Milion małych testów
Jest taka książka, „Milion małych kawałków”. Czytałem ją wiele lat temu, a skoro dotarłem do końca, musiała mi się podobać. Później sprawdziłem, że wokół jej autora Jamesa Freya zrobiło się w pewnym momencie sporo zamieszania, gdy okazało się, że choć twierdził, że to jego autobiografia, sporo przedstawionych tam wydarzeń było zmyślonych lub wyolbrzymionych. Wtedy tego nie wiedziałem, więc nie przeszkadzało mi w lekturze. Być może nie przeszkadzałoby mi i dziś, gdybym z góry założył, że to literacka fikcja, a nie dokument. Nie wspominam jednak dzisiaj o tym, by dywagować na temat granic prawdy w tym gatunku literackim. „Milion małych kawałków” przypomniał mi się przy okazji rozmowy z jednym z pacjentów na temat tego, że wychodzenie z uzależnienia nie jest ćwiczeniem silnej woli. Jest tam gdzieś przy końcu taka scena... (Uwaga, spoiler! To co napiszę za chwilę może – choć nie musi, to jednak nie jest kluczowy moment – popsuć komuś lekturę!) S P O I L E R S P A C E ...taka scena, gdy główny bohater, już po zakończeniu mającej być początkiem, nowego, trzeźwego życia terapii idzie do baru i tam zamawia alkohol – whiskey lub cokolwiek innego, nie pamiętam, chodzi o sam sens tej sceny – który trzyma już w dłoni, ale udaje mu się nie napić. Odstawia go i wychodzi. Pamiętam, że już wtedy wydało mi się to mocno niemądre i szkodliwe w kontekście książki, która przecież była pamiętnikiem opisującym proces wychodzenia z uzależnienia. Pomyślałem, że jeżeli ten koleś mierzy swoją trzeźwość tego rodzaju próbami, to jednak niespecjalnie rozumie swoją chorobę. A nawet jeśli była to tylko scena mająca dodać powieści dramaturgii, to biorąc pod uwagę, że zaczytują się w niej rzesze ludzi zmagających się z tym problemem, to tym bardziej powinien ją sobie darować moim zdaniem. Ale do rzeczy. To, na ile ktoś jest trzeźwy, nie mierzy się umiejętnością powstrzymania się od napicia się, wzięcia działki czy zagrania w bezpośrednim kontakcie z daną substancją lub grą. Powiem więcej, tego rodzaju próbowanie się jest bardzo nierozsądne, bo grozi nie tylko wpadką, ale i utrwaleniem złudnej wiary we własną kontrolę — przekonania, że można bezpiecznie przebywać wśród osób pijących, ćpających czy uprawiających hazard. A to – powinien wiedzieć to każdy, kto przeszedł terapię – jest czynnikiem wysokiego ryzyka dla trzeźwości. Zwłaszcza na jej początkowym etapie, gdy człowiek dopiero uczy się życia bez tego, co tak kompletnie je zdominowało. Owszem, ekspozycja bywa elementem niektórych metod terapeutycznych, ale wtedy odbywa się po przygotowaniu, w kontrolowanych warunkach, a nie w formie samotnego testowania się przy barze... Mówiąc inaczej, gdyby leczenie uzależnienia polegało na coraz intensywniejszym wystawianiu się na wyzwalacze, to tak zapewne terapia by wyglądała. Swoją drogą szkoda, bo to byłoby dużo prostsze niż ciężka, żmudna praca nad zmianą swoich nawyków i kontaktowania się z emocjami, by móc i potrafić konstruktywnie sobie z nimi radzić.














