Więc wracam z pracy, sunę na rowerze w dół drogi; chmury pędzą ze mną, ciepły wiatr uderza w twarz. Mijając opustoszałe ulice, czuję się niczym eksplorer w obcym mieście.
Nie wierzę we wirus wyprodukowany w amerykańskim lub chińskim laboratorium - w ‘ten’ wirus nie wierzę. Czasem mam wrażenie, że pandemia to mechanizm obronny Ziemi. Niestety, nie potrafię naukowo udowodnić swojego przeczucia. Ale przypominając sobie w jakim stanie był n a s z d o m przed koronawirusem...I jak dla większości było to obojętne. Czerwona księga gatunków zagrożonych wyginięciem puchnie z każdym rokiem. Na każdej ulicy tego miasta są domy, kamienice, bloki, prowizoryczne kryjówki przed deszczem, wiatrem i nienawiścią lub obojętnością zbudowane z kocy i kartonów a w nich ludzie. Wszędzie. City, choć teraz bez pracowitych mróweczek dążących do tego, by pewnego dnia przeistoczyć się w piękne motyle lub tłuste dżdżownice, nie ma w tym nic złego, wciąż żarzy się w dzień i w nocy. Wyprodukowanie jednego hamburgera zużywa prawie 3000 litrów wody. Gigant kosmetyczny MAC w dalszym ciągu testuje produkty na zwierzętach, pomimo że mamy już rok 2020.
Delfiny i łabędzie pojawiły się w weneckich kanałach, zwierzęta chwilowo odzyskały dostęp do Ziemi - przecież przez bezrefleksyne i okrutne poczyniania człowieka konsekwentnie odmawia się im prawa do życia na niej. Obowiązek pozostawania w domu jest niczym odpoczynek dla planety. Niestety, gdy wszystko wróci do “normalności”, jakkolwiek ma ona wyglądać, ludzie ponownie wypełzną tłumnie na ulice, przynosząc ze sobą hałas, plastikowe butelki, spaliny, pozostawiając te butelki, spaliny w powietrzu i drzewa, z których pouciekały wszystkie ptaki.
Pewnie gadałabym inaczej, gdyby wirus zabrałby kogoś z moich bliskich, na zawsze.










