Przez lata byłam aktywną członkinią - odbiorczynią szeroko pojętej kultury. Z dużym dystansem podchodziłam do tego, co masowe, ale też z równym dystansem - jeśli nie większym nawet - patrzyłam na siebie i swoje umiłowanie pewnego wyrywka popkultury, który dla obserwatora z zewnątrz mógł wskazywać na posiadanie przeze mnie mentalności, nazywając rzeczy po imieniu, amerykańskiej nastolatki o ilorazie inteligencji równym temperaturze w umiarkowanej strefie klimatycznej, przeżuwającej dźwięcznie gumę balonową w kolejce do Subwaya. Nie wstydziłam się i nie wstydzę tego do dziś, wiedząc, że równowaga w przyrodzie i najbliższym otoczeniu to podstawa dobrego samopoczucia i że z umiarem można czerpać ze wszystkiego i zewsząd, jeśli tylko sprawia nam to przyjemność, a o to przecież chodzi w odbiorze twórczości wszelakiej, tej mniej i tej bardziej ambitnej.
Czy nie doświadczałam czegoś na zasadzie rozszczepienia trzonu osobowości? Twoja kulturalna dwubiegunówka ma się dobrze, jak widzę - stwierdziła kiedyś moja znajoma, gdy wracając z organizowanego przez siebie festiwalu muzyki klasycznej, zapowiedziałam, że parę dni później można mnie będzie spotkać na imprezie techno w jednym z trójmiejskich klubów, który wyglądał bardziej jak opuszczony już nawet przez bezdomnych ze względu na koszmarne warunki “mieszkaniowe” squat, a dobywające się z niego w sobotnie wieczory dźwięki porównać można było do niedzielnych odgłosów w mieszkaniach sąsiadek, zawzięcie tłukących schabowe na obiad. Owszem, jeśli chodzi o (pop)kulturę, to mogę się przyznać do osobowości wielorakiej. Chłonęłam dużo, łapczywie, choć i tak mocno selekcjonowałam docierające do mnie z algorytmów google i innych otchłani internetu informacje, klipy, recenzje, trailery i artykuły.
Moim małym, corocznym rytuałem było oglądanie w środku nocy i aż po wczesne godziny poranne, z zapałkami podtrzymującymi powieki i hektolitrami redbulla pod ręką (bo wiadomo, najciekawsze wydarzenia zza oceanu wymagają poświęceń), gal rozdania nagród. Początek każdego roku był swoistym maratonem relacji na żywo z czerwonych dywanów, wielkich scen i wielkiego świata dla domorosłej krytyczki muzycznej i filmowej, za jaką się miałam. Przyssana do ekranu komputera, rzadziej telewizora, szukająca sposobu na obejrzenie całości gali Grammy czy Oscarów, wspinająca się na wyżyny umiejętności surferskich w sieci, znajdowałam zawsze interesujący mnie live stream. Ileż radości i dumy, gdy wytypowani wcześniej przeze mnie artyści zostali nagrodzeni za swoje dokonania, ileż złości i bluzgów w kierunku ekranu leciało, gdy nie zgadzałam się z werdyktem jurorów, bo udawało mi się w miarę na bieżąco oglądać większość nominowanych pozycji.
W tym roku rozdanie Złotych Globów przeleciało zupełnie przeze mnie niezauważone. Zorientowałam się dzień później, gdy social media huczały o zwycięzcach i przegranych. Jak przystało na media masowe - głośniej o tych drugich, bo przecież publiczne roztrząsanie czyichś porażek przychodzi nam, ludziom, z większą łatwością. Lubujemy się w wyżywaniu i niepozostawianiu suchej nitki na tych, którzy ponieśli porażkę, choć czasem budzi się w nas łaskawy odruch niekopania leżącego. Z przerażeniem odkryłam, że moja wiedza na temat dokonań w branży filmowej w zeszłym roku sięga poziomu bruku, a wymieniane w rankingach wygranych i przegranych filmy brzmią nieco obco. No, może pomijając kilka naprawdę podstawowych tytułów z 2019 roku. Oczywiście zrodziło się we mnie ogromne postanowienie poprawy w tym temacie i nawet zdołałam przez ostatni miesiąc obejrzeć cały jeden z nominowanych do tej nagrody filmów - “Marriage Story”, pewnie dlatego, że jest dostępny na Netflixie, a do Scarlett Johansson mam słabość od zawsze (czyli od “The Horse Whisperer”).
Do relacji z rozdania Grammy nawet się przygotowałam. Psychicznie i nie tylko (w związku z tym, że odstawiłam jakiś czas temu redbulle, zaparzyłam sobie kawę, zjadłam proteinowego batonika i pozapalałam wszystkie światła, żeby tylko nie chwyciła mnie senność. Nadchodzący rachunek za prąd wyślę więc na adres Recording Academy). Nie przystoi w końcu DJ-ce (no dobra, grajkowi) nie wiedzieć, co w muzycznej trawie piszczy i nie obejrzeć tego tryumfu muzyków na żywo. Dotrwałam do pierwszych przebitek z czerwonego dywanu i omawiania przez konferansjerów stylizacji gwiazd. Czyli veni, vidi i niestety nie bardzo - vici. Swoją nadszarpniętą dumę ratowałam nazajutrz od samego rana, czytając od deski do deski o wszystkich wygranych, włącznie z tymi zupełnie niepasjonującymi mnie kategoriami w stylu “Best contemporary Christian music performance”, traktując to jako rodzaj pokuty, choć do tej, w zamierzchłych czasach wymuszonej praktyki religijnej, nigdy się zbytnio nie przykładałam.
Nad Grammy jednak chciałabym się chwilę dłużej pochylić i głośno wyrazić radość ze zgarniętych przez ledwie 18-letnią Billie Eilish wszystkich nagród w głównych kategoriach oraz w tych kilku producenckich, bo bratu Billie, Finneasowi, również należą się gromkie owacje na stojąco za doskonały w każdym calu “debiut” siostry (celowo wzięłam ten wyraz w cudzysłów, bo ciężko mówić, żeby dziecko, które wcześniej zaczęło grać i śpiewać niż chodzić, debiutowało). Nic nie ucieszyło mojego oka tak bardzo, jak zdjęcia szczęśliwego rodzeństwa próbującego unieść wszystkie statuetki oldschoolowego gramofonu. I chciałabym wrócić do myśli z początku tekstu, bo do świadomości masowej Billie trafiła za pomocą jednego utworu, który budzi skrajne emocje, jedni go uwielbiają, drudzy przełączają stacje radiowe po pierwszej jego nucie, ale - przyznaję bez bicia - to dzięki “Bad Guy” Billie trafiła do świadomości ludzi na całym świecie, w tym do mojej. I w zdumieniu odkryłam, jak bardzo dojrzałą artystką, tekściarką, instrumentalistką i wokalistką jest dziewczyna, która świeżo osiągnęła pełnoletność. Potwierdza się moja teoria, że to nie metryka stanowi o dorosłości. Na szczęście też Eilish nie wydaje się być taką dziwną marionetką, jak inny nastoletni fenomen zeszłego roku, Greta Thunberg, i w tym miejscu wyrażę głęboką nadzieję, że mimo całej swojej niepodważalnej wrażliwości (tym, którzy wątpią w Billie, polecam posłuchać “everything I wanted”, “ilomilo”, “ocean eyes” czy “I love you”), panna Eilish nie da się tak łatwo współczesnemu, okrutnemu przecież światu zniszczyć tak szybko, jak zadziało się to w przypadku Amy, Kurta czy Heatha - a najlepiej w ogóle.
Dziś noc oscarowa. Najważniejsza w branży filmowej noc w roku. Prześpię ją mocno, mam nadzieję, jak tylko wyskoczy mi na ekranie komputera popup oznajmujący, że tekst ten pomyślnie trafił do możliwie szerokiej publiczności (z tego miejsca dziękuję znajomym, jeśli dotrwają do końca pierwszego akapitu). Jutro zamiast podliczać budżety i opisywać w pracy faktury, będę czytać relacje z rozdania nagród Akademii, przysięgając sobie w duchu, że obejrzę każdy z nagrodzonych… ba! każdy z nominowanych filmów. Zastanawiam się, czy tak jak w poprzednich latach i tym razem nie bardzo zgodzę się z wyborami wielkich (?) znawców filmu. Spodziewam się jednak naręcza nagród dla Jokera i powielenia typów ze Złotych Globów.
Wciąż uważam się za dziecko (pop)kultury. Mimo że omijają mnie najważniejsze wydarzenia światowej sztuki w czasie rzeczywistym, bo… nie wiem… zestarzałam się? Zmieniły mi się priorytety? Bardziej cenię sobie przespanie 6 godzin nocy, niż zarwanie jej po to, by z wypiekami na twarzy i pogryzionymi z emocji paznokciami poczuć się częścią świata, który mimo wszystko jest tak odległy?
Superbowlowy “halftime show” z udziałem moich dwóch ulubionych latinas też obejrzałam z opóźnieniem. Czy przez to mniej mnie ucieszył? Skądże. Odkryłam za to, że sentyment to nie wszystko i mimo szczerej sympatii do Shakiry (to w końcu jej zawdzięczam swoje pierwsze kroki stawiane w komunikacji po hiszpańsku) uważam, że gdyby nie J.Lo, to byłoby to tragiczne trzynastominutowe show.
A propos sentymentów… Nie dało się nie zauważyć powrotu Pussycat Dolls na scenę muzyczną. “React” odbija się echem od ścian mojego grochowskiego mieszkania od dwóch dni, choć z najnowszym beatem reaktywowanych “cipokotek”, jak zwykła zespół nazywać moja koleżanka ze studiów (to były w końcu ich czasy na mojej osi), walczą wciąż te mocno niszowe, smutne acz zmysłowe, elektroambientowe pieśni Lykke Li z albumu “so sad so sexy” (2018, a wciąż i niezmiennie na tzw. ripicie) oraz niezawodne “Requiem” Mozarta.
Mój algorytm na spotify powinien zgłupieć już dawno, a aplikacja przestać proponować mi cokolwiek, no bo kto za tym nadąży? Tak się jednak nie dzieje, a wszystkie moje -naście osobowości jest całkiem usatysfakcjonowane tym, co przynoszą im różne gatunki muzyczne oraz wszystkie oblicza kultury. To samo tyczy się kina czy książek. Dzięki ci, świecie, za różnorodność i za to, że jedno nie zawsze wyklucza drugie i siedemnaste.