Tam gdzie poznańskie pyrki chodzą parami
Nasz nowy dom!

No title available
🪼
Three Goblin Art

Janaina Medeiros
I'd rather be in outer space 🛸
Mike Driver
Jules of Nature
KIROKAZE
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ

Origami Around
Cosmic Funnies
Game of Thrones Daily
$LAYYYTER

Discoholic 🪩

⁂
occasionally subtle

Kiana Khansmith
Claire Keane
Alisa U Zemlji Chuda
wallacepolsom

seen from Malaysia
seen from Spain

seen from United States
seen from Finland
seen from T1

seen from United States
seen from Czechia

seen from Australia

seen from Malaysia
seen from South Africa

seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from Australia

seen from United States
seen from Türkiye
seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from Israel
@pyrki
Tam gdzie poznańskie pyrki chodzą parami
Nasz nowy dom!
CEGLANA ALEJKA
Londyn nie bez przyczyny nazywany jest kulinarną stolicą europy, pomimo opinii że brytyjczycy nie umieją gotować. Fakt, z rdzennych wyspiarzy tylko Gordon Ramsey, Jamie Oliver i Nigella Lawson są mistrzami tej sztuki, ale jeśli chcemy spróbować kuchni z całego świata to najlepszym miejscem jest zdecydowanie Brick Lane Market.
W niemal każda niedzielę pasjonaci jedzenia i kucharze zjeżdżają się do Brick Lane by dzielić się wspaniałościami swoich krajów. Market znajduje się na przeszklonym parterze starej kamienicy, która może i nie jest estetyczna, ale na pewno nadaje klimatu. Jedzenie sprzedawane jest z wcześniej ustawionych straganów i mobilnych kuchni.
Kiedy wchodzi sie do Boiler House, gdzie m.in. serwowane jest jedzenie, uderza ogrom zapachów. Zaczęliśmy przemierzać alejki w poszukiwaniu tego jedynego przysmaku, jednak na szczęście nasze wysiłki w tym zakresie spełzły na niczym. Dlaczego? Ponieważ na Brick Lane wszystko kusi kolorami, zapachami i smakami, a wszyscy artyści częstują próbkami przechodniów by zachęcić ich do kupna ich kulinarnych dzieł. Dobrze wiecie jak kochamy takie miejsca, więc dla nas wybór nie był łatwy!
Poczynając od kuchni wegetariańskich z wielu krajów około-indyjskich, azjatyckich i latynoamerykańskich, poprzez ciężką wołowinę i wieprzowinę Ameryki południowej i środkowej aż po delikatne azjatyckie i europejskie propozycje drobiowe. Ciężko jest wymienić wszystkie kuchnie w tym zakątku Lonydnu. Jedno czego można być pewnym odwiedzając market jest to, że za cenę £5-£6 za danie i kolejne £2-£5 za deser można wyjść szczęśliwym z tego miejsca. Każdy znajdzie coś dla siebie.
No dobra, to na co my się zdecydowaliśmy?
Nasz wybór padł na falafela we wrapie! Kolory i pełnia zapachów z tego miejsca kompletnie skradły nasze zmysły.
Cieciorkowy kotlet smażony w głębokim tłuszczu, zwany falafelem, często z naszego doświadczenia potrafi być dość suchy i kruchy jak za mocno przesmażona wieprzowina. Na szczęście nie tym razem.
Kotlet był wyśmienicie chrupiący na zewnątrz i wspaniale miękki w środku. O pozostałych warzywach i chrupiącym wrapie nie musimy wspominać, prawda?
Panie przygotowujący nasze przysmaki to prawdziwe profesjonalistki dbające o najwyższe standardy higieny na jakie tylko pozwalają polowe warunki marketu.
Oczywiście nie obyło się bez piwka na tyłach Boiler House gdzie również często można spotkać food trucki, pokazy kulinarne na żywo, ulicznych muzyków i wiele więcej. W ten weekend musieliśmy się jednak zadowolić słońcem i zimnymi lagerkami.
Na zakończenie przedstawiamy deser najbardziej żarłocznej pyrki, który zdążył zawitać już do Poznania jako Bubble Waffle Poznań.
LA BOQUERIA MARKET CZYLI HISZPANIA W LONDYNIE
Tym razem bardzo gościnny The Old Spitalfields Market położony w sercu Londynu przyciągnął pyrki do siebie hiszpańskimi smakołykami… i hiszpańskim piwem!
Marka Estrella prowokuje do częstej konsumpcji złocistego trunku swoimi świetnymi wyrobami. Tak więc skuszeni obietnicami złota i strawy przygotowanej ze słonecznym zamysłem wybraliśmy się na market znajdujący się w okolicy Liverpool Street.
Sam market był wypełniony nie tylko stoiskami z jedzeniem i piwem, stolikami i bardzo przyjemnymi beczkami przy których spokojnie można było kosztować dobroci, ale i muzyką. Hiszpańskie nowoczesne rytmy wypełniały powietrze dodając klimatu imprezie.
Piwne stoisko, do którego ciągnęła w szczególności jedna z pyrek, było najwyraźniej główną atrakcją gdyż znalazło się w centrum marketu. Wokół można było spotkać wspomniane stoliki i beczki oraz pozostałe stoiska.
Powietrze wypełniał zapach wspaniałego, gorącego niczym latynoskie dziewczyny jedzenia. Popłynęliśmy, wiemy, ale jak inaczej można oddać to co czuliśmy tego dnia? Czarne i jasne risotto z owocami morza, hiszpańskie pierożki empanadillas, kanapki z oliwkami, rybami i owocami morza, kiełbasa chorizo, czy panierowane kulki z kurczakiem i serem oraz panierowane kalmary, na które się właśnie zdecydowaliśmy.
Smażone kalmary skropione cytrynką były przepyszne. Zakupione owoce morza były mięciutkie i dobrze przyprawione. O tym jak dobrze nam zrobiła panierka nie musimy chyba wspominać? W połączeniu z hiszpańskim piwem, muzyką i klimatem imprezy mieszanka stała się wybuchowa i wręcz porywała do tańca.
Jedno z piw, które można było spotkać na imprezie to była naturalnie Estrella. Nie widzieliśmy tego trunku przed przybyciem do Londynu, ale trzeba przyznać, że hiszpanie wiedzą jak robić dobre piwo. Jest to delikatny lager bez umilaczy w postaci cytrusów, które możnaby było się spodziewać po południowym piwie. Jest jednak na tyle przyciągające i ożywcze, że chętnie do niego wracamy.
Jednak na tej imprezie zdecydowaliśmy się na piwo Inedit. Głównie z tego względu, że nawet w brytyjskich sklepach nie namierzyliśmy tego smakołyku. Jest to bardzo wyraziste pszeniczne piwo słodowe warzone z przyprawami. Posiada naszym osobistym zdaniem tą samą nutkę co i Estrella, jako że oba trunki dzielą się producentem.
Tak impreza nam sie podobała, że zabraliśmy pamiątkę do domu.
FOODPORN W CAMDEN
Dzisiaj wasze kochane pyrki chcą wam pokazać coś zupełnie nowego, szalonego, nadzwyczajnego i wyjątkowo połechtać Wasze podniebienia prosto z Londynu!
Jedna z pyrek ma niebywałą okazję odwiedzić jedno z najciekawszych kulinarnie miejsc w wyspach. Mowa o Camden Market w Londynie.
Camden jest określane mianem jadnego z najbardziej 'hipsterskich' miejsc w mieście. Plac Zbawiciela w Warszawie ma bardzo poważnego konkurenta. Wspomniany rynek jest bardzo ciasny. Szereg straganów i sklepów wmontowanych w wąskie uliczki między kamienicami ma niezwykły klimat. Można tutaj spotkać ręcznie robione rozmaitości. Od biżuterii po najróżniejsze wyroby skórzane, koszulki, instrumenty, płyty winylowe, odtwarzacze owych płyt oraz oczywiście jedzenie z całego świata!
Rozpoczynając od kuchni hiszpańskiej poprzez włoską, brazylijską, portugalską, japońską, chińską, wietnamską, holenderską, duńską, afrykańską, meksykańską, amerykańską, litewską na polskiej kończąc! Miejsce aż kipi zapachami z każdego zakątka świata. Najbardziej co prawda się przebijał zapach smażonej cebulki od naszych rodaków prowadzących stoisko z pierogami.
Po obejściu wszystkich stoisk, przyznaję zrobiłem się bardzo głodny. Wybór był conajmniej zacny! Jednak ostatecznie skusiłem się na duńskie tradycyjne naleśniki z syropem klonowym.
Owe naleśniki mają inne ciasto niż nasze polskie. Po pierwsze są bardziej miękkie i podejrzewam, że na proszku do pieczenia, gdyż bardzo ładnie rosną. Przygotowuje się je na specjalnej płycie grzewczej, na której można zrobić 50 naleśników jednocześnie. Jest to bardzo szybki proces, więc tylko mistrzowie są w stanie ogarnąć 50 sztuk na raz. Po nalaniu ciasta do kilku wgłębień były one sprytnie obracane metalowym pręcikiem.
Można było skosztować kilku kompozycji jak np. naleśniki z owocami polane nutellą czy z masłem orzechowym. Ja zdecydowałem się na wersję z syropem klonowym. Nieźle!
Teraz zapraszam was na fotograficzną wycieczkę po tym wspaniałym miejscu. Na sam widok cieknie nam ślinka. Smacznego!
DRUKOWANE NA ŚNIADANIE
Ach te weekendowe pobudki o 13:00 kiedy już porządnie świta. W takie dni jest zdecydowanie niedobrze nadwyrężać się przygotowywaniem śniadania, więc pyrki wybrały się do miejsca gdzie przygotowano śniadanie za nas! Tym miejscem jest oczywiście Drukarnia Skład wina & Chleba w Poznaniu mieszcząca się przy ul. Podgórnej.
Polecamy włączyć w tło ścieżkę dźwiękową - Tom Odell - I Know, a poczujecie się jakbyście tam byli!
Zacznijmy tradycyjnie od wystroju. Drukarnia wygląda właśnie tak, jak pyrki lubią najbardziej. Drewniane brązy połączone z szarością betonu i stali tworzą bardzo przyjemny klimat. Sam układ restauracji jest ciekawy. Pierwszą rzeczą jaką spotykamy po wejściu do Drukarni jest skład wina,kilka stołów oraz piekarnia gdzie na oczach klientów przygotowywane są ciasta i pieczywo.
Czuć w powietrzu przyjemne zapachy pieczywa, które w połączeniu w delikatną sobotnio-niedzielną muzyką poprawią humor każdemu. Wszystko prezentuje się wspaniale i nie potrzeba wina aby móc się w pełni odprężyć w tym miejscu.
Idąc dalej napotkamy na kilka schodków oraz dalsze rzędy stołów i stolików. Trzeba przyznać, że widok z tylnych stolików jest świetny. Można na chwilę się zapomnieć i po prostu przypatrywać się jak płynie życie w kawiarni i na ulicy.
Jeśli jednak chcemy się schować przed światem mamy taką możliwość. Mijając kuchnię, która jest również w pełni wystawiona na widok gości, możemy usiąść przy głębiej położonym stoliku lub wyjść na podwórko. Musimy przyznać, że miejsca jest bardzo dużo i każdy na pewno znajdzie stolik o każdej porze dnia.
Dobrze, ale przejdźmy do samego śniadania! W weekendy są wydawane nieco dłużej niż w ciągu tygodnia. Mianowicie od poniedziałku do piątku do godziny 12:00, a w weekendy do 13:00. Tak, wiemy że to szalenie wcześnie jak na sobotę i niedzielę, ale warto się poświęcić.
Tradycyjne śniadanie angielskie podawane w Drukarni jest przepyszne. Bekon, jajko sadzone, marynowane grzybki, ogórek, pomidor, fasola i placek ziemniaczany na jednym talerzu! Połączenie, które wymyślili brytyjczycy jest genialne. Dostaliśmy również cały koszyk przeróżnego pieczywa, które jest oczywiście wypiekane na miejscu.
Żytnie, tradycyjne białe, wieloziarniste, pełnoziarniste czy razowe - wybór należy do was. Chleb podawany do śniadania jest pierwszej klasy. Wspomniane smakołyki prezentują się wspaniale na talerzu. No spójrzcie tylko!
Wspomnieliśmy, że do każdego śniadania dostajemy bardzo przyjemną kawę, herbatę lub sok? M. zamówił jeszcze dodatkowo lemoniadę z miętą, która była bardzo orzeźwiająca (szczególnie w przypadku “syndromu dnia poprzedniego”, sic!).
Wspomniane śniadanie jest bardzo syte, mimo że na takie nie wygląda. To za pewne za sprawą wielu różnych potraw w małych ilościach na dużym talerzu, ale możecie czuć się spokojni - nie odejdziecie od stołu głodni.
Skoro mowa o odchodzeniu od stołu, to trzeba wspomnieć o możliwości kupienia pieczywa oraz ciast. Mamy do wyboru nawet takie wynalazki jak chleb słodowy na miodzie!
Skusiliśmy się na białe, piękne, pachnące pieczywo z żurawiną i poszliśmy na spacer w ten jakże piękny słoneczny poranek.
Należy również wspomnieć, że cała ta przyjemność nie kosztowała nas kosmiczną ilość pieniędzy, choć nie było to najtańsze doświadczenie. Dwa śniadania plus lemoniada wyniosły 34zł.
Serdecznie zapraszamy wszystkich do spróbowania smakołyków w Drukarni. Jest to bardzo wyjątkowe miejsce, które plasuje się w pierwszej dziesiątce kawiarni w Poznaniu.
Autorzy: Delfina i Mateusz
Blog: @pyrki
Miejscowość: Poznań
Data pierwszego posta: lipiec 2015
Poznańskie Pyrki to para smakoszy, która obecnie rezyduje w Poznaniu. Pochodzą ze Złotowa na północy Wielkopolski. Żeńska połówka nadal studiuje, a Mateusz podjął pracę już rok temu. Uwielbiają jeść, a Delfina kocha też gotowanie.
Czy często jadacie na mieście? Co lubicie jeść najbardziej?
Oj, w miarę możliwości jemy na mieście kilka razy w tygodniu. Często nawet w tych samych miejscach, jeśli nam bardzo przypadną do gustu. Najbardziej lubimy sushi oraz włoską kuchnię. Na początku miesiąca stawiamy na kuchnię japońską, a pod koniec sami gotujemy włoskie dania, wiadomo… :)
Skąd pomysł na pisanie recenzji poznańskich lokali?
Zrodziło się to z miłości do jedzenia i ładnych zdjęć. Poznań jest bardzo bogato wyposażony w świetne knajpy! Warto to pokazać. Delfina pierwsze trzy lata studiowała w Gdańsku i cierpiała z braku możliwości kulinarnych w tym mieście. W stolicy wielkopolski znalazła dom dla swojego podniebienia. Pyrki Jedzą to sposób na połączenie pasji i pokazanie tego - Mateusz lubi fotografować i jeść, a Delfina gotować… i jeść :).
Czy mówicie właścicielom o swoich recenzjach?
Staramy się poprzez Facebooka wysyłać informacje o fakcie dokonanym lub zostawiamy podpis na serwetkach obok napiwku. Jesteśmy w trakcie reklamy strony, w czym nam pomagają również znajomi.
Gdzie najbardziej lubicie bywać w Poznaniu? A gdzie jeszcze nie byliście, lecz chcielibyście koniecznie zawitać?
Jeśli chodzi o sushi to oczywiście GOKO, które czeka na swoją recenzję, a w przypadku kuchni włoskiej to Viva Pomodori! (która doczekała się już swojej). Są to zdecydowanie nasze ulubione miejsca i oba znalezione przypadkiem. Chcielibyśmy odwiedzić wszystkie miejsca na świecie, będziemy nad tym pracować, ale póki co na naszej liście znalazły się takie pozycje jak Para Bar, Bo Poznań czy osławiony Sztos. Cieszą nas nawet takie drobne miejsca jak Covrig czy Ę Rybę! Z jednej strony są to niezobowiązujące miejsca, zaspokajające mały głód, a z drugiej mogą być zbawieniem o 2:00 w nocy po imprezie na starówce.
Życzymy fantastycznych odkryć kulinarnych i czekamy na dalsze rekomendacje!
Zdjęcie: @pyrki
Wywiad dla ekipa.tumblr.com
PYZY NA KÓŁKACH
Kiedy jeszcze pot nam leciał po tyłku i nie chciało się stać przy garach w okropnie rozgrzanej kuchni na 4 piętrze pod samym dachem, wybraliśmy się na starówkę w poszukiwaniu inspiracji na obiad. Na zatłoczonym rynku rozstąpił się tłum, jak za Mojżeszową laską, i naszym oczom ukazał się Coś Innego by Hugo. Jest to foodtruck jak żaden inny.
Rozlatujące się kampery, z których serwuje się oryginalne jedzenie też mają swój urok, ale jednak estetyka hugowego wozu jest niczym produkty apple u blogerek.
Przejdźmy do jedzenia. Na pierwszy rzut oka danie przypomina wyglądem kebab, ale kebabem nie jest w żadnym wypadku! Zamiast styropianowej buły otrzymaliśmy cieplutką i chrupiącą, a zarazem puszystą pyzę. W środku, zamiast mielonki z wołowiny z 20% mięsa, spotkaliśmy się ze 100% kaczką i wołowiną. Kaczka z sosem śliwkowym należała do D., a wołowinka z sosem musztardowo-miodowym do M. Wzięliśmy dodatkowo soczki z czarnych porzeczek.
Do wyboru są również sezonowe dodatki kapuściane. Wydawałoby się, że nietuzinkowa pyza załatwi sprawę. Wystarczy dodać bukiet surówek i oryginalny kebab gotowy. Otóż nie! Coś innego by Hugo proponuje nam wyjątkowe kapuchy, których jeszcze nigdzie nie widzieliśmy takie jak np. marynowana rzodkiew czy kiszona kapusta z płatkami chilli. No i pyza jest grillowana!
Wszystko wyglądało bardzo smacznie, a smakowało jeszcze lepiej. Mięso było miękkie i niewysuszone. Walory smakowe podkręcały głównie sosy i wyjątkowe dodatki. Chociaż sama pyza, to właściwie główna atrakcja tego dania. Wspomniany drożdżowy specjał był chrupiący z zewnątrz i miękki w środku - czyli taki jaki być powinien. Nikt nie spodziewał się takiego połączenia. Panom z foodtrucka wyszło ono wyśmienicie.
Wszystkie produkty pochodzą z upraw ekologicznych, a samo danie jest połączeniem tradycyjnych w Poznaniu pyz z nowoczesnymi dodatkami. Tylko szkoda, że się nie najedliśmy do syta. Trzeba przyznać, że mogłoby być więcej dobra na talerzu. Wersja z kaczką i sosem śliwkowym jest szczególnie polecana, gdyż to połączenie jest raczej niespotykane, a naprawdę warto spróbować.
Nie jest to niestety najtańszy sposób na obiad biorąc pod uwagę stan napełnienia naszych żołądków. Niemniej jednak jest to faktycznie coś innego i serdecznie polecamy wszystkim żarłokom!
ZABIERZ TO Z WERANDY
Uuu praca praca, ale nie przecież samą pracą żyje człowiek! Prawda? Z tą myślą właśnie pyrki zawitały do Werandy Take Away na terenie Starego Browaru od strony Parku Dąbrowskiego.
Tym razem nie będzie opisu żarełka, oj nie! Tym razem pyrkom zachciało się piwka (czyt. M. chciał piwka). Weranda Take Away należy oczywiście do rodziny Werand poznańskich. Jest to w naszym odczuciu wyjątkowe miejsce z pysznymi (choć stosunkowo drogimi) drinkami, sokami, kawą, herbatą oraz wyjątkowymi piwami, które w dużej mierze pochodzą z polskich browarów.
Tak więc M. skusił się na Be Like Mitch, a D. na Corneliusa grejpfrutowego. Piw nie mamy zamiaru opisywać oczywiście. To nie jest nasze zadanie, gdyż nie czujemy się w tej kwestii kompetentni, ale możemy wam zdradzić że bardzo nam smakowały.
Skupmy się na samym miejscu! Centrum starego miasta, schowane między budynkami, w parku. Do dyspozycji są leżaki, poduszki, stoliki i krzesełka. Super sprawa dla spędzających lato w mieście! Weekendowy relaks smakuje dużo lepiej właśnie w takim miejscu.
Warto wspomnieć, że Weranda Take Away organizuje muzykę na żywo pod hasłem “Lazy Sunday”. Tak więc mieliśmy okazję relaksować się przy bardzo przyjemnych nutach muzyki elektronicznej połączonej z saksofonem i bongosem.
Możemy polecić to miejsce śmiało wszystkim umęczonym, udręczonym i zamęczonym i bardzo wypoczętym pyrkom! Może nas tam spotkacie!
SIÓDMY PIERÓG PO JAGODACH
Wszyscy rozumieją, że D. lubi gotować... no, ale pierogi? Zobaczmy co D. ma na swoją obronę!
Zawsze mi się wydawało, że to grubsza sprawa jest... No dobra - tak było. Od dziecka pomagałam babci i mamie w robieniu tony pierogów na święta. To była prawdziwa taśmówka. Dzień na lepienie świątecznych pierogów musiał być dużo wcześniej „zaklepany”. Nic innego tego dnia nie było robione. Od rana do późnego popołudnia – pierogi. Więc nic dziwnego, że nigdy się jakoś nie paliłam, żeby samodzielnie podejść do tematu pierogów. Aż tu pewnego dnia…
M. był jak zwykle głodny. Postanowiłam wykorzystać jagody tym razem do obiadu. Przepis jest banalnie prosty i zaskakująco szybki w wykonaniu (pod warunkiem, że nie robicie zdjęć na bloga w międzyczasie oczywiście). A już totalnie przekonało mnie to, że nie musiałam iść do sklepu po produkty do ich przygotowania. Ciasto jest tak proste, że każdy ma w domu potrzebne do niego produkty. No dobra, jagody nie każdy ma, ale to był czas kiedy jagody były wszędzie, poza tym można użyć tych mrożonych, nawet ze sklepu. Sprawdzałam, można kupić mrożone jagody w sklepie (M. nie chciał wierzyć).
Jeszcze jedna sprawa. Pierogi zawsze jadłam raz w roku. Wróć. Pierogi zawsze robiliśmy raz w roku. Taka tradycja. Bo dużo roboty, bo to nie to samo, bo już na święta tak nie smakują jak się je częściej jada. Owszem, na pierogi z kapustą i grzybami czekam cały rok i dzięki temu mogę je bezkarnie jeść przez całe święta aż do sylwestra i w sylwestra i jeszcze trochę po sylwestrze… (mówiłam, że dużo ich robimy?). Ale pierogi z jagodami to już nie to samo. No i ilość nie ta sama. Komu by się chciało w wakacje stać cały dzień przy lepieniu pierogów? Z jednej porcji ciasta wyjdzie zaledwie 20-30 sztuk – w sam raz na jeden obiad dla dwóch osób.
Ciasto:
300 g mąki pszennej,
pół łyżeczki soli,
200 ml gorącej wody,
30 g masła.
Cały myk polega na tym, że masło wrzucamy do gorącej wody i czekamy aż się roztopi. Następnie przelewamy wodę z masłem do przesianej mąki z solą i zagniatamy przez kilka minut. Początkowo radzę użyć łyżki do mieszania, bo gorące. Kiedy ciasto jest gładkie dajemy mu odpocząć przez 30 minut pod ścierką (czystą proszę).
W tym czasie płuczemy jagody (około 0,5l) i oprószamy je mąką i cukrem.
Odrywamy sobie kawałek ciasta i rozwałkowujemy na cienki placek. Wycinamy kółka średniej wielkości szklanką, nakładamy po dwie łyżeczki jagód i dokładnie sklejamy brzegi.
Pierogi delikatnie wrzucamy do gotującej się, lekko osolonej wody. Pod wpływem pierogów woda przestanie się na moment gotować, ale kiedy znowu zacznie wrzeć odliczamy 2-3 minuty i szybko wyciągamy za pomocą chochelki. Aby uniknąć ich sklejenia przelewamy je zimną wodą i równomiernie rozkładamy na talerzach.
Według mnie najlepiej smakują podawane z jogurtem greckim i cukrem. M. wcinał na „sucho” (bo mi nie wolno cukru... gdy D. widzi).
W związku z tym, że świeżych jagód brak, nie każdy zamroził, a do sklepu daleko poniżej alternatywa dla jagód. (M stwierdził, że post powinien zachęcać do wypróbowania przepisu, a on bez jagód by się zniechęcił).
Farsz z twarogiem na słodko:
0,5 kg mielonego półtłustego twarogu,
2 żółtka,
2 opakowania cukru waniliowego,
4 łyżeczki cukru.
Wszystkie produkty wrzucamy do miski i dokładnie mieszamy widelcem.
P.S. Dla nas święta bez pierogów z kapustą i grzybami oraz sałatką jarzynową to nie święta. A połączenie tych dwóch potraw sprawia, że nawet trzecia powtórka powtórki Kevina wydaje się być telewizyjną premierą.
PRECLOVO Z PIECA
Tym razem nasze kulinarne wycieczki zapędziły nas do Covriga na ul. Półwiejskiej. Jest to punkt w sam raz dla przeciwników fast-foodów, którzy nie mogą się im od czasu do czasu oprzeć (tutaj M. rzuca ukradkowe spojrzenie D.).
Otóż Covrig nie jest takim zwyczajnym fast-foodem. Jest miejscem, którego w Poznaniu jeszcze nie widzieliśmy. Właściwie to nigdzie nie widzieliśmy.
Covrig mocno się wyróżnia na tle kiczowatych wystaw i elewacji na ul. Półwiejskiej. Nie można przejść obojętnie obok czarnej fasady z dużymi, zwracającymi na siebie uwagę, żółtymi napisami i logo precla.
Poza pięknym zapachem świeżego pieczywa (mamy nadzieje, że nie pochodził z rozpylaczy) uwagę przykuwają ładne panie w fartuszkach wyrabiające preclowe ciasto.
Jak się okazało na miejscu, oprócz klasycznego precla (0,99zł!) z sezamem, cukrem trzcinowym i cynamonem lub poprostu z makiem i solą, mamy do wyboru covri doga, czyli precla z parówką (2,99zł) lub frankfurterką (3,49zł). Dla spragnionych znajdzie się kawa w firmowym kubku na wynos, a nawet kefir i inne chłodne napoje.
Wasze pyrki skusiły się na podłużną odsłonę, z parówką w środku i serem na spodzie. Tym razem dokupiliśmy sobie ketchup, co by mieć lepsze porównanie do tradycyjnego hot doga.
Ciasto było fantastyczne! Mięciutkie, pachnące i posypane makiem. Parówka w środku, jak to parówka - smaczna i zwyczajna. D. mówi, że to nie jest zwykła parówka, bo podobno składa się w 93% z mięsa, a nie w 90% z MOM-u. Nie mieliśmy absolutnie nic przeciwko powyższemu składowi naszej przekąski. Wszystko nam bardzo smakowało i zniknęło w naszych paszczach w mgnieniu oka.
Jeśli jesteście w biegu, a przejadły wam się drożdżówki i hot-dogi z Orlenu to biegnijcie koło Starego Browaru. Tam znajdziecie covrigowe precle za zeta. Nie pożałujecie!
P.S. Mamy jeszcze jedno ciekawe miejsce w zanadrzu, które według nas stanowi konkurencję dla poimprezowego kebaba na Wrocławskiej. Domyślacie się o czym mowa?
NIECH ŻYJĄ POMIDORY!
Cześć!
Naszła nas refleksja, że właściwie nasze recenzowanie powinniśmy zacząć od naszego ulubionego miejsca w Poznaniu jakim jest skromna włoska knajpka o wdzięcznej nazwie Viva Pomodori!
Restauracja spod znaku pomidora zasłużyła na szczególne miejsce w sercu D. jako, że ul. Fredry jest ulubioną naszej pyrki. Dawno temu, gdy szukaliśmy włoskiego miejsca na obiad, M. spostrzegł właśnie Viva Pomodori. Oto kilka smaczków, które wskrzesiły naszą miłość do tego miejsca.
Naszą uwagę przykuła otwarta kuchnia, którą widzicie powyżej. Daje to uczucie bliskości z kucharzem i potrawami, na które czekamy. Bardo lubimy, gdy restauracja nie ma nic do ukrycia i w każdej chwili możemy podejść i zajrzeć kucharzowi za kołnierz. Warto dodać, że pomimo bliskości kuchni nie przytłaczają zapachy przygotowywanego jedzenia. Unosi się w powietrzu apetyczny, nienarzucający się zapach.
D. urzekły półki z pustymi butelkami po osławionym włoskim winie Prosecco. Miejsce jest dzięki temu bardzo klimatyczne. Czekając na jedzenie, popijając lampkę wina, D. próbuje zapamiętać jak najwięcej etykiet, co okazuje się niewykonalne ze względu na tak dużą ich ilość, popijane wino i słaby wzrok D.
Viva Pomodori nie odznacza się super nowoczesnym wnętrzem, które spotkać można w większości nowo-powstałych knajp w Poznaniu. Skromność i lekkość tego miejsca oddaje prawdziwy włoski klimat. W szczególności zaintrygowały nas długie stoły przykryte obrusami w czerwono-białą kratę, które nosiły znamiona niejednej udanej pomidorowej uczty. W każdej innej restauracji plamy na obrusie byłyby szybko i bezlitośnie usuwane przez kelnera, co nie ma miejsca we Włoszech. Jak przeczytała D. nikt w tym kraju nie przejmuje się przesadną sterylnością.
D. by pisała i pisała o wystroju, ale M. przypomina że przyszliśmy coś zjeść i burczy mu w brzuchu! Jej się wszystko tam podoba.
Restauracja jest skromna, przy tym bardzo przytulna. Nasze ulubione miejsce jest przy oknie, skąd M. lubi obserwować ulicę Fredry.
Cała ta skromność pozwala skupić się na wspaniałych daniach serwowanych w restauracji.
M. skusił się na Tagliatele Pollo (szpinak, kurczak, gorgonzola, śmietanka, parmezan), a D. jak zawsze na Spaghetti Aglio Olio e Peperoncino, które składa się dokładnie z tego co znajduje się w nazwie dania, czyli oliwy z oliwek, zielonych pikantnych papryczek i dodatkowo parmezanu. Proste i genialne.
D. bardzo długo szykowała się mentalnie na to danie. Nie była pewna, czy naje się makaronem z tak małą ilością dodatków. Jednak stwierdziliśmy wspólnie, że przecież to makaron jest głównym składnikiem! Od tamtego momentu D. musi się powstrzymywać aby za każdym razem nie zamawiać tego samego dania. Czasami kiedy M. nie widzi, D. biegnie w przerwie między zajęciami by wciągnąć swój ulubiony makaron.
M. zdecydowanie woli zjeść ptaszydło ze szpinakiem w akompaniamencie gorgonzoli. Szpinak zdecydowanie nie jest mdły, za jaki jest powszechnie uważany (no dobra, jak M. zawsze uważał). Kurczak mięciutki i dobrze przyprawiony. Sera w sam raz, nie dominuje nad potrawą. Po prostu nic dodać, nic ująć. Arcydzieło.
Wspomnieć należy o tym, że ceny są bardzo niskie i knajpa jest przykładem na to, że nie opłaca się zamawiać wody, gdyż lampka wina kosztuje niewiele więcej, a wiadomo - walory smakowe nieporównywalne. Wino mają zawsze przyjemnie schłodzone, pasuje ono idealnie do żaru lejącego się ostatnio z nieba.
Wracając do klimatu restauracji, uwagę zwraca na siebie muzyka. Według M. kiczowata włoska muzyka, a według D. romantyczna włoska muzyka. Wygląda na to, że wszystko gra. Właściciele lokalu są bardzo konsekwentni, gdyż nie spotkaliśmy się z inną nutą niż włoską.
Szacunek i zaufanie budzi również fakt, że Panią właścicielkę można spotkać w lokalu za każdym razem jak tam jesteśmy. Aktywnie uczestniczy w życiu knajpy. Serdecznie pozdrawiamy!
Za nasz obiad składający się z wyżej opisanych dań i dwóch lampek białego wina (5zł lampka) zapłaciliśmy niespełna 45zł. Majątku nie da się stracić w tym miejscu, co jest bardzo dobrą wiadomością dla osób studiujących i rodzin. Knajpka jest przyjazna małym i dużym żarłokom.
Serdecznie polecamy!
JAGODAMI NAPEŁNIONE
Z lata trzeba korzystać! D. korzysta garściami pełnymi jagód!
Bo co tu robić w takie upały? Zamiast wylegiwania się na plaży nasza kochana D. wybrała pracę w kuchni.
W internecie już od jakiegoś czasu bombardowały nas przesmakowite zdjęcia jagodzianek różnej maści. D. postanowiła wypróbować przepis ze strony kwestia smaku, bo ten wydał się najmniej skomplikowany, a produkty niewyszukane.
Tak więc, M. obiecał przepis, a D. chce się bardzo pochwalić (~M. powoli wymyka się z kuchni...).
Oprawa muzyczna: Roo Panes - Tiger Striped Sky
Ciasto wyrabiałam ręcznie przez 15 minut do momentu kiedy zaczęło odchodzić od miski i prawie od ręki – w końcu podsypałam trochę mąki żeby uwolnić się od ciasta do reszty i móc uformować kulę. Po odstawieniu na 1,5 godziny wyglądało tak:
Następnie wyjęłam je na stolnicę i chwilę jeszcze pomaltretowałam.
Zgodnie z zaleceniami pokroiłam ciasto na 16 kawałków, po czym każdy z nich rozplaszczyłam w dłoniach i wpakowałam po 3 łyżeczki jagód.
Całe szczęście nie starałam się zbytnio przy formowaniu kształtnych wałeczków, bo pod wpływem ciepła w piekarniku ciasto drożdżowe i tak przybrało formę pękatych bułek.
Lukier sobie darowałam. Potraktowałam moje jagodzianki cukrem pudrem podkreślając w ten sposób ich lekkość i puchatość. A były takie puchate i mięciutkie, że miało się ochotę przyłożyć je do policzka... I tak też zrobiłam! Wybrałam jednak jego wewnętrzną stronę.
Dodam jeszcze, że następnego dnia jagodzianki były równie mięciutkie i świeże jak pierwszego. Przed podaniem wsadziłam je na chwilę do piekarnika aby uzyskać wrażenie dopiero co upieczonych (to nie jest oszustwo, sic!).
M. nic nie dostał bo widocznie nie zasłużył....
PRZEPIS NA KOFEINĘ W SŁOJU
Cześć!
Obiecaliśmy wam ostatnio, że oddamy w dobre ręce nasz przepis na mrożoną kawę w słoiku. Myślicie, że to nic specjalnego? Zapraszamy do spróbowania! Nam bardzo przypadło do gustu.
Przepis na kawę mrożoną
Do słoika (może być wysoka szklanka, ale jest moda na słoiki, więc piszemy słoik, o!) wsypujemy 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej, łyżeczkę cukru, zalewamy zimną wodą do około ¼ pojemności słoika. Następnie przy użycia spieniacza tworzymy piankę aż po sam brzeg słoika.
Dodajemy zimne mleko, bo pianka trochę jednak opadnie, oraz kostki lodu.
Żeby nie było tak skromnie możemy dorzucić kulkę lodów waniliowych i czapę bitej śmietany. Do tego słomka lub dwie i popijamy w upalny dzień.
No, M. się schłodził i pobudził! A D. się rozpłynęła nad tą słodyczą.
OWSIANA MOC
Dzisiaj zapraszamy Was na sposób na owsiankę według naszej ulubionej pyrki! Mowa o D. oczywiście.
Owsianka
Składniki:
* Niecała szklanka płatków owsianych górskich
* 1 szklanka wody
* 1 łyżka siemienia lnianego
* 1 łyżka suszonej żurawiny
* 1 łyżka nasion goji (opcjonalnie)
* 1/2 łyżeczki cynamonu
* 1 łyżeczka miodu (opcjonalnie)
Przygotowanie:
Do gotującej się wody w rondelku wsypujemy płatki owsiane i pozostałe składniki, po czym energicznie mieszamy na średnim ogniu. Gotujemy przez kilka minut, aż wszystkie składniki się skleją w gęstszą papkę.
Przekładamy do ładnej miseczki i dodajemy to na co mamy aktualnie ochotę.
Na leniwca:
Czyli w ciemny, zimny bo zimowy poranek wrzucamy od niechcenia banana, jogurt naturalny i finito.
Wiosenny optymista:
Kiedy śniegi stopnieją, a poranki staną się jaśniejsze można pokusić się o dodanie do owsianki łyżki (nie pół słoika jak M.) masła orzechowego…. i banana, bo nikt nie powiedział, że ma być niskokalorycznie (no właśnie! ~M.)
Wakacyjny freestyle:
Wstając razem ze słońcem (aktualnie o godz. 05:05) mamy duuużo czasu na przygotowanie wypasionej owsianki z toną owoców. Generalnie owsianka to bardzo pożywne i szybkie śniadanie (góra 10 minut) ale wierzcie mi, latem można przegiąć. Jak zacznę wydziobywać pestki granata, porzeczki z gałązek, truskawki z szypułek, kroić brzoskwinie, morele, płukać borówki (pozostałe owoce też myję, żeby nie było) too przygotowanie śniadania zajmuje mi nawet do 20 minut. Ale wiecie co? Warto. Wszyscy (z instagrama) zazdroszczą mi takiego śniadania!
Powolny powrót do rzeczywistości:
Wczesną jesienią nie jest najgorzej. Możemy zadowolić się świeżymi śliwkami i figami, gruszkami, jabłkiem, kiwi i…powoli wprowadzamy banana! Jeśli komuś mało można dosypać migdały lub inne orzechy.
Niebawem D. przedstawi niemałą konkurencję dla ciepłej i mokrej owsianki, a mianowicie zimną, suchą GRANOLĘ! (już mi leci ślinka ~M.)
FRONTEM DO PIZZY
Dzisiaj zapraszamy Was do świetnej pizzerii mieszczącej się przy ul. Szewskiej 21. Mowa o Frontierze.
Lokal jest bardzo przyjemnie urządzony. Wystrój wpisuje się w panujące ostatnimi czasy trendy. Mamy tutaj połączenie cegły, drewna, metalu (był to plastik, sic!) i farby kredowej na ścianie.
Bardzo przyjemna miejscówka. Tylko, że... trochę przeszkadzało nam Radio Eska. Naszym zdaniem w tego typu lokalach puszczanie audycji radiowych nie jest dobrym rozwiązaniem. Przyjemniej byłoby z nienarzucającą się włoską muzyką w tle. Przydałaby się po prostu muzyka, a nie panowie prezenterzy i reklamy proszku do prania. M. szczególnie marudził.
No dobrze, ale przejdźmy do głównego punktu programu. Przecież przyszliśmy na pizzę!
Oto i ona! Zamówiliśmy największą z możliwych, 43cm na spółkę. Lepsza połówka “pyrki” (mówimy oczywiście o D.) wybrała Chorizo (kiełbasa hiszpańska, oliwki) z sosem z pieczonych papryczek. Sos lekko pikantny, ale nie dominujący nad pizzą. Natomiast M. wybrał Frontierę wyposażoną w szynkę parmeńską, rukolę, pomidorki koktajlowe i również oliwki.
Ciasto pizzy było cienkie, chrupiące, lecz nie spalone jak to często bywa z cienkimi ciastami. Nic dodać nic ująć.
Kiełbasa użyta w Chorizo (czyt. czorizo, a nie jak M. to robi czyli “horizo”) była pyszna. Niewysuszona, aromatyczna i dobrej jakości. D. twierdzi, że sosu było zdecydowanie za mało jak na dwie osoby i pizzę takiej wielkości. Skrobaliśmy dno do upadłego w poszukiwaniu resztek sosu. Szkoda, bo był smaczny.
Przejdźmy do Frontiery. Pod dużą ilością zieleniny znajdowała się całkiem przyzwoicie wyglądająca szynka parmeńska, której smak zaskoczył nasze podniebienia. Smakowała jak prawdziwa włoska szynka! Już z samego wyglądu nie przypominała zwykle tej spotykanej w markecie lub na pizzy. Pomidorki koktajlowe były słodziutkie i smakowały na prawdę dobrze. M. się rozpływa do teraz.
Oczywiście nie śmieliśmy poprosić o ketchup, ale z oliwy chętnie skorzystaliśmy.
Pizza została nam podana bardzo szybko. M. był mocno zaskoczony ekspresową obsługą Frontiery. Najedliśmy się i nie zapłaciliśmy majątku. Zostały nam jeszcze pieniądze na lody (i piwo - dopisek M.). Nie opróżniliśmy swoich kieszeni w znaczący sposób.
Posiedzielibyśmy tam dłużej gdyby nie wszechobecne muchy. Nie da się ukryć, że przeszkadzały w spokojnej konsumpcji.
Podsumowując, uważamy że poznańska Frontiera jest godna polecenia wszystkim smakoszom pizzy. Jeśli będziecie w okolicy starego rynku, to musicie tam zajrzeć!
CZYSTA KOFEINA W SŁOJU
Cześć wszystkim!
Tak właśnie Wasze poznańskie pyrki zaczynają sobotę. Podczas gdy M. zaczął przygotowywać owsiankę (tylko na tyle mu wolno podejść do kuchni) to D. przygotowała oczywiście całą resztę.
Prezentuje się to świetnie, a widzicie oczywiście kawę mrożoną domowej produkcji w ulubionych słoikach D. - Ball ze strony MoreThanJar.pl. Nie zapomnijcie u cukrze do zimnego zastrzyku kofeiny!
Przepis już wkrótce :)