Pod koniec studiów przez ponad rok mieszkałam w stolicy Zjednoczonego Królestwa.
Uczyłam się języka, chodziłam na fantastyczne koncerty, odwiedzałam galerie, bywałam w klubach i pubach, a żeby na to wszystko mieć i jeszcze trochę przywieźć do Polski sprzątałam domy oraz apartamenty dobrze zarabiających Londyńczyków.
To były czasy nielegalnej pracy rodaków w Wielkiej Brytanii, więc nie oczekiwało się normalnej pracy. Zresztą... to była normalna praca! Żadna uczciwie wykonywana nie hańbi.
Jedna pani, u której sprzątałam, trzymała w szafce plastikowe pojemniki z ciasteczkami. Najwyraźniej lubiła Shortbread firmy Walkers, bo miała je w dużych ilościach, w rozmaitych kształtach, z klasycznymi fingers na czele.
Podjadałam je regularnie, ilekroć przychodziłam wysprzątać u niej kąty. No wiecie, częstowałam się po prostu. Kate regularnie uzupełniała pudełka, wiec chyba się nie złościła. Zresztą byłam fenomenalną sprzątaczką. Dla tak wywoskowanej powierzchni prawie trzech metrów kwadratowych blatu stołu kuchennego i wypucowanych na błysk kranów warto było poświęcić kilka ciastek.
Z kolei pewien uroczy staruszek część czasu wyznaczonego na moje sprzątanie wolał przeznaczyć na wspólne wypicie herbaty z mlekiem i posilenie się ciasteczkiem. Punktualnie o 17.00 zapraszał mnie do ładnie nakrytego stołu, z dzbankiem pełnym parującej herbaty i kilkoma maślanymi ciastkami na talerzyku w kwiatki. I choć wówczas nie znosiłam bawarki, grzecznie ją z nim wysączałam, rozmawiając na niezobowiązujące tematy. Ten miły dżentelmen znacznie bardziej potrzebował towarzystwa niż wycierania kurzów spod zdjęć w srebrnych ramkach i drogich bibelotów...
Od tamtego czasu pokochałam Scottish Shortbread miłością bezwarunkową. Najprostsze z prostych, pachnące domem i błogim poczuciem bezpieczeństwa. Kruche, maślane, rozpływające się w ustach...
Po powrocie do kraju wzdychałam do nich tęsknie, a gdy ktoś znajomy wracał z Wielkiej Brytanii, prosiłam go o paczkę tych ciastek. Niezwykle się cieszyłam, gdy w Warszawie powstał Marks & Spencer, bo mogłam co jakiś czas robić sobie słodki prezent. No i żałuję, że zwinął żagle, bo dostęp do nich stał się nieco trudniejszy.
Te szkockie ciastka zrobicie sami w domu, nic prostszego! To tylko trzy składniki: mąka, masło i cukier, w proporcjach: 3:2:1. Żadnego proszku do pieczenia, nawet sody. Mąkę pszenną można w 1/3 zastąpić mąką ryżową lub kukurydzianą. Wypróbowałam wszystkie trzy warianty i najbardziej odpowiadała mi opcja z częścią mąki kukurydzianej (jest najbardziej krucha i lekko żółta).
I nią właśnie dzielę się z Państwem, życząc mamom radosnego Dnia Matki, a pozostałym pamiętania o tych, które dały Wam życie i oddały serce.
200 g mąki pszennej uniwersalnej
100 g mąki kukurydzianej
100 g cukru pudru
1/4 łyżeczki soli
200 g masła
Masło powinno być w temperaturze pokojowej (najlepiej wyjąć z lodówki kilka godzin wcześniej).
Rozgrzać piekarnik do 170°C.
W dużej misce połączyć mąki, cukier i sól. Masło pokroić w kostkę, wrzucić do mąki, wymieszać i rozcierać palcami, aż do uzyskania okruchów.
Zlepić całość w kulę, nie zagniatać, bo stanie się zbyt rzadkie, zawinąć w folię kuchenną i włożyć do lodówki na pół godziny.
Po wyjęciu wykleić ciastem niedużą blaszkę (23x23 cm) i wyrównać (idealnie nada się zwykła łyżka obiadowa), aby wszędzie miała jednakową grubość, ok. 1 cm.
Można od razu pokroić ciasto na prostokątne ciasteczka i ponakłuwać je gęsto widelcem, albo zrobić to tuż po upieczeniu. Wyjdzie na jedno, bo wcześniejsze rozdzielanie i nakłuwanie i tak się zleje.
Jeśli ktoś woli, może z tej porcji wylepić dwa kółka i pokroić je na części, jak pizzę. Ten sposób dzielenia nazywa się petticoat tails (lub z francuskiego petits cotés), czyli w wolnym tłumaczeniu kliny.
Piec ok. 25-30 minut (nie przepieczcie go, bo stanie się twarde). Ciasto powinno pozostać jasne, taki jego urok.