyższam się, gdy dostanę w garść choć kłębek zainteresowania i tęsknoty, tak nieracjonalnej, a oczekiwanej z niemniejszym oddźwiękiem. Upijam łyk, przechylam butelkę racjonalności i opróżniam ją do dna tak, że nic w niej nie zostaje. Logika wyparowała, nie ma skąd jej czerpać, pozostaje więc tylko sięgnąć po kolejną butelkę i w miarę upływu czasu, opróżniać ją, tak samo jak jej poprzedniczki. Pożeram nadzieję, rozpaloną do czerwoności, gaszę ją w sobie, nie dzieląc się z nikim, ani nie dając możliwości na odbudowanie ruin przyszłości niewypowiedzianej. W moim ogrodzie, nie ma miejsca na słodycz. Jest tylko czekolada, po której występują mdłości. Melodia, wygrywana przez struny grubego pancerza, ochładzanego okazjonalnie przez chwile słabości, nie zawędruje za daleko. Szlaku strzeże stary chłopiec, ten sam targał niejednokroć losu ścieżki, wiele lat temu. Widzę go tak wyraźnie, gdy pojawia się aby przypomnieć zapomniane. Dreszcze umysłu wzbudza, przy akompaniamencie epilepsji, ten okres słabości fizyczno-duchowej. Na klęczkach, pomiędzy powiek opadaniem, a ich szybkim otwarciem - czai się epizod w piwnicy, gdzie każdy bał się zejść. Widzę wyraźnie, to tło rozmazane wokół mnie przysparza mi ochoty na sprawdzenie, jak wyglądają w ostrości. Wciągam je, zaciągam się i pochłaniam bez litości dla siebie samego. Unoszę głowę do góry, nikt tego nie widzi, nikt nie wie, kiedy jest częścią obcych ciał, podczas potajemnego zjazdu absolwentów tych uczuć. Zatrzęsło się pudełko, w jakim uchowane do snu zostały one. Szelest otrzepywanych z kurzu dłoni, jakby umywanie rąk, pozbycie się decyzji obarczonych następstwem nieprzyjemnym. Lubię ubolewać, czekać i umierać, by co kilka lat wyjść z trumny i powstać z martwych, ze stanu uśpienia i żałoby. Rozsadzone na kawałki, popękane odbicia lustra, a w nich różnych epok czasu lata i smak okaleczeń słodki.
Dziękuję za możność wypowiedzi (jak zwykle).

















