Przedostatni.
Byłam już na skraju. Kręciłam się jak wąż w żabie. Wyjdę, nie wytrzymam. Za dużo odziaływania z zewnątrz. Różnymi bodźcami. Światła, muzyka. Dziewczynkę zniosłam na rękach. Delikatnie mnie pocałowała. Ja Ją również. Bała się. Rozumiem Ją doskonale. Podchodzi do mnie inna dziewczynka: "Boli mnie brzuch". I tu błąd z mojej strony: "Trochę czy bardzo?" Ale uświadomiłam sobie szybko na czym mój błąd polegał i: "Pomasuję i przestanie." Uśmiechnęła się. Przestał boleć. Błagam. Przeżyłam sobotę. A to próby. Jutra nie pociągnę. Nie dam rady do końca. Będzie pełna sala a ja mam na koniec wyjść i trzymać, dosłownie, ramę. Ramę od obrazu. Nikt nie będzie zwracał na mnie specjalnej uwagi, jednak na samą myśl wszystko we mnie dygocze. Będę cieniem, który się telepie ze strachu. O ile nie ucieknę. Dobranoc. Nie dopiszę..., jak to czasami czynię. Jestem podekscytowana i boję się. Jak jasna cholera. Budzik ustawiony na siódmą rano.








