„Czasem nie czekasz już na człowieka.
Czekasz na ulgę, która i tak niczego nie naprawi.”


#batman#dc#dc comics#tim drake#bruce wayne#batfam#batfamily#dick grayson#dc fanart

seen from United States
seen from United States

seen from Hong Kong SAR China
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from China

seen from United States
seen from China
seen from United States
seen from United States
seen from Spain

seen from United States

seen from Italy
seen from Malaysia

seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from China
seen from China
„Czasem nie czekasz już na człowieka.
Czekasz na ulgę, która i tak niczego nie naprawi.”
Z ŻYCIA SAMOTNIKA - wpis 33 (31.07.2025)
-> Moja wyprawa do Ostrołęki... która prawie się nie odbyła
Mniej więcej w połowie lipca miałem zaszczyt zagrać na planie nowego serialu medycznego (który pewnie trafi na platformę Netflix, albo Netflixopodobne). Nie byłoby w tym jednak niczego niezwykłego, gdyby nie przede wszystkim moje poranne przygody, które spokojnie mogłem uniknąć, gdybym tylko... wyszedł wcześniej z domu. Ten jeden słoneczny dzień zapadł mi w pamięć na tyle, na tyle zakorzenił się w moim umyśle, że zdecydowałem się poświęcić jemu kolejny wpis do mojego pamiętnika.
Noc z 17 na 18 lipca nie była wielce przyjazna. Odhaczyłem z tatą plan, ale pech chciał, że ów plan, wbrew moim przewidywaniom, rozciągnął się czasowo do prawie trzynastu godzin - zaczął się w południe, skończył zaś kwadrans przed pierwszą w nocy. Żeby niefart przybrał na sile, moje następne zdjęcia (do zupełnie innej produkcji, z innej agencji) miały odbyć się z samego rana, a jako, że czekała mnie tym razem podróż do Ostrołęki, to transport zaplanowano odpowiednio wcześniej i jak się okazało - zbiórkę na transport ustalono już na 4:50! Oznaczało to ni mniej, ni więcej, że o sen... będzie trudno. Ubrudziłem niestety też plecak i choć szczęśliwie udało mi się go doprowadzić do porządku, to na drzemkę czasu nie starczyło. Ledwo wróciłem ze zdjęć, przeczyściłem torbę, zjadłem kilka kanapek, a tu już trzeba było ruszać! Ruszyłem więc na przystanek, w nienajgorszym stanie (w końcu bezsenne noce nie są dla mnie nowością), mając jedynie nadzieję, że dziesięć minut zwłoki nie zrobią nikomu problemu. W czasie jazdy szybko zacząłem żałować zbyt późnego opuszczenia chaty. Wybiła prawie 5:00 i wszyscy na mnie czekali. A nawet już nie czekali - zamierzali odjeżdżać, beze mnie! Poprosiłem opiekunkę planu, żeby poczekali choćby pięć minut, żeby jeszcze nie znikali. Załoga dała mi dodatkowy czas. Wiedziałem wtedy dobrze, że jeszcze nie wszystko stracone, ale od mojego być, albo nie być na planie zdecydują minuty, a może sekundy... Mam wrażenie, że moje myśli nawet odczytał kierowca N62, który od początku mknął przez ulice prawie niczym rajdowiec i z prędkością godną podziwu mijał kolejne przystanki. To był świetny znak i aż prosiło się o dobre zakończenie! Będąc już w centrum, natychmiast opuściłem ultra pospieszny autobus, po czym czekało mnie zaledwie jedno przejście dla pieszych. Nie musiałem na szczęście łamać przepisów, bo zaświeciło zielone światło. Mimo nieidealnej orientacji w terenie, zorientowałem się prędko, do którego konkretnie wozu mam wsiąść i usłyszawszy potwierdzenie, że to ten bus do Ostrołęki, odetchnąłem z ulgą. Nic więcej dla mnie się nie liczyło w tym momencie. Zaryzykuję wręcz stwierdzeniem, że już wygrałem ten dzień, mimo, że przecież ledwo co minęła piąta rano! Nawet ironiczne "Może jakieś przepraszam?" (cóż, nie zdążyłem tak szybko co pewien jegomość wykrztusić z siebie tego jednego magicznego słowa) nie ostudziły mojego zadowolenia. Ostatecznie nikt nie przepadł, a ja, w pełni na luzie, mogłem podziwiać nieustannie zmieniające się widoki za oknem i tak przez mniej więcej sto minut. W mazowieckim miasteczku na literę "O", w którym przyszło mi spędzić większość dnia kręcona była m.in. scena ucieczki z psychiatryka. Nie ukrywam, że brzmi to całkiem spektakularnie, tym bardziej, że fabularnie w owym budynku wybuchł pożar, a namiastkę tegoż pożaru poczułem na jednym z poprzednich dni zdjęciowych, kiedy to naprawdę się paliło. Tego dnia obeszło się jednak bez jakichkolwiek podpaleń, aczkolwiek nie było to najważniejsze, a też prawdę mówiąc nie mam zbytnio parcia na szkło i zobaczenie się na ekranie średnio mnie ekscytuje. Często zerkałem na zegarek i próbowałem zgadnąć, o ile będę bogatszy po tym dniu. Drugi opiekun planu bowiem zaskoczył bardzo miłą informacją, że czas dojazdu (a nawet też powrotu!) zostanie wliczony w czas pracy i dzięki temu pewnym było to, że otrzymam dodatkową forsę za nadgodziny. Pytanie tylko brzmiało, ile pieniędzy w sumie wyjdzie? Tu przyznam się, że pierwszy raz od dawna, będąc na zdjęciach, nie chciałem za szybko kończyć. Plany filmowe mają taką wadę, że nie obowiązuje stawka godzinowa, a zamiast tego jest jedna stawka za dzień, przez co na ogół najbardziej opłacalne są tylko krótkie zlecenia tego typu. W tym przypadku zaś było niemalże na odwrót. Wiedziałem dobrze, że każda godzina dłużej = dodatkowe dwie dyszki dla mnie - żadna fortuna, ale zawsze coś do przodu! Zmiana nastawienia sprawiła, że nie towarzyszyły mi prawie żadne złe myśli, żadne poczucie zmarnowanego dnia itp., a zamiast tego robiłem swoje i cieszyłem się chwilą (i tym, że zdążyłem na transport naturalnie!).
Finalnie, za cały plan zgarnąłem lekko ponad ćwierć tysiaka, co jest zdecydowanie jedną z wyższych kwot, jakie przytuliłem za dzień, a za statystowanie zwłaszcza. Pod koniec już tylko szereg formalności, czyli odbiór banknotów, obserwowanie z bananem na twarzy zmieniających się co chwila krajobrazów, no i wreszcie zameldowanie się w domu. Powiem otwarcie - jestem zadowolony z tego dnia i to bardzo, głównie za sprawą poczucia ulgi, że zdążyłem, pojechałem, zagrałem, zarobiłem (i to nie aż tak mało!) i ta jakże pozytywna emocja praktycznie mnie nie opuszczała. Jestem pewien, że gdybym o świcie zjawił się na miejscu choćby pół minuty później, gdyby odjechali, a tym samym moja późniejsza wypłata przepadła (nie miałem opcji samodzielnego dojazdu na plan), plułbym sobie niesamowicie w brodę. Najwyższy czas zerwać ze spóźnieniami i pilnować się bardziej.
Czas sie wziac w garsc, szkoda ze nie chcialo ci sie poczekac.. a nie w sumie to nawet lepiej… Przynajmniej widzę jaką osobą jesteś, zwykłą zakłamaną kurwą a nie przyjaciółką, dostałaś kurwo drugą szanse, a nie zasługujesz na nic kopa w dupe nawet nie jesteś warta, zajebista zabawa była tak grać na uczuciach nie? szkoda ze zajebałem tego missclicka, i ci wybaczyłem wtedy... teraz będe bacznie obserwować nim kogoś do siebie dopuszczę... Im ktoś jest milszy na początku tym szybciej wychodzą prawdziwe intencje...
Z drugiej strony czuje mega ulgę... czas zrobić selekecje, niektóre osoby nie powinny sie z przypadku pojawić w moim życiu..
Będzie co robić skupiam sie na pracy, jutro ogarniam sie definitywnie, i lecimy....
Mam dosyć ludzi którzy mówią że to ja jestem roszczeniowy gdy oczekuje jedynie bycia w porządku kiedy ja jestem okej.
Ide się jeszcze wyczillować przed spaniem i lecimy!
PS do pewnej osóbki coś czuje ze nadal czytasz te posty pamiętaj olbrzym idzie wszyscy zdrajcy prędzje czy później pozostaną rozliczeni. karma wróci a to nie ja jestem zły, a wy źle uważacie o mnie, z tą różnicą że ja zawsze chętnie wyciągałem do was pomocną dłoń.
Ulga
Jak dobrze jest w końcu się od ciebie uwolnić...
Lubię wracac do domu , mogę pozwolić sobie na ściągnięcie z siebie wszystkiego włącznie z uśmiechem. Mogę zamknąć się, pobyc sama ze sobą i pozwolić na chwilową ulgę...
Kiedyś przestanie obchodzić mnie twoja obojętność
~Mam cie w dupie szmato nie potrzebuje cie, bez ciebie mi lepiej więc pal wroty z mojego życia~
Dzięki alkoholowi nic nie czuję