Głodomorra powraca! Głodna i wściekła!
Tak, jak każda baba, patrzę czasem w lustro, bo muszę. Kiedy jednak już gapię się na siebie samą, okazuje się, że nie bardzo podoba mi się widok. Najczęściej po prostu odchodzę od lustra, tudzież stosuję metodę ignorancji - Ja nie będę mówić, że jestem gruba, to nikt nie będzie o tym mówić. Generalnie ta ostatnia zasada działa w szczególności dobrze w korelacji ja i mój Mężczyzna, tudzież ja i MojaSuka, oraz ja i MojaWrednaKota. Cały dalszy świat mnie najczęściej nie interesuje.
Co się ostatnio zmieniło? Ano przyjaciółka dzwoni i świergoczącym ze szczęścia głosem oznajmia, że przyjeżdża na moje urodziny. Myślę - ok. No ale musiała zadać pytanie: “To gdzie idziemy się pobawić?” Że co?!?!
Lata świetlne minęły od kiedy musiałam wyginać się w rytm tańca. Nie to że tańczyć nie umiem lub nie lubię, bo kiedyś planowałam zostać zawodową tancerką. (Może trzeba się było trzymać tej myśli biorąc pod uwagę moją obecną karierę). Tak czy owak, problemem nie był taniec. Była szafa. Właściwie nawet nie tradycyjne: “Nie mam co na siebie włożyć” (chociaż szafa pęka w szwach i nie może więcej znieść). Chodziło raczej o coś bardziej przyziemnego. Co ja na siebie włożę, skoro nic, absolutnie nic, na mnie nie wchodzi?! Yyyyy… i to właściwie był impuls, który rozpoczął kolejny - Jak uniknąć wyjścia na imprezę?
Przez chwilę oszukiwałam się, że na grillu i tak będę w długiej bluzie Mojego Mężczyzny (bo cieplejsza), oraz nikt nie będzie mnie oceniał spojrzeniami, bo przecież wszyscy widzą jaka jestem i kropka.
Na własnych urodzinach dostałam od tej samej kochanej przyjaciółki zaproszenie do 3miasta na jej własne urodziny. Wtedy to już mnie zupełnie rozłożyło na łopatki. W 3mieście raczej bluza dresowa i buty do łażenia po górach nie będą najlepiej widziane.
Po powrocie, bardziej zgaszona perspektywą przyszłego wyjazdu, niż faktem ukończenia 28 - go (fuck!) roku życia, stwierdziłam, że chyba technika ignorancji mi za bardzo nie pomoże, więc jeżeli nie zamierzam ignorować wszystkich innych domniemanych zaproszeń na przestrzeni następnych kilku lat, które wymagają ubrania się jak człowiek, to trzeba by było coś z tym zrobić.
Oczywiście na imprezę do 3miasta nie schudnę tyle, aby wleźć w coś szykownego z własnej szafy. (Ten temat w co się ubiorę pozostawiam nierozstrzygnięty aż do piątku - bo wtedy będę musiała się w końcu spakować). Myśląc jednak przyszłościowo - w końcu czas się zabrać za siebie.
Krótka historia mojego przybierania i malenia
Urodziłam się nieco większa niż większość dzieci. Potem polubiłam kaszkę manną i wyglądałam już nie jak okrąglutkie dziecię, a jak kwadratowe. Następnie mama odstawiła kaszki. Schudłam i jako dziecko generalnie gruba nie byłam. (Jak na tamte czasy generalnie byłam nieco większa niż inne dziewczynki, ale patrząc na to co się teraz dzieje - to byłam szczupła aż do liceum). W liceum mój tryb życia się zmienił na bardziej siedzący i bach! Dziesięć kilo. Potem schudłam w końcu (to było już na studiach) na diecie “Nowojorski system radykalnej odbudowy ciała” coś tam w 14 dni - Davida Kirscha. Ale potem problemy osobiste, bla bla bla. Znów to samo. Tym razem więcej przybrałam. Dwa lata temu (no może jeszcze z pół roku trzeba dodać) miałam absolutne załamanie swoim odbiciem w lustrze i zaczęłam dietę Duncana. Kompletnie mi nie pomogła. Schudłam 2 kg, bo zaczęłam się więcej ruszać. Kiedy doszłam do punktu w którym stałam przed wyborem operacji plastycznej, aby to się wydarzyło szybciej, a nowo znalezioną Master Cleanse, stwierdziłam, że zrobię ten program oczyszczania i jak to nie pomoże, to chyba już nic. Oczywiście przedłużyłam wszystko i trwało to zamiast 10 dni, 20 dni. Efekty były spektakularne! Schudłam 10 kg. Niestety kilka miesięcy później miałam stłuczkę samochodową (swoją drogą nie z własnej winy!), dzięki której nie mogłam się ruszać tak jak wcześniej, no i kilogramy wróciły od siedzenia w domu. Nie jadłam nawet dużo więcej niż zwykle, po prostu brak ruchu.
Kiedy próbowałam znów MC, nie przyniosło to żadnych rezultatów. Po 10 dniach poddałam się. Próbowałam jeszcze ze dwa razy. Efekt ten sam.
Potem był etap akceptacji tego, że nie będzie już tak prosto schudnąć i poddanie się temu, że przecież nie wyglądam jeszcze aż tak źle. Etap ignorowania problemu szedł całkiem dobrze, bo trwał bity rok. Aż do końca maja. Ech!
Tym razem natrafiłam na dietę 3D Chili. Wszystko podobno opiera się na przyprawach i mam nadzieję, że tym razem będzie lepiej. W końcu muszę jeść i być zdrowa, bo kto będzie inny biegał z MojąSuką, jak Mój Mężczyzna ciągle w pracy. Tak więc rozpoczęłam dzisiaj dietę na dwoje (bo Mój Mężczyzna gotuję w większości), więc nie będzie mu się chciało robić dwa razy obiadu.
Najlepszy tekst z dzisiejszego ranka
Zapomniałam wspomnieć, że Mój Mężczyzna jest zapalonym mięsożercą. Więc:
- Kochanie, co jemy na śniadanie?
- Kefir z bananami i z cynamonem.
- A gdzie mięso? …Ty mnie już nie kochasz…