Czarny Nikołaj
Sanie mknęły ponad lasem, ledwie muskając wierzchołki drzew, jednak kopyta czarcieleni ich nie dotykały, przebierały w powietrzu kilka centymetrów wyżej. Z takim orszakiem całe Pogranicze stało otworem, ale Nikołajowi to nie wystarczyło. Uderzył biczem z piór, raz, potem drugi, aż czarcielenie zawyły a od ich skowytu zatrzęsły się korony drzew. Po kolejnym uderzeniu w oczy uderzył go nieblask dochodzący z granicy świata – od jęku czarcieleni pękło niebo.
Skierował sanie w stronę szczeliny, osłaniając twarz poczerniałą od czarnej codzienności ręką. Nieblask zdawał się przybierać na sile, ale nie dał się spłoszyć i chwilę później pędził już przez chmury, zostawiając za sobą najczarniejszy z lasów. Zwinął bicz i rzucił go pod siebie – nie był mu już potrzebny, czarcielenie same wiedziały, dokąd go zabrać. Szukały w końcu tego samego co on, choć z nieco innych pobudek. Ich instynkt kazał im pożerać i niszczyć, ale Nikołaj nie zamierzał im na to pozwolić, sam miał inne plany. Miał też władzę nad nimi, białe pióra mu ją dawały.
Chmury wkrótce się skończyły i kopyta czarnej świty znów przebierały w powietrzu, jednak tym razem sanie z wolna zstępowały w dół. Gdzieś pod sobą widział wioskę, małą, ze wszystkich stron otoczoną śniegiem – pierwszy przystanek na tej, jak miał nadzieję, długiej drodze. Kilka domków jak pudełka zapałek, dym unoszący się z kominów. Piękny widok zwiastujący idealne zbiory.
Sanie opuściły niebo i z cichym tąpnięciem wylądowały na zaśnieżonym dachu, z olbrzymiego wora aż wysypało się kilka bryłek węgla. Nikołaj sięgnął po nie i niedbale wepchnął do kieszeni płaszcza, niegdyś czarnego, dziś splamionego głęboką czerwienią na pamiątkę żyć, które zniszczył.
Zeskoczył z sań. Czarcielenie nawet nie drgnęły, spętane uprzężą z białych piór wpatrywały się tępo w przestrzeń i czekały. Wyglądały jak szereg jeleni niedokładnie wyrzeźbionych z idealnie czarnego kamienia następnie rozłupanych na pół. Każdemu brakowało jednego rogu, każdy był niczym surowa forma wypełniona czernią – bez oczu, pyska, czegokolwiek. Tylko kształt i życie, tętniąca czerwień na szczycie rogu. Czerwień nielicznych dogasała, ich życie się wyczerpywało i jeśli wkrótce nie dostaną więcej, ciemność straci formę i uwolni się na świat niczym wygłodniała fala. Wciąż jednak miały jeszcze czas, a więc Nikołaj również miał czas – potwierdzał to zegarek kieszonkowy o trzynastu cyfrach na tarczy. Dwie wskazówki poruszały się bez ładu i składu, ale trzecia utkwiła na trzynastce, wskazując czarną godzinę. Tyle właśnie miał czasu: jedną godzinę, która mogła trwać pół roku lub jedno mgnienie oka. Ani sekundy dłużej.
Z komina wydobywał się czarny dym wprost idealny dla niego. Nikołaj wyciągnął nad nim ręce i potarł je o siebie, jakby chciał się ogrzać. Następnie chuchnął w dłonie jednym długim oddechem, wykrzesując czerwone iskry najpierw z rękawic, potem z rąk i z reszty siebie. Gdy już sam stał się tymi iskrami i nie było niczego innego, zmieszał się z dymem i zanurkował w kominie.
Ogień powoli dogasał, wszyscy domownicy spali i nikt już go nie doglądał, ale i tak pozostał dymem i iskrami dopóki nie znalazł się w dziecięcym pokoju. Tam przyjął swoją zwykłą postać. Podłoga zaskrzypiała pod jego ciężarem, ale nie dość głośno, by zbudzić śpiącą dziewczynkę, najwyżej siedmioletnią. Delikatnie pogładził ją po głowie, odgarniając jej włosy z czoła, a ta zadrżała i ciaśniej otuliła się kołdrą. Z westchnieniem cofnął rękę. Chłód. Tylko tyle miał do zaoferowania sam z siebie.
Wyciągnął z kieszeni trzy rzeczy: mroztaliczną fiolkę, lusterko i pryzmat o bardzo ostrych krawędziach. Wetknął fiolkę między materac a ramę łóżka, a następnie spędził chwilę ustawiając lusterko tak, by twarz dziecka odbijała się w nim jak najwyraźniej i jak najjaśniej. Zadowolony z efektu przystawił pryzmat do odbicia, przekrzywiając go raz w jedną, raz w drugą stronę, aż w końcu trafił. Światło załamało się i trafiło prosto do fiolki, osadzając się na jej dnie i ścianach niczym poranna rosa. Czekał w bezruchu. Fiolka napełniała się powoli, ale się nie niecierpliwił, miał czas. Uzbierał prawie całą, nim wreszcie się wycofał – wypełniała ją jasna, migotliwa substancja o dziwnej konsekwencji. Na myśl przywodziła stopione zwierciadło.
Wepchnął lusterko i pryzmat z powrotem do kieszeni, jeszcze przez moment przyglądając się światłu w fiolce i dziecku, któremu je odebrał. Na policzku dziewczynki, tam gdzie przystawił pryzmat jej odbiciu, pojawiła się kropelka krwi. Coraz częściej mu się to zdarzało, narzędzia się zużywały, a i jego dłonie nie były już takie godne zaufania jak kiedyś, mimo wszystkich jego starań.
Raz jeszcze sięgnął do kieszeni, tym razem po bryłkę węgla. Wylał na nią odrobinę światła i swoim oddechem pełnym iskier i dymu zmienił ją pluszowego króliczka. Podsunął go dziewczynce, a ta przytuliła go bezwiednie. Przynajmniej to wciąż potrafił zrobić dobrze.
– Wesołych Nieświąt – powiedział, znów zmieniając się w dym. – Do zobaczenia za rok.
Tak, spotkają się podczas kolejnej Nieświętej Nocy. Za rok, za dwa lata, może nawet za trzy lub za pięć. Ale co potem? Prędzej czy później światło się skończy, skończą się marzenia i bryłka pozostanie tylko tym – bryłką węgla, którą można będzie co najwyżej wrzucić do kominka i ułatwić kolejnemu Nikołajowi wejście do domu. Dziecko, które odwiedzał, będzie tylko dorosłym pozbawionym celu, sensu i nadziei. Nie będzie miało w sobie nawet kropelki światła, którą mógłby wydobyć. Przez niego.
Gdy wracał do sań, czarcielenie zachłannie łypały na fiolkę nieistniejącymi oczami, ale nie zamierzał się z nimi podzielić, a one, tak długo, jak były spętane białymi piórami, nie mogły nic na to poradzić. Niepomny ich głodu, uderzył biczem, zmuszając je do biegu, do szukania kolejnej ofiary, a potem kolejnej i jeszcze kolejnej. Miał czas, miał czarną godzinę trwającą pół roku i zamierzał dobrze ją wykorzystać, ale nie tu. Jedna wioska, jedno dziecko. Jedno dziecko, jeden Nikołaj. Tak było zawsze, każdej Nieświętej Nocy, jaką pamiętał.
Wkrótce sanie znów skryły się w obłokach i mógł odłożyć bicz. Dopiero wtedy wypił zawartość fiolki, zachłannie, jednym haustem. Na moment przymknął oczy z błogim wyrazem twarzy a w jego czarnej jak węgiel brodzie przybył jeden siwy włos.
Tylko jeden.















