h

★
$LAYYYTER
KIROKAZE
dirt enthusiast

ellievsbear
NASA
I'd rather be in outer space 🛸
he wasn't even looking at me and he found me

Discoholic 🪩
YOU ARE THE REASON
Today's Document

Kiana Khansmith
Sweet Seals For You, Always
todays bird
RMH
Three Goblin Art

Andulka

JBB: An Artblog!

❣ Chile in a Photography ❣

seen from United Kingdom

seen from Malaysia

seen from United Kingdom
seen from Malaysia

seen from Thailand

seen from Germany
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United Kingdom
seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from Poland
seen from Ukraine
@fabrykaprzygod
W tej kubańskiej knajpie rum lany był z kanistra i sprzedawany na szklanki...
popołudniowe drzemki były wybawieniem od słońca i pozwalały odespać noce nieprzespane przez komary i przygody
ach!!! te kubańskie kobiety!
Gdybyśmy za każde zrobione nam zdjęcie otrzymali 1zł to w efekcie mielibyśmy dużo złotówek...
Kubańska podstawówka otoczona drutem kolczastym...
profilowane zakręty i żar lejący się z nieba to zmora każdego monocyklisty...
przed każdym wjazdem do miejscowości ustawione były różnego rodzaju powitalno-informacyjne instalacje informujące o rejonie lub mieście do jakiego się wjeżdża. Niektóre śmiało można było nazwać dziełami sztuki.
Wioska, która widziała Polaka 19 lat temu...
Codzienne wstawanie o 6.30, by zdążyć spakować rzeczy i przygotować się do jazdy wraz z nadejściem świtu o 7. Zakładanie plecaków, jazda do godziny 11-11.30, przerwa, odsypianie nocy spędzanej na czuwaniu i destrukcji dywizji komarów, popołudniowa jazda na parującym gorącem asfalcie od 17 do 19. Tak wyglądał nasz rytm dnia. W między czasie przytrafiały się ciekawe przygody, osobiste dramaty i wyścig by na sjestę znaleźć odpowiednie miejsce, w którym będzie można uzupełnić zapasy wody, okąpać się i zjeść. Nie było to łatwe zadanie bowiem nie w każdej miejscowości zaznaczonej na mapie była cafeteria (niestety nie ma tam sklepów w normalnym tego słowa znaczeniu, tylko w cafeterii można było dostać coś do jedzenia i picia, zazwyczaj były to budy zbijane z desek i kilku kawałków blachy, murowane małe domki lub stół wyniesiony na dwór i ustawiony tak by blokował wejściowe drzwi). Tego dnia napotykamy jednak innym problem, którym są góry. By uniknąć niepotrzebnych awarii podczas wyprawy postanowiliśmy ograniczyć złożoność naszego sprzętu do minimum, pozostawiając hamulce w domu. Na naszej mapie nic nie wskazywało, że na swojej drodze napotkamy góry. Podczas, gdy podjazdy były wyczerpujące, ale znośne, tak zjazdy miażdżyły nam kolana, sprawiając, że stawy bolały jakby baseballista mścił się za przegrany mecz uderzając kijem w nasze nogi. 20 km pokonane w takim terenie, temperaturze i diecie składającej się z bułki z jajecznicą nie były wakacjami, a obciążone ramiona dużymi plecakami dodatkowo tworzyły nacisk na nasze pupy. Podczas jednego z postojów na przystanku autobusowym postanowiliśmy rozstać się ze wszystkim ,co chociaż w minimalnym stopniu nie wpływało na nasze przeżycie jak: pozostałe koszulki, brudne majtki, pasta do zębów, klapki, część lekarstw, monety itp. Walka toczyła się o każdy gram. Ułożyliśmy stos z porzuconych rzeczy i nim przejechaliśmy 3 m wszystkie zniknęły rozchwytywane przez miejscowych, którzy natychmiast po naszym ruszeniu podbiegli i zabrali fanty. Część rzeczy rozdaliśmy wcześniej w zamian za wodę. Miejscowi wpuszczali nas do swych domów, wyciągali z czeluści zamrażarki lód i wpychali do naszej butelki ( o ile posiadali zamrażarkę, inaczej za źródło chłodnej wody służyła im świeżo zaczerpnięta woda ze studni). Całe szczęście, że 3 dni przed wyjazdem udało się kupić specjalną butelkę z filtrem, miała nam służyć na wypadek, gdyby w pobliżu nie było żadnej stacji benzynowej i butelkowanej wody. Na nasze nieszczęście stacje benzynowe były bardzo rzadko i również rzadko miały butelkowaną wodę, więc nie pozostawało nam nic innego jak pić wodę, w której nierzadko pływały zawiesiny wątpliwego pochodzenia. Nie narzekaliśmy. Zwłaszcza w 35 stopniowy upał po przejechaniu 30 km. Polecamy zatem uzbroić się w taką butelkę, bo niejednokrotnie możecie spotkać się na Kubie z wodą do picia, o standardzie raczej marnym. Tego dnia sjestę robiliśmy w malutkiej wiosce, w której jak twierdził przemiły starszy Pan, nie było żadnego Polaka od 19 lat. Był to Słowak z pochodzenia, który pokochał tę wyspę pomimo wielu ustrojowych wad. Jako goście w jego kraju dostaliśmy od niego mnóstwo owoców, a wśród nich mango oraz owoce, których nazwy nie znamy, ale produkuje się z nich koktajl o nazwie Batido. Być może ktoś z Was był na Kubie i pamięta co to za owoce? Podczas, gdy koktajl jest przepyszny tak same owoce są mdłe i niedobre. Niestety mieliśmy zasadę, że podarowanego jedzenia nie wyrzucamy i zjadamy wszystko do końca. Głupia zasada i niejednokrotnie przyprawiała nas o wymioty!!!
Minęło 15 minut odkąd wjechaliśmy do wioski, a już wokół nas było mnóstwo dzieciaków. Przyszły też kobiety i miejscowy sprzedawca obcinaczek do paznokci, który zwęszył okazję by wypróbować na nas wszystkie sztuczki marketingowe jakie znał. Kupujemy w "sklepie" bułkę i dżem z guyaby ( nic innego oprócz tego i rumu nie było). Chcemy udać się na przepiękną plażę, którą widzieliśmy po drodze, ale dostajemy ostrzeżenie o stacjonującym tam wojsku i zagarnięciu przez nie tamtejszych rejonów. No nic... zwykłe siedzenie pod drzewem z dzieciakami też powinno wystarczyć...
O godzinie 17 ponownie dosiadamy nasze "cyklopy" i ruszamy tym razem z przekonaniem, że po drodze znajdziemy coś bardziej kalorycznego niż dżem. O 18 dojeżdżamy do miejscowości, w której na szybko jemy bułki z jajecznicą i pijemy świeżo wyciskany sok nalewany do szklanek zrobionych po heinekenie, którym ucięto szyjki i lecimy dalej. Tam zdarza się też niesamowity incydent! Grzesiek próbuje zmienić historię! Podczas rozmowy z Kubańczykiem delikatnie, lecz zdecydowanie podkreśla, że Kolumb był Polakiem.Zdziwienie ogarnęło nie tylko nas, ale też wioskę obok. Szczerze wierzymy, że był to mikro udar i zmęczenie. Ten nieśmiały żart w wykonaniu Grześka sprawił, że mieszkańcy patrzyli na nas jak na "swoich". Tak się zdobywa znajomości!
Jedziemy wybrzeżem, zatrzymując się na posterunku policji wybudowanym pośrodku niczego. Dwóch policjantów leży w mundurach na krzesłach przed posterunkiem i obserwują drogę. Nasza wizyta widocznie przeszkodziła im codzienną nudę i z zapałem wypytywali się o monocykle dotykając opony. Nabraliśmy zimnej wody i w pośpiechu przed zachodem słońca przejechaliśmy ostatnie 10 km tego dnia by znaleźć się w miejscu o nazwie Tortuguilla! Cóż za niesamowity widok! Mnóstwo maleńkich plaż porośniętych palmami, a z tyłu wysokie, zielone pagórki. Kolejny raj odkryty w przeciągu kilku dni. Miejscowi wskazują nam drogę do jedynego miejsca, w którym możemy zjeść "prawdziwy" obiad. Była to casa particulare prowadzona przez dosyć liczną rodzinę. Dostaliśmy do jedzenia to, co akurat mieli, czyli bananowe chipsy, surówkę z kapusty i skrawki kurczaka. Łapczywie rzucamy się na posiłek bo już dawno nie mieliśmy w ustach mięsnego dania. Artur nie przejął się nawet tym, że jego kurczak spadł na chwilę na podłogę. W końcu zasada 5 sekund działa na całym świecie, tak? Syn właścicielki, pilny uczeń medycyny, rozmawia z nami przez chwilę i wręcza Karolinie banknot o nominale 3 peso z popiersiem Che, na którym widnieją pozdrowienia pisane łamanym angielskim i serduszko. Miły prezent i hojny gest. Od tej pory banknot przejedzie z Karoliną 15 000 km by wylądować zalaminowany jako zakładka do książki.
Nocne poszukiwania noclegu to nie lada wyzwanie. Za cel obieramy nocleg na jednej z przecudnych plaż. Zastanawiają nas jednak dziury w piasku, których są setki, a nawet i tysiące. Na odpowiedź nie musieliśmy czekać zbyt długo. Ta plaża to lęgowisko krabów wielkości buta Karoliny! Ogromne stwory ze szczypcami! Musimy się ewakuować i poszukać innego miejsca. Znajdujemy podobną plażę, tym razem upewniliśmy się, że nie ma tam nic podejrzanego, jednak rano po przebudzeniu Artur informuje nas, że wprawdzie nie chciał nas już budzić w nocy i straszyć, ale coś bardzo dużego przebiegło mu po plecach. Ach te złudne raje na ziemi...
przez kilka dni poruszaliśmy się na monocyklach drogą wzdłuż wybrzeża . Nieziemskie widoki!
W takich warunkach transportowaliśmy nasze monocykle do docelowego miejsca startu :)
“Po 8 godzinach spędzonych przy dworcu autobusowym zatrzymuje się mężczyzna oferujący nam przejazd za 5 CUC do Cajobabo! Jesteśmy szczęśliwi! Do starego, trzeszczącego, osobowego auta ładuje naszą 3. Teraz w aucie jest już 11 osób plus bagaże. Monocykle musieliśmy wystawić na zewnątrz i linami przywiązać do klapy bagażnika. na szczęście w bagażniku nie było tylniej szyby. Zrobiliśmy testy wytrzymałościowe zabezpieczeń. Wszystko wydaje się ok. Ruszamy. Z każdą dziurą byliśmy coraz bardziej zaniepokojeni czy konstrukcja podtrzymująca nasze monocykle wytrzyma. Niesamowita kumulacja strachu. Na domiar tego po godzinie jazdy zatrzymuje nas policja.“
Turyści nie mogą podróżować transportem dla Kubańczyków, a przynajmniej nie za taką samą cenę...
Dzień 3
Do Santiago de Cuba dojeżdżamy nad ranem. Jest jeszcze ciemno. Ktoś obwieszcza, że jest to koniec trasy. Wypakowujemy rzeczy, podchodzi mężczyzna, pyta dokąd jedziemy. Odpowiadamy, że do Baracoa. Niestety oferuje nam przejazd tylko do Guantanamo zapewniając, że stamtąd bez problemu dostaniemy się do Baracoa następnym camionem ( starą amerykańską ciężarówką na pace, na której zamontowano szyny kolejowe jako ławki do siedzenia). Zgadzamy się. Za przejazd płacimy 1 CUC. Na odjazd ciężarówki czekaliśmy 40 min. Nie istnieją tam rozkłady jazdy. Jak coś jest to jest, jak czegoś nie ma będzie jutro. Wsiadając do ciężarówki odetchnęliśmy z ulgą, brak tłoku, nie musimy jechać w ścisku. Oczywiście zaganiacz darł się tak długo i tak głośno, aż zapełnił ciężarówkę do pełna. Po drodze również nie próżnował, upychając ludzi do granic możliwości. Zapewne byłby mistrzem TETRIS. Najgorsze było jednak to, że w odstępach nanosekundy wydzierał się głośno "GUANTANAMO!!! GUANTANAMO!!! GUANTANAMO!!! ". Przez trzy dni ciągle w naszych głowach dźwięczały te słowa. No cóż, teraz śmiało możemy stwierdzić, że już wtedy było do przewidzenia, że Guantanomo nie przyjmie nas przyjaźnie. Dojeżdżamy na miejsce. Siadamy na murku przy dworcu autobusowym. Nie mijają 2 minuty podchodzi facet oferujący przejazd za 50 CUP (2 CUC) do Baracoa. Upewniamy się czy chodzi mu o walutę dla Kubańczyków.Facet potwierdza. Jesteśmy szczęśliwi, że udało nam się załatwić transport tak szybko, wsiadamy do auta. Karolina podaje ostatni monocykl do zapakowania. Artur chce zapłacić kierowcy umówioną wcześniej stawkę. Ten patrzy na pieniądze i każe zapłacić sobie nie 50 CUP tylko 50 CUC (200 zł)!!! Wysiadamy z auta! Jesteśmy niesamowicie wkurzeni, drań chciał nas oszukać. Wracamy na murek. Podchodzi do nas znowu oferując przejazd tym razem w promocyjnej cenie 30 CUC. Nie jesteśmy naiwni. Za tą samą trasę Kubańczycy płacą 40 CUP czyli 18 razy taniej!!! Postanawiamy kupić bilet w kasie biletowej na dworcu. Podchodzimy do okienka. Kobieta tłumaczy, że to okienko nie odsługuje turystów. Wskazuje na okienko obok z wielkim napisem Viasul. Extra, znowu ci naciągacze. Tłumaczymy, że chcemy kupić bilet wyłącznie w tym okienku za 40 CUP tak jak robią to ludzie przed nami. Nasze tłumaczenia nie skutkują. Baba zamyka nam okno przed nosem. Wszyscy są oburzeni. Podchodzi do nas kobieta stojąca za nami w kolejce. Oferuje pomoc i próbę zakupu biletu za nas. Tłumaczy w okienku, że jesteśmy jej znajomymi za granicy. Nic nie pomaga. Urzędniczka w okienku jest nieugięta!!! Zrezygnowani podchodzimy do okienka dla turystów. Przejazd kosztuje 25 CUC plus ewentualna dopłata za tak duże monocykle. Pani nie jest w stanie powiedzieć nam ile kosztuje dopłata. Śmierdzi tu kolejnym wyłudzeniem. Postanawiamy udać się na przystanek autobusowy i wbić się do jakiegokolwiek autobusu jadącego w stronę Baracoa. Przez 5 godzin nie udaje nam się nic załatwić. Kierowcy kiwają głowami, nie wpuszczają nas, tłumaczą, że nie możemy z nimi jechać. Jesteśmy wkurzeni! Podejmujemy się desperackiego kroku wymiany telefonu za przejazd. Idziemy z naszą ofertą do kierowców. Łotr, który na początku chciał wyłudzić od nas pieniądze zdążył już poinformować resztę, że jesteśmy łatwym łupem i zapewne jesteśmy zdesperowani by się stąd wydostać. Podchodzimy do losowo wybranego kierowcy. Oferujemy telefon. Wokół niego momentalnie zbierają się pozostali plus ten drań. Łotr ma na tyle tupetu, że klepie nas po ramieniu, wołając " My friend, my friend!". Kierowcy teraz żądają telefonu + 30 CUC za przejazd. Nie damy im za wygraną. Skoro są cwaniakami nie damy zarobić nikomu. Wracamy na przystanek. Postanawiamy jechać stopem. Przeglądamy jeszcze raz mapę. Ku naszemu zdziwieniu najdalej wysuniętą miejscowością na naszej mapie nie jest Baracoa a Cajobabo! Cajobabo brzmi lepiej! Na kartce piszemy nazwę nowego celu i próbujemy złapać stopa. Po 8 godzinach spędzonych przy dworcu autobusowym zatrzymuje się mężczyzna oferujący nam przejazd za 5 CUC do Cajobabo! Jesteśmy szczęśliwi! Do starego, trzeszczącego, osobowego auta ładuje naszą 3. Teraz w aucie jest już 11 osób plus bagaże. Monocykle musieliśmy wystawić na zewnątrz i linami przywiązać do klapy bagażnika. na szczęście w bagażniku nie było tylniej szyby. Zrobiliśmy testy wytrzymałościowe zabezpieczeń. Wszystko wydaje się ok. Ruszamy. Z każdą dziurą byliśmy coraz bardziej zaniepokojeni czy konstrukcja podtrzymująca nasze monocykle wytrzyma. Niesamowita kumulacja strachu. Na domiar tego po godzinie jazdy zatrzymuje nas policja. Nie jesteśmy pewni czego chcą. Wołają kierowcę. Rozmawiają. Policjant każe kierowcy rozpędzić auto i zahamować, chcą sprawdzić sprawność hamulców. Gadają jeszcze przez chwilę. Kierowca wsiada i jedziemy. Szok!!! 11 osób w kabinie! Monocykle na klapie od bagażnika! Nic z tych rzeczy nie zwróciło uwagi policjanta. Jedziemy. Po 20 minutach zatrzymujemy się w szczerym polu, pośrodku niczego stoi posterunek policji, na klifie przy oceanie. Co robi tutaj posterunek policji!? Dwóch policjantów siedzi przed małym budynkiem. Siedzą sobie w cieniu na leżakach. Kierowca podchodzi do policjanta, podaje mu butelkę, ten nalewa mu chłodnej wody. Jedziemy dalej.
Dojeżdżamy do Cajobabo. Pytamy miejscowych gdzie jest plaża. Wskazują nam bramę. Zatrzymuje nas mężczyzna tłumacząc, że jeżeli chcemy skorzystać z plaży musimy zapłacić po 1 CUC. Śmiejemy się. Nie mamy zamiaru już dzisiaj nikomu za nic płacić. Pytamy grupę dzieciaków którędy na plaże. Wskazują nam drogę. Biorą ze sobą ukulele i wesoła gromada prowadzi nas do miejsca, które okazuje się rajem. Już nie chodzi o ten piasek, ciepło, turkusową, czystą wodę. Po plaży porozrzucane są wszędzie muszle wielkości piłki do ruggby. Ogromne!!! Podchodzi do nas starszy człowiek. Kupujemy od niego kokosy za 5 CUP plus mango gratis. Rozłupuje je przy nas maczetą. Czeka aż wypijemy. Puste kokosy rozłupuje i daje nam do zjedzenia miąższ. Czujemy się rewelacyjnie. Po całym dniu wreszcie jesteśmy w miejscu, z którego nie chcemy wyjeżdżać. Upragniony raj, który w nocy zgotuje nam piekło....