Tytuł w Gazecie Świątecznej z 20go lutego „Dlaczego Razem zezuje na prawo?” ma pewną zaletę: publicystyczność. Jest chwytliwy i daje do myślenia. Zastanówmy się: jeśli ktoś zezuje na prawo, to znaczy, że patrzy w prawo, czy właśnie, że nie patrzy? A może tylko, ukradkiem, spogląda? Taktycznie zerka? kontrolując flankę, sterując jednocześnie w obranym kierunku? Albo próbuje patrzeć (albo nie patrzeć), ale – ze względu na upośledzenie, czy nieumiejętność, a być może zniesmaczenie – to się jednak nie udaje? Trudno powiedzieć.
Niemniej jednak dla zorientowanych analitycznie, a nie cynicznie, pozycja Razem jest dość czytelna: chodzi o umożliwienie innej polityki. Nic dzisiaj prostszego, niż zlać się z KODem i, tkwiąc w samozadowoleniu, pogłębiać stare podziały. Albo w nie popadać, gdyż są one tyleż strukturalne, co dynamiczne. Dlatego znacznie trudniej zatrzymać się na chwilę i przemyśleć, skąd obecny kryzys demokracji – materialny, nie formalny – czerpie swoje źródła. Z całą sympatią, KOD powinien zostać zdekodowany. Musi stać się bowiem jasne, czy w owo szlachetne oburzenie nie wpisane są również mechanizmy, które autokratyzują Unię Europejską, które nakręcają przeciwników Polski Liberalnej i które dały władzę PiSowi. Razem, zajmując pozycję analityka, pełni najlepszą rolę diagnostyczną, a zarazem otwiera i organizuję drogę konkretnych przemian. Poza horyzontem rzeczników Komitetu Obrony Demokracji potrzebna nam jest więc Demokratyczno-Ekonomiczna Krytyka Organizująca Demokrację Egalitarną Razem. DEKODER.
Każda formująca się podmiotowość musi zacząć od pytania „co ja konkretnie mogę przynieść do wspólnego stołu?”. Tak jak w Chrystusowej przypowieści o wdowim groszu, wkład może być ograniczony, lecz prawdziwie substancjalny. Odmowa owczego pędu jest właśnie tą cnotą, którą lewica wnosi dziś do Europy. Lewica, zauważmy, nie socjaldemokracja. W czasach Blaira polityka socjaldemokracji polegała na odcinaniu kuponów od lewarowania w londyńskim City. Sektor finansowy pompował bańkę toksycznymi kredytami, a za ochłapy z ich stołu państwo budowało szpitale. Doprowadziło to oczywiście do sparaliżowania zmysłu krytycznego na lewicy liberalnej, do trwającego do dzisiaj kryzysu z 2008go i do największego zasiłku w historii ludzkości – „danego” przez podatników dysfunkcyjnym bankom – a także do znaczącej utraty wiarygodności kategorii „socjaldemokrata”. Przypominają się kredyty wojenne poparte przez socjaldemokrację przed I Wojną Światową.
Razem zaczyna od pracy u podstaw, budując nowy wzór zachowań i nowy język, nieistniejący dotąd w polskiej debacie parlamentarnej, a wzrastający z lewicowego dorobku i lewicowej wrażliwości. Jest to dorobek krytycznego myślenia; przede wszystkim – autokrytycznego; doświadczonego autokracją, tak cudzą, jak własną. Dorobek, który kazał Kuroniowi walczyć z PRLem. W efekcie, Razem kwestionuje dyskurs obowiązujący w Polsce do tej pory i wciąż uparcie lewicy narzucany – na przykład dychotomią „lewica liberalna”/”lewica socjalna”. Albo „prawdziwa” (w cudzysłowie, jak zastrzegła autorka w wywiadzie dla TOK FM). Tudzież „młoda”. Razem jest lewicą. To znaczy, lewicą. A jaka wynika z tego treść, elementarna intelektualna uczciwość zabrania rozważać ahistorycznie. Z samej definicji bowiem lewica jest historyczna, postępowa, dialektyczna, wzrastająca z żywego, opresjonowanego ciała. Jest do przodu. O czym lewica myśli dziś, liberałowie, budząc się z ręką w nocniku, dowiedzą się pojutrze; a konserwatyści dopiero w następnym pokoleniu (i wtedy to będzie dla nich dorobek ojców).
Jeśli demokracja liberalna jest fetyszem, stawianym przez jej adwokatów poza autentyczną krytyką (to jest krytyką, która może wykształcić coś bardziej na miarę czasów, niż neoliberalizm), PiS jest jej symptomem. Odpadki, które produkujemy konsumując, w końcu zatruwają środowisko. Mało poważnym jest jednak protestowanie przeciw własnym odpadkom. Im bardziej nieprawica będzie występować przeciwko ludowi, tym wyżej jej formacja będzie odlatywać ku liberalnym utopiom, gdzie powietrze jest jak zysk – czysto liberalne. Bardziej poważny jest recykling, czyli polityka inkluzywna. W tym – uznanie siebie za produkt systemu. A najpoważniejsza jest profilaktyka. Zmiana trującego paradygmatu na przyjazny środowisku, zakładający zrównoważony rozwój i brak alergii na zbliżenie z ludem.
Dla lepiej obytych z lewicowym milieu polska kategoria „nieprawicy” jest równie niejasna, co „zezowanie”. Liberalizm to w światowym słowniku właśnie prawica. Polityce progresywnej nie zależy na mydleniu ludziom oczu, nawiewaniu mgieł typu „centrum” (rodzące „peryferie”), „nieprawica” czy „trzecia droga”, ale o realną drugą opcję i uniwersalność. Pojęcie „nieprawica” ma do tego ten fatalny dialektyczny defekt, że zaraz na starcie ustawia jego adwokata w defensywie. Stajemy się obscenicznym cieniem swojego adwersarza. Odtąd można dookreślać się wyłącznie negatywnie, a już z Freuda wiemy, że nieświadomość nie zna negacji. Staramy się, szamoczemy, a symptomy wyłażą i wyłażą, wychodzi prawicowo i bardziej prawicowo, i jeszcze bardziej prawicowo. Skutki tego widzieliśmy, podziwiając miłosne tango PiSu z PO. Jasne było, że jedno potrzebuje drugiego, że obie formacje oznaczają się wzajemnie. Nadejście Nowoczesnej, która – będąc w komfortowej sytuacji nierządzących – mogła zaostrzyć język liberalnego populizmu, postawiło Schetynę w konieczności bełkotu, schizofrenicznego wydzierania języka raz to z jednej, raz z drugiej strony prawicowej giełdy. Widoczna tu formuła, sformułowany przez Franka Underwooda dylemat „władza czy pieniądze”, wciąż brnie sobie w najlepsze w paradygmat prawicowy.
Wzrastając ze świata pojęć i aspiracji progresywnych, lewica jest zorientowana afirmatywnie. Cieszy się różnorodnością, inspiruje różnicą, rozwija świat, który odkrywa w optyce wzajemnego wspierania się, inwestycji w rozwój, mnożenia perspektyw i życiowej energii całości. Inkluzywny, z naukowym zacięciem i zdecydowanie rock&roll. My lewaczki cieszymy się kwiatkiem na równi z elektroniką, ekonomią na równi z polityką, pracą intelektualną na równi z fizyczną. Nie kupujemy produktu z metką „autentyczny”, tylko sami produkujemy. „Gender” to nie jest dla nas tylko performatywność po godzinach, ale kwestia samostanowienia w ogóle. Ciało społeczne, traktowane na lewicy po partnersku, staje się podmiotowością równie ważną, jak to indywidualne. We don’t just press „play”, we really play.
Niestety, wokół jest pustynia, która rośnie. I biada temu, w kim się ona kryje. To nie jest w żadnym wypadku zrównoważony rozwój, to jest zdecydowanie spirala dopingu. Przez całe lata cierpieliśmy hordę wypalonych, samotnych, nihilistycznych trzydziestolatków. Z gadżetami, bajerami, w medialnych selfie; w tańcu z gwiazdami, na wysokościach; – antropologiczna katastrofa skacząca po szczeblach hierarchicznych korporacji. Słuchaliśmy języka sukcesu, zadając sobie pytanie, kto po tym wszystkim będzie sprzątał. Przecież oni nie chcieli, ani nie umieli zejść na ziemię. A tuż za nimi, jak Gollum, podążali narodowcy. W odorze własnych wydzielin, taplający się w plemiennej kazirodczej kadzi, chcą mieć pod sobą lud zamieniony w ministrantów: pierwszej kategorii i na jedno kopyto. Toczony paranojami, w pułapce mentalności oblężonej twierdzy, rodzący sobie ciągle ciągłe stany zagrożenia… Duszno im; wciąż więc poszukują przestrzeni życiowej, marzonej na podobieństwo macierzystej stojącej kałuży. – I jeśli to karykatura, śmiech jest tutaj lewicowy.
Jak zauważa sama autorka „Zezowania”, język transformacji nie był li tylko językiem transformacji, ale, konkretnie, językiem transformacji w kapitalizm. I rodził problemy, które lewica adresowała już w dziewiętnastym wieku. Oryginalność przemiany zainicjowanej w 89tym jest więc, koniec końców, żadna. To nawrót w mit dwudziestolecia, w to-już-było. W cykl kryzys-wojna-reforma. To neuroza zamieniona w system polityczny, reprodukująca nam się wszystkim w głowach: reklamą, sklepem, uniwersytetem, ekspertem. Polacy ulegli wtedy złudzeniu Ziemi Obiecanej. Forma owej trans-formacji była raczej dziecięcą foremką podaną nam przez Zachód, w którym desperacko pragnęliśmy widzieć dorosłego opiekuna. Plan Balcerowicza prymusowsko wyrecytował zwyczajową rotę IMFu, balkony zakwitły talerzami anten satelitarnych, a w wymarzonych restauracjach McDonald'sa Polacy dostąpili Pierwszej Komunii Liberalnej. Coca Cola znów była zdrowa. Mamy wkładały ją dzieciom w pudełka śniadaniowe (9 łyżeczek cukru w puszce! kochające mamy).
Formacja intelektualna, która nam komunii udzieliła, zaczęła od ogłoszenia końca historii. „Reforma” była jej copyrightem, jej nowomową, niezbędnym ideologicznym gwoździem i analogonem hasła „socjalizm tak, wypaczenia nie” (Stefana Kisielewskiego trawestacja „socjalizm nie, wypaczenia tak” doczeka się, przeżywając autora, inkarnacji w kryzysie z 2008go). „Konieczne są reformy” oznacza w ustach liberałów „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Stąd, jeszcze kiedy byli w fazie lustra – gdy przeglądali się we wzorach z zachodniego filmu, przymierzając do biurowca i do muru wokół domu – już wtedy należało radykalnie urealnić społeczną perspektywę. I nawet nie dlatego, że ta liberalna doksa właśnie wtedy też zaczęła doprowadzać do PiSu. Choć oczywiście zakładała, nieświadomie czy świadomie, rozbudzenie nacjonalizmów. Trudno było się tej karty wyzbyć, generując zastępy społecznie upośledzonych, których zawsze łatwiej wygrywać, antagonizując między sobą. Odkrycie, że kapitał ma narodowość, jest więc zasadne – choć może zastępy Kaczyńskiego nie wiedzą jeszcze, jak to działa. Narodowość wysnuwa się z logiki własnej Kapitału i świetnie poddaje się jego instrumentalizacji.
Gdy rozum śpi, budzi się egoizm.
Wola transformacji w kapitalizm jest naszą duchową i intelektualną porażką, i nie dlatego, że PiS, ale dlatego, że PRL. Bo skąd właściwie ów Ludowy PR nam się wziął? Czyż nie w odpowiedzi na problemy generowane przez Kapitał? Banalizacja elit przy jednoczesnym spacyfikowaniu większości nierównością, odcięciem od wartości dodatkowej i zamianą pracy w siłę roboczą, doprowadza w końcu do autorytaryzmów i totalitaryzmów. Po meandrach historii, często w piórach i konfetti karnawału, ale nieuchronnie. A do przemiany w zamordyzm dochodzi po konwergencji systemów. W tym sensie, jeśli dać się mu rozbujać, PiS jest tylko PRLem-bis. (Tak samo jak niejasne procedury i brak demokratycznej weryfikacji upodabnia Eurogrupę do decydentów z Komunistycznej Partii Chin. Unia Europejska – tak, ale pod warunkiem Europejczyków u jej sterów, decydujących wspólnie o Europejczykach. A do tego potrzebne jest upodmiotowienie europejskiego społeczeństwa, a nie tylko europejskiej biurokracji). Gdzieś w przełomie 89go zagubił się Polakom zmysł krytyczny, uwierzyliśmy, że nowe elity będą różnić się od starych i oddaliśmy stery „prawom” rynku. Jak zaobserwował Walter Benjamin, za każdym przypływem faszyzmu stoi nieudana rewolucja. Pozwoliliśmy liberałom na reformy w imię PKB, liczby przesłoniły wartości, a teraz zdławiona Solidarność straszy nas PiSowskim zombie.
Czy trzeba było odrabiać tę lekcję? Radykalna krytyka transformacji, wbrew tezie liberalnej, nie należała bezapelacyjnie do środowisk prawicowych. Dyskurs prawicowy nie jest krytyką transformacji kapitalistycznej, ale jej symptomem. Paradoksalnie, prawdziwa krytyka transformacji czekała na Polaków ugruntowana, rozwinięta przez społeczeństwo międzynarodowe, w tym Zachód i jego lewicę. Natychmiast zresztą podjęła ją, na przykład, polska sztuka krytyczna. Kiedy pierwsi polscy yuppies łykali „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi?”, w Kowalni robiły wrażenie „Symulakry i symulacja” i pytanie „co dalej?”.
Pieśń Doświadczenia i Pieśń Młodości. Zakładając, że doświadczenie nie znosi kabotyństwa, że trzeba je mieć z pierwszej ręki, ten argument Bielik-Robson można odwrócić i zwrócić jej do ponownego przemyślenia. Zachód to społeczeństwa ostrych podziałów społecznych, rodzących radykalizm. Lewica na Zachodzie była bardziej doświadczona urynkowieniem stosunków społecznych, trzeba było się wsłuchać, co ma w arsenale przeżyć – moglibyśmy się przynajmniej dowiedzieć, czym również my mieliśmy zostać doświadczeni. I myśląc o podziałach, musimy wkalkulować w to eksport wycenionej rynkowo siły roboczej z Trzeciego Świata do metropolii. Na przykład z Polski – ale też z chińskich fabryk – do Niemiec, naszego najważniejszego partnera. Moglibyśmy usłyszeć o pułapce średniego rozwoju i neokolonializmie. Ale też o eksporcie politycznej niestabilności z metropolii do Trzeciego Świata (patrz „Bliski Wschód”). O wszystkim, co zapakowano w hasła poziomu życia, jedności Zachodu i narodowej suwerenności.
Zdaje się, że w 89tym mieliśmy lepsze podstawy, by być lewicowym, nie prawicowym. Bo u nas związek zawodowy(!) doprowadził do krótkiego spięcia w obwodzie, który reklamował się jako ideologiczny, a okazał się zwykłą organizacją władzy.
Dziś Zachód znów zaczyna przypominać Związek Kawalerów Ostrogi z „Transatlantyku”, spiętych w kurczowym uścisku i dźgających się wzajemnie szpikulcem kryzysu. Ci, którzy kupili transformację w kapitalizm, nie znali z doświadczenia tej sadomasochistycznej pasji. Nie wiedzieli też, jaką to rodzi wewnętrzną pustkę, egoizm popijany intelektualną colą. I dzisiaj wielu ludzi, już kapitalizmem doświadczonych, zaczyna przeczuwać, o co chodziło w faszyzmie. Że chodziło o „jeszcze”. Że ci, którzy nic nie czuli, zostali zapewnieni, że dotąd nie było dość mocno. – Ale są też tacy, którzy zbliżyli się na krok od odkopania „Kapitału”. Marksa. Jego wglądu, że Kapitał jest, po pierwsze, nieekonomiczny. Bo nie jest zdolny do recyklizacji nadwyżek. W relacjach CEOs z wyrobnikami, w ujęciu globalnym. Z centrum do peryferii, w ujęciu europejskim. A w pojęciu polskim: z Zachodu na Wschód.
Liberalna mentalność zdaje się albo konsumować, albo akumulować, gdy świat naokoło woła inwestycji. I jeśli dotąd dobrze nam się żyło na Zachodzie, to dlatego, że na nasz komfort zasuwały również filipińskie szwaczki i chińscy niewolnicy Apple’a; ustalone było, kto jest od inwencji oraz technologii, a kto jest od surowców i brudnej roboty; a producenci elektroniki doskonale kapitalizowali rzezie i gwałty w Kongo. Ciśnienia z Europy eksplodowały sobie gdzie indziej. Musimy łapać nawyk pytania „jak to działa?”, by postawić dobrze kwestię „co to znaczy?”.
Dzisiaj pytamy o KOD i Konstytucję. Agata Bielik-Robson nie pyta już o diagnozę, ale o to, co robić – dopowiadając: „jak reformować?”. Pytanie cyniczne, jeśli je postawić w paradygmacie liberalnym. Agenci przekształceń w Polsce mieli na reformy 27 lat transformacji i ostatnie dwie kadencje rządów. Mieli wszystkie instrumenty, a wiadomo, że w warunkach liberalnych łatwiej jest posiadać instrumenty, niż się ich dorabiać. 27 lat – przy kompletnej absencji polityki lewicowej na poziomie parlamentarnym, przy wszystkich rynkowych gatekeeperach dyskursu. 27 lat wśród promotorów jednostronnej narracji, opowieści łamanej przez opowieść, a nie formuły dialogicznej, rozmowy na wszystkich poziomach społecznego konstruktu. Czas zejść z koropracyjnego drzewa i ewoluować. Bądźmy wspólnotą polityczną, a nie cyniczną.
Gdy wśród lewicy na świecie przeważało poczucie, że paradygmat marksistowski nie zaspakaja potrzeb polityki lewicowej, wykształcono nowe pojęcia, nowe sposoby myślenia, przeformatowano dotychczasowy system operacyjny i zastąpiono przestarzały twardy dysk. Deleuze, na przykład, dostarczył kategorii kłącza i ogrodu, zaczęto tworzyć elektorat dla ogrodu i węzłowe okręgi wyborcze dla nowej polityki. Parafrazując tytuł filmu Hala Ashby’ego – oni już tam byli. Formuła ogrodu, w przeciwieństwie do dotychczasowej doksy, jaką była umowa społeczna oraz figura klasy średniej (i prawnika jako antropologicznego ideału), pozwalała myśleć, na przykład, o tych elementach zjawiających się w ogrodzie, które może nie są z naszej bajki, ale które tym niemniej dokładają się do kompozycji. Tworząc często dramatyczną, a nie narracyjną – ale całość.
Stawką kryzysu konstytucyjnego, w którym się dziś znaleźliśmy, jest uprzytomnienie sobie materialnych podstaw, które są racją bytu konstytucji, państw i trybunałów. Prawo, jeśli ma być prawem, ma w obowiązku służyć tym podstawom. Na poziomie indywidualnym jest to godność ludzka. Na poziomie wspólnoty – sprawiedliwość społeczna. Metazasad, które mówią nam, jak stosować prawo, nie da się uregulować. Ale można je kultywować i organizować. W demokracji opinia publiczna jest wiążąca dla władzy. I tak jak sędzia ma w obowiązku wezwać wszystkich świadków i biegłych w procesie stosowania prawa – z troski o stan faktyczny i uzasadnienie swoich rozstrzygnięć (które wchodzą w szerszą, dialogiczną, domenę dyskursu) – tak każdy aktor społeczny powinien umieć się (re)prezentować, by dostarczyć procesowi demokratycznemu paliwa.
Skąd wszelkie procesy biorą swą energię? – czy jest to wzrost organizmu (podział komórkowy), czy twórczość artystyczna (inspiracja), czy przemiany polityczne (polityka)? – Ze zróżnicowania. – Dlatego Agatę Bielik-Robson prosimy, by nam jednak przeszkadzać.
A do Pani Premier, po ludzku, apelujemy: Beata, drukuj ten wyrok! – My już go opublikowaliśmy.
[marzec 2016
w odpowiedzi na “Dlaczego Razem zezuje na prawo”, Agata Bielik-Robson, Magazyn Świąteczny Wyborczej
http://wyborcza.pl/magazyn/1,150990,19650600,dlaczego-razem-zezuje-na-prawo.html ]