To były wakacje niesamowicie wpływające na tok moich myśli. Wakacje pełne uśmiechów i wkurwień. Radości i obaw. Wdzięczności i chęci walnięcia kogoś w twarz tak mocno, aby obrócił się kilkukrotnie wokół własnej osi. Wakacje pełne dumy i wstydu.
Te momenty, w których mam ochotę krzyczeć, wrzeszczeć, pokazywać ludziom siebie, wspierać innych, młodych i starych; te momenty wiecznie są przeplatane wstydem, strachem, niepewnością, przerażeniem, zaciśniętymi ustami i schowaną w kieszeni flagą.
KTO ma prawo decydować o tym, co jest właściwe, a co nie? KTO ma prawo decydować o tym, czy pełniąc określoną rolę społeczną można, czy nie można? KTO ma prawo decydować o moim zaangażowaniu, szczerości, prawie do bycia?
Kiedy i gdzie żyjemy, aby wybierano kto i co ma nosić, kim i jak ma być?
Dlaczego czuję strach, złość i wstyd, kiedy dziecko pyta czy mam męża; dlaczego czuję strach, złość i wstyd, kiedy nastolatek pyta, czy mam w sobie coś z kolorów tęczy? Dlaczego odwracam wzrok, wrzeszcząc wewnętrznie, ukrywając się, bojąc?
Dlaczego boję się skarcenia, oskarżenia, zawstydzenia, utraty zaufania, pozycji, utraty pracy, szkalowania, osądzania, odebrania tego co daje mi radość?
Dlaczego muszę walczyć o prawo do nauczania dzieci o siedmiu kolorach tęczy na niebie? Dlaczego muszę się tłumaczyć z takich zajęć?
Dlaczego wbito mi do głowy, że niewłaściwym, nieodpowiednim, niemoralnym będzie powiedzieć nastolatkowi, że tak, że nie jest sam, że wśród jego wychowawców są ludzie podobni do niego, że ma się do kogo zwrócić?
Dlaczego poczucie samego siebie jest przez innych poddawane w wątpliwość? Dlaczego ludzie nie mogą zaakceptować tego co jest, nie dodając niczego od siebie?
Dlaczego milczymy o tym, co rzeczywiście może być traumą lub prowadzić do złych skutków, nie mówiąc już nawet o utracie wszelkiego autorytetu i bycia wzorcem; a zewnętrznie i wewnętrznie zakazuje nam się mówić o tym, co jest dla młodych tak ważne?
Dlaczego świat jest tak spaprany, że będąc nauczycielem nie mogę nauczać; że będąc wychowawcą nie mogę wychowywać będąc w pełni szczerą i autentyczną osobą? Dlaczego chowam się po kątach i wiecznie zamartwiam, dlaczego boję się na ulicy złapać ukochaną osobę za rękę, dlaczego boję się własnego środowiska pracy?
Duszę się, kochając to co robię i wiecznie schylając głowę, by przypadkiem nie pokazać swojego prawdziwego oblicza.
Duszę się, słysząc pytanie: "o, a tamten chłopak, to jest normalny?".
Duszę się, będąc poniekąd karconą za rozmowę i opiekę nad dzieckiem lub nastolatkiem wymagającym rozmowy i opieki.
Duszę się nie mogąc być sobą.
Tak bardzo wnętrze mnie walczy, tak bardzo krzyczy, tak bardzo potrzebuje się pokazać, być zauważonym, tak bardzo chce walczyć o te wszystkie dzieciaki, o siebie, o innych. Tak bardzo się boi.
Nie wiem, nie umiem określić się do końca, co mnie czasem wkurza, a czasem napawa dumą. Nie wiem czy dookreślenie jest konieczne. Wiem, kim nie jestem. Wiem, o co chcę walczyć. Wiem, że jestem przerażone. Wiem, że nie chcę takie być.
Bez wstydu. Bez lęku. W prawdzie.
Jutro pójdę do pracy z radością i przerażeniem.
To jedna z traum dnia codziennego.