Idę, delikatnie zaczepia mnie starszy mężczyzna.
- Dokąd młoda panienka tak pomyka? - A, tu, niedaleko, oddać mocz pieska do analizy - Chory? - Chory. - Umiera? -Nie, nie umiera, nie. - Będzie zdrowy? - Będzie. - A panienka ma dzieci? - Nie, nie mam. Nie każdy musi mieć dzieci. - Ale Bóg tak kobietę (nie pamiętam, jakiego zwrotu użył; "ustanowił/postanowił", coś w tym rodzaju).
Rozłożyłam ręce, wydałam coś w rodzaju cccc'knięcia, uśmiechnęłam się i powiedziałam "do widzenia".

















