O życiu i takie tam
Spisałem trochę wspomnień z młodych lat, kiedy latem wyjeżdżaliśmy na zbiory wiśni do wsi o nazwie Wesołówka. Przeżyliśmy tam przygody nie zawsze wesołe, jak ratowanie dwójki dzieci z Wisły, które matki wsadziły w małe dętki z Ursusa z doklejonym dnem i puściły na Wisłe, choć same nie potrafiły pływać czy śmierć młodego mężczyzny, który utopił się w Wiśle. Tyle czasu się za to zabierałem i miałem, jakąś blokadę, ale dwa dni temu siadłem i napisałe i to sporo.
Byli zgraną paczką, chociaż po ukończeniu podstawówki te kontakty, były nieco luźniejsze. Nowe szkoły nowi kumple, więcej lekcji i trochę mniej czasu dla starych kumpli, ale nie było tak źle.
Chmura, Chudy, bracia Pikolo i Figiel, bracia – Miron i Szary, Szakal i Cypis. Skład ekipy na przestrzeni lat się zmienia, ale oni trzymali się długo.
***
Słońce dopiero co zaczęło wygrzewać asfalt, a w powietrzu unosił się ten specyficzny, letni zapach, który zawsze zapowiadał długi dzień pełen oczekiwania i niespodzianek. Szary zatrzymał się na chwilę, by zawiązać buta i spojrzał na brata który szedł obok. Szary był od niego nieco wyższy i starszy o dwa lata, co w ich wieku – kiedy każdy centymetr był na wagę złota – dodawało mu autorytetu, ale cicha rywalizacja między nimi trwała. Szli w stronę parku. Wystarczyło przejść przez ulicę i już, było się w zielonej wyspie otoczonej domami z kamienia i cegły, ich królestwa, w którym każde drzewo miało swoją historię, a każda ścieżka była świadkiem dziecięcych planów i zdartych kolan. Zanim zdążyli zejść z krawężnika, usłyszeli za sobą charakterystyczne kasłanie i już wiedzieli, że z domu wyszedł Chmura.
- Ej, czekajcie! – rzucił, dociągając do nich. Wkroczyli do parku, który czekał na nich jak otwarta księga.
Słońce przebijało się przez korony starych drzew, rzucając na alejki ruchome plamy światła. Szary, Miron i Chmura zajęli swoją ulubioną ławkę – tę z wygiętym oparciem, na której ciemno zielona farba pamiętała jeszcze czasy ich dzieciństwa.
- Jak przeżyjemy te zbiory, to będziemy twardzi jak stal – rzucił Szary żując gumę. – Wiśnie w tym roku podobno obrodziły tak, że gałęzie prawie ziemi dotykają. Maciejówka nas wykończy.
Chmura, który do tej pory patrzył w tylko sobie widoczny punkt, odwrócił głowę.
- Maciejówka to stan umysłu panowie. Tam czas płynie inaczej, zwłaszcza jak człowiek siedzi dziesięć godzin na drabinie, ale słuchajcie, mam wizję... wyobraźcie sobie taki system zbierania, że tylko podkładasz skrzynkę, a drzewo samo się trzęsie – zawiesił głos, uśmiechając się pod nosem w swoim marzycielskim stylu.
- Chmura, zejdź na ziemię, bo wpadniesz w krzaki – zaśmiał się Miron wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. – I co? Człowiek już nie będzie potrzebny, a młodzi nie zarobią na wakacje.
Wtedy usłyszeli śmiech. Głośny, przebijający się przez szum drzew. Przez park szli: Chudy, Pikolo, Szakal, Patison i Figiel, który jak zwykle szedł na przedzie, wymachując rękami. Wszyscy mieli ciężkie plecaki i już nie mogli się doczekać wyjazdu.
- Ekipa w komplecie! – krzyknął Figiel, dopadając do ławki.
- Chłop se kupił gitarę, a w domu wody nie było – rzucił Chudy kolejny dowcip bez sensu odpalając papierosa.
Szakal wybuchnął krótkim, gardłowym śmiechem.
– Dobra, dobra, Chudy, oszczędź nam tych sucharów – odparł Szakal, poprawiając na głowie czapkę z daszkiem. – Lepiej powiedzcie, czy bierzecie prowiant na Maciejówkę czy będziemy żreć same wiśnie?
Patison otworzył plecak, w której coś podejrzanie grzechotało.
- Mam zapas marynowanych specjałów od matki i kilka konserw. Jak zjem te patisony, to będę miał siłę na zrobienie kilku drzew dziennie – zażartował, wyciągając mały słoik, którego nakrętka błysnęła w porannym słońcu.
- Przecież tam dają wyżywienie i to bardzo dobre. Bez sensu to targać. Zresztą, będziemy raczej tu wracać, żeby uzupełnić zapasy.
Chudy, który wyglądał jakby pęd powietrza mógł go przewrócić, usiadł na oparciu ławki, wyglądając ze swojej wysokości jak bocian na gnieździe. Jego wystające kości policzkowe i nieco zmrużone oczy sprawiały, że różnił się od chłopaków. Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko dalekim dźwiękiem przejeżdżających aut. Siedzieli i stali tam – chłopaki ze zgranej paczki, w swoich spranych dżinsach, krótkich spodenkach i własnoręcznie farbowanych koszulkach planując wyprawę, która w ich głowach urosła już do rangi wielkiej, letniej przygody.
Dochodziła dziesiąta i słońce już wysoko zawisło nad miastem, wygrzewając mury domów, które pamiętały odległe czasy i ten czas, gdy każde z nich stawiało tu pierwsze kroki. Szary siedział na ławce, wpatrując się w stronę chodnika, którym szło kilka dziewczyn.
- Dobra, plan jest jasny – zaczął, przesuwając dłonią po szorstkim oparciu ławki. – Maciejówka to nasz cel, a potem zobaczymy, co nam wyjdzie.
Chudy spuścił głowę.
- Chłopaki, ja muszę się wyłamać. Jadę do rodziny do Szczecina i w tym roku nici z wiśni.
W grupie zapadła cisza, przerywana tylko dalekim stukotem końskich kopyt uderzających w asfalt. Koń ciągnął furę wyładowaną węglem, a woźnica pochylony myślał o swoich sprawach. Dla nich, w cieniu tych domów, każda taka zmiana w składzie, była małą tragedią.
Chmura, jak zawsze zapatrzony gdzieś w stronę horyzontu, westchnął ciężko.
- Szkoda, Chudy. Bez ciebie to już nie będzie to samo. Tak, jak i bez Cypisa, który zasuwa w kamaszach, ale co zrobić. Takie życie panowie.
- Mówi się trudno. Może później uda mi się wyskoczyć z wami nad jeziorko.
Patison poklepał dumnie swój plecak.
- Panowie. Z prowiantem nie będzie problemu. Mam zapas marynat, a jak dojdą do tego
wiśnie, to będziemy mieli ucztę jak królowie.
- I będziemy latać po krzakach – rzucił Szary i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
















