Pielgrzymka na Camp Nou
Jak Barcelona, to oczywiście Camp Nou. Moje marzenie od gówniarza, odkąd 96' roku kiedy tutaj po murawie biegał ten pierwszy, prawdziwy Ronaldo. Nie był piękny, miał łysy łeb i wystające zęby, a i tak każdy dzieciak na podwórku chciał mieć jego koszulkę. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że będzie tu tylko rok, tak jak ja nie wiedziałem, że Barça zostanie ze mną na o wiele dłużej. Camp Nou oferuje dwie główne atrakcje - zwiedzanie stadionu i oczywiście mecz. O tym drugim za chwilę, najpierw co do samego touru.
Na Camp Nou Experience możesz wybrać się praktycznie każdego dnia, chociaż w dni meczowe pewne sekcje stadionu mogą być zamknięte. Bilety można kupić przez internet wcześniej, ale nie jest to konieczne - kolejek do kas wielkich nie ma. Zaczynasz od przejścia przez szatnię gości i część prasową, czyli salę konferencyjną i tzw. zona mixta, gdzie piłkarze udzielają wywiadów. Nic specjalnego, parę fotek i idziesz dalej. Najfajniejszy jest plakat Miró zrobiony na 75-lecie klubu.
Następnie wychodzisz na murawę stadionu tym samym wyjściem co piłkarze przed meczem, po drodze możesz się zatrzymać przy kapliczce na kilka zdrowasiek bo do środka nie wejdziesz. Z głośników dobiegają głosy stadionu, dzięki którym masz poczuć się jak Messi czy Piqué wychodzący na boisko w asyście 100 tyś. dopingujących ludzi. Tyle tylko, że oni nie muszą przepychać się przez japońskie i holenderskie wycieczki, więc potrzebować będziesz sporej dozy wyobraźni.
Na samą murawę nie wejdziesz, możesz połazić sobie przy linii bocznej. Całe Camp Nou jest najbardziej pojemnym stadionem w Europie, 100 tysięcy ludzi to więcej niż niejedno miasto w Polsce. I co śmieszne, chociaż cały czas świadomość tego ogromu to dopiero patrząc na zieloną trawę boiska przypominasz sobie, jak prostą grą jest piłka nożna. Gdyby zabrać trybuny i specjalistyczne lampy naświetlające z murawy zostałoby tu miejsce, jakich wiele na całym świecie. Miejsce w którym 11-tu chłopaków spotyka się pokopać piłkę, walnąć ładną bramę i pokazać drugiej bandzie, że to oni są najlepsi. I chociaż zna ich cały świat, a w miesiąc zarabiają tyle, co ty przez całe życie to nadal są tylko ludźmi - nie biegają 100 km/h i nie mają cybernetycznych celowników w oczach.
Z boiska wchodzisz wyżej na trybuny, gdzie ulokowane są stanowiska prasowe i miejsca VIP-owskie, czyli mniej więcej tam, gdzie jest ulokowana główna kamera na meczach. Widok robi wrażenie.
Ostatnim punktem wycieczki jest muzeum FCB, gdzie w gablotach prezentowane są puchary, które klub zdobył na przestrzeni lat. Jest ich sporo, do tego można pobawić się multimedialnymi prezentacjami najważniejszych goli w historii itp. więc dla kogoś interesującego się historią futbolu miejsce o wiele ciekawsze, niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Największe wrażenie robią 4 Puchary Europy, które wyeksponowane są osobno. Mam nadzieję, że za rok przybędzie kolejny.
Jest i hymn Barçy w języku polskim:
Po muzeum wchodzisz do Barçowego sklepu klubowego, gdzie kupić możesz prawie wszystko, co związane z klubem. Zbyt wielu oryginalnych rzeczy tu nie ma, więc jeżeli nie interesują cię za drogie kubki, breloczki i plecaki to w samym mieście znajdziesz sto ciekawszych miejsc na wydanie pieniędzy.
Podsumowując - Camp Nou Experience nie jest dla każdego. Jeżeli chcesz tylko zobaczyć stadion - idź na mecz. Jeżeli interesują cię klubowe gadżety - nie musisz nawet na stadion przyjeżdżać, wygodniej znaleźć FCBotigę w centrum miasta. Jeżeli jednak interesujesz się piłką, to na pewno dla samego muzeum warto wydać te 20 EUR.
Wspomniałem o pójściu na mecz - no, udało nam się z tym El Clásico. Datę wakacji nie bez przyczyny wybraliśmy właśnie taką. Wyszedłem z założenia, że jeżeli to ma być mój pierwszy mecz na Camp Nou, to nie chce oglądać Barçy z ogórkami z Sociedad czy Osasuną, nawet jeżeli mają dostać worek bramek. Po drodze miałem momenty zwątpienia i byłem blisko przebukowania biletów na tydzień później, gdzie Barça podejmuje Espanyol i Milan, ale szczęśliwie można było bilety na Madryt kupić online kilka dni przed meczem za pośrednictwem strony ticketmaster.es. Tutaj muszę podziękować Piotrkowi z blaugrana.pl za info ;) Co do samego bukowania to łatwe to nie jest - bilety znikały bardzo szybko, więc dobrze jest wiedzieć, jaki sektor nas interesuje najbardziej i na jaki wydatek jesteśmy gotowi (ceny wahały się między 100-300 EUR). I dobrze pamiętać, że jest praktycznie niemożliwe żeby kupić bilety koło siebie. W najlepszym wypadku możesz liczyć na bilety w niedalekiej odległości, przyjść na stadion wcześniej i mieć nadzieję, że ktoś się z tobą zamieni - i to właśnie zrobiliśmy. Normalnie w sezonie Camp Nou nie jest wypełnione po brzegi, więc już po pierwszym gwizdku możesz przesiąść się na jakieś wolne krzesełka, ale zbyt wiele ich zeszłej soboty nie było.
Co do samego meczu, to nie będę się tu rozpisywał bo nie prowadzę bloga sportowego. Były bramki i było zwycięstwo, a to więcej niż oczekiwałem bo przed meczem remis brałbym w ciemno. Ja zapamiętam kilka rzeczy - standing ovation dla Neymara, myśl że Valdés w takiej formie będzie wielkim osłabieniem kiedy odejdzie i to jak mały jest Messi na żywo. Zapamiętam też świetną atmosferę na stadionie i to, o ile lepsze wrażenie wywiera mecz oglądany po zachodzie słońca (kto zmienił godzinę rozpoczęcia z 22 na 18?).
Siedząc już na stadionie i patrząc na boisko pomyślałem, że jestem szczęściarzem. Spełniłem jedno z największych marzeń mojego życia. A patrząc na to, jak się moje życie układa mocno wierzę, że to dopiero początek.










