Bieganizm, biegiem po górach przez kuchnię roślinną. Moje jedyne takie życie. Teksty i zdjęcia - jeśli nie podpisane inaczej są mojego autorstwa. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Po wieloletnim niedopieszczeniu nadszedł rok, w którym wiosna wita polską ziemię szybko i nadzwyczaj hojnie – już w kwietniu wręcz gorącym słońcem, paletą kolorów i wachlarzem zapachów, za którymi tęskniłam. Były bzy, magnolie, forsycje, kwiaty na wiśniach, jabłoniach, mirabelkach. Nawet w górach, gdzie zazwyczaj wszystko przychodzi później obserwuję tę niezwykłą eksplozję życia - zarówno wśród roślin jak i w aktywności zwierząt. Taką wiosnę pamiętam z dawnych lat. Mój wczorajszy spacer po górskiej łące zachwycił mnie wszystkim i przypomniał czasy, kiedy jako mała dziewczynka biegałam po łące na wsi i zrywałam kwiaty, z których potem plotłam wianki.
A teraz mamy maj i na skrajach lasów, przy polach i na łąkach jest pełno tego wszystkiego co teraz być powinno, jaskrów, dzwonków, firletek, stokrotek, fiołków, przeróżnych źdźbeł trawy, niezapominajek, poziomek, pierwiosnków, konwalii, mniszka, czosnku niedźwiedziego... o polach rzepaku nie wspominając. Jest po prostu cudnie i jak na te porę przystało. I taki czas kocham najbardziej. Może tylko żal trochę ściska serce, że w tym roku na wiosnę nie było mnie w Tatrach, bo tam, wysoko, na 2000 m są kwiaty, których niżej nie ma i są wybitnie cudne, jedyne w swoim rodzaju. Ale człowiek nie może być wszędzie. Wybrałam w tym roku inne góry, bardziej dzikie i spokojne, z dala od tłumów, niższe, ale potrafiące być równie widowiskowe i nastrojowe. Bliżej mojego domu. Jestem w Górach Stołowych. Teraz pada, a ja mogę pisać. I dobrze mi.
Od dnia, w którym zrobiłam domowe mleko owsiane postanowiłam przestać kupować sklepowe (które było moim ulubionym i jedynym, jakie właściwie piłam). Od wczoraj wiem co piję (skład), jak niewiele mnie to kosztuje i na dodatek smakuje. :) Przepis nie jest owiany tajemnicą i jest bardzo prosty. Do tego z pulpy, która zostaje po przecedzeniu mleka robię.. ciasteczka! Bez mąki, jaj i tłuszczu :) Cuda!
Zapraszam na przepis(y)!
MLEKO OWSIANE
Potrzebujesz:
- 2 szklanki płatków owsianych górskich (namaczam je przez noc w przegotowanej, ciepłej wodzie w ilości zakrywającej płatki, wersja ekspresowa - bez namaczania)
- 2,5-3 szklanki wody odstanej albo przegotowanej
- sól
- daktyle lub syrop słodowy (ew miód jeśli używasz)
Jak robisz:
Płatki po nocy przelewasz w całości do kielicha blendera albo do pojemnika w którym możesz potem miksować ręcznym robotem. Dolewasz świeżej wody, dodajesz szczyptę soli, dwa daktyle lub 2-3 łyżki syropu słodowego/miodu. Daktyle sprawią, że mleko będzie delikatniejsze w smaku. Poszukaj mimo wszystko swojego smaku i poziomu potrzebnej Ci słodyczy.
Wszystko razem miksujesz, a następnie przez gazę nałożoną na lejek przecedzasz do butelki (pulpy owsianej nie wyrzucaj!) lub słoika i gotowe! Piszą, że mleko (ok 750 ml) można trzymać w lodówce do 4 dni. Ale polecam wypić je jak najszybciej, u mnie dziś wieczorem (a zrobiłam je wczoraj rano miało już nieco inny smak). Myślę, że najlepiej wypić je całe w ciągu 20-30 h. Synkowi najbardziej smakowało od razu po zrobieniu, takie zimne z lodówki, bez dosładzania. Pijesz samo, do kawy, inki, do “mlecznej” zupy, jaglanki, możesz też zrobić koktajl z owocami. Zawsze da radę dosłodzić je na “bieżąco”. Ale jest moc!
A teraz...
CIASTECZKA OWSIANE z pulpy
Co potrzebujesz:
- Pulpa - całość z mleka (wychodzi ok 1/2-3/4 szklanki)
- Orzechy włoskie - duża garść
- Żurawina albo/i rodzynki - niepełna garść
- Szczypta prawdziwej sproszkowanej wanilii albo cynamon - ok 1 łyżeczki
- soda oczyszczona (1,5 łyżeczki) lub eko proszek do pieczenia (1 łyżeczka)
Jak robisz:
Nastaw grzanie piekarnika na 180 st. C (bez nawiewu, pieczenie góra-dół). W tym czasie orzechy mielisz w mikserze (możesz jeśli chcesz na koniec dodać do orzechów żurawinę i ją trochę “podmielić”), następnie przekładasz wszystko do miski, dodajesz pulpę owsianą i resztę składników. Mieszasz dokładnie łyżką i nakładasz “placuszki” na blachę wyściełaną papierem do pieczenia. Pieczesz ok 20 min patrząc, by ciasteczka się nie przypaliły. Szczerze powiem, że w przypadku tych ciasteczek wygląd nie ma znaczenia - może piękne nie są, ale za to są mięciutkie, w sam raz wilgotne (czyli nie są wysuszone) i słodziutkie.
Jednocześnie NIC się nie marnuje, a to jest mocny atut i wyznacznik w mojej kuchni!
Załóż własną zbiórkę na Pomagam.pl i zbierz pieniądze na dowolny cel. Pomóż sobie lub bliskim Ci osobom. Spełniaj marzenia!
Potrzebuję Waszego zaangażowania. Tak po prostu.
To spontaniczny apel. Spotkałam pewną panią na ulicach Wrocławia. Po rozmowie z nią doszłam do wniosku, że się zaangażuję w pomoc. Proszę Was o dołączenie do zbiórki kwoty potrzebnej na rehabilitację syna Pani Eli - Kamila. Kamil urodził się z porażeniem mózgowym (czterokończynowym) i będzie potrzebował opieki do końca swojego życia.
Poniżej link do strony, gdzie możecie razem ze mną zadziałać i przeczytać dokładnie o historii Pani Eli i jej chorego syna Kamila. Z góry dziękuję za Wasze dobre serca!
Zróbmy Pani Marii niespodziankę!
Proszę UDOSTĘPNIJ TEGO POSTA.❤️
Wpłaty dokonujemy tutaj. ⬇️⬇️⬇️
https://pomagam.pl/naszkamil
P.S. W międzyczasie padł pomysł by przyjąć Kamila pod skrzydła Wrocławskiego Hospicjum dla Dzieci. Zobaczymy czy się uda. Byłoby to ogromne odciążenie dla mamy chłopca. Trzymam rękę na pulsie.
Park Krajobrazowy Doliny Baryczy, czyli nie tylko góry
Moje całodniowe wycieczki są z reguły dość szalone, nie każdy tak lubi, na wpół zorganizowane, na wpół nie. To znaczy, że przeglądam dzień wcześniej mapę, przyswajam ciekawszy opis okolicy, szukam interesujących kadrów, by ewentualnie te miejsca odnaleźć i ruszam rano w trasę ze spakowanym plecakiem i autem wypchanym po brzegi kaskami, rowerami, plecakami.
Na miejscu plan może się zmienić – tak właściwie jest z reguły. Zobaczę ścieżkę, która mnie zaintryguje, może nos wywęszy miejsce inne niż wszystkie, albo oko coś nagle dostrzeże. Intuicja w tym samym czasie podchwyci sygnały i powie – pojedźmy tam. Więc odbijam i zapuszczam się w las. To przecież nie zawody, to nie wyznaczona przez organizatora trasa, której mam się trzymać i punkty kontrolne, na które muszę się stawić. To po prostu rowerowa wyprawa. Nie zawsze tylko biegam. Jadąc rowerem zatrzymuję się, zsiadam, rozglądam dookoła, robię zdjęcia, myślę. Są takie przestrzenie i tereny, gdzie najlepiej zabrać rower, gdzie można szybko się dostać, skręcić, coś objechać, zrobić pętlę, w razie czego zawrócić. Rowerem zwiedza się wprost doskonale, szczególnie jeśli mówimy o takich miejscach jak np. Dolina Baryczy, która wciąga skutecznie, niczym bagna. Polecam wybrać się tam pod koniec kwietnia lub na początku maja. W wiosennej aurze zobaczyć można kipiące zielenią lasy, mokradła, stawy i setki ptaków. I ostoję cudnego konika polskiego - prymitywnej rasy koni wywodzącej się bezpośrednio od dzikich koni wschodnio-europejskich, czyli tarpanów. Wszystko tu tętni kolorami i życiem. W jeden dzień odkryje się tak wiele i tylko dla siebie. Dolina Baryczy pozwala podglądać przyrodę w czasie jej rozkwitu. Jest absolutnie przepiękna, zjawiskowa i magiczna. Okoliczne wioski również, nawet jeśli w niektórych czas się zatrzymał. Ale może i dobrze...? To kraina, którą każdy powinien zobaczyć. Można nawet znaleźć swój zielony obiad, tak jak ja znalazłam wczoraj - całe „pole” świeżej i intensywnie pachnącej pokrzywy.
Metą jest samochód lub dom, albo rynek lokalnego miasteczka, na którym siadam na ławce i na koniec dnia jem lody albo ostatnią kanapkę z plecaka. Wtedy też wspominam, układam sobie w myślach całą wyprawę, by następnego dnia rano usiąść z kubkiem kawy i przelać to co ważne na papier.
P.S. Z reguły jak się zapuszczę w nieznane mam problem z odszukaniem porzuconego gdzieś auta, na szczęście ostatnio przypomniałam siebie, że mam aplikację „znajdź mój samochód”. Świetna sprawa, jeśli telefon nie jest rozładowany.
“Zapiekanka-przekładanka” dla 4 osób albo 2 bardzo głodnych
Któregoś dnia po prostu wyjęłam warzywa, grzyby i pół kostki wędzonego tofu z lodówki, pokroiłam w kostki, plasterki i zaczęłam piec od tych najtwardszych zaczynając w żeliwnym naczyniu wysmarowanym olejem ryżowym. Podczas kładzenia warstw wymyśliłam sos. Po 1,5 h zapiekanka była gotowa, najwięcej czasu potrzebują po prostu warzywa by były dobrze upieczone.
Zapraszam na przepis. Goście lubią takie dania więc się nada na wieczór ze znajomymi.
Rozgrzej piekarnik do 200 st C. Na dno żaroodpornego półmiska wlej 3 łyżki oleju. Najpierw obierz i pokrój w wygodną do jedzenia kostkę ziemniaki i buraki. Połóż je na dno półmiska i wstaw do gotowego piekarnika. Posyp tymiankiem i oregano. Po 15 min dodaj pokrojoną w grube kostki cebulę i całe obrane ząbki czosnku. Posyp solą i dodaj świeżo zmielonego pieprzu. Po kolejnych 15 min dodaj (po 30 min od startu) zamieszaj zawartość zapiekanki i dodaj dowolnie pokrojone boczniaki, cukinię i pora w plasterkach. Posól ponownie, dodaj pieprzu, oregano i kurkumę. Zapiekaj dalej przez kolejne 30 minut. W tym czasie zrób sos. Wymieszaj ze sobą wszystkie składniki i dopraw no smaku. Nie zapomnij dodać do sosu poszatkowanego szczypiorku.
Po godzinie wymieszaj składniki zapiekanki i dodaj pokrojoną/porwaną na kawałki sałatę lodową; posyp kurkumą po wierzchu. Zapiekaj kolejne 20 minut. Na koniec dodaj pokrojone w kostkę tofu (może być i bez niego) i całość polej sosem. Jeśli ziemniaki i buraki są upieczone tak, że można je już jeść piecz całość jeszcze około 15-20 minut.
Znów będę piekła chleb!
Bo... nie ma nic wspanialszego od własnego chleba. I nie wiem czemu miałam taką długą przerwę, widocznie potrzebowałam na coś czasu. Uważam, że pieczenie chleba, choć nie jest...
Jak to jest z tym snem? Ile my ludzie potrzebujemy go naprawdę, jakie jest minimum, jakie maksimum? Podobno jak śpimy za długo to jest źle, jak za krotko, też niedobrze. Badania ostatnich lat pokazują, że sen jest głównie potrzebny dla mózgu i dla jego odświeżenia. Nie jestem zaskoczona. Kiedyś przeczytałam, że Leonardo Da Vinci jak tworzył sypiał często, ale krótko - co 4h po 20-30 min. Na pewno jego komórki nerwowe były wypoczęte, bo robił niezwykłe rzeczy. Czy reszta była w dobrej kondycji? Nie wiem. Żył prawie 70 lat, co na tamtem okres było chyba dobrym wynikiem.
Osobiście wyznaję zasadę indywidualnego słuchania potrzeb organizmu. Każdy ma swój tryb, choć na pewno jest jakaś średnia godzin snu przypisana każdemu z nas. I zależy to również od wieku. Dzieci powinny spać więcej niż dorośli. Sen jest po prostu częścią naszego życia i pozwala zaoszczędzić nam energii.
Z osobistych obserwacji wiem jedno i myślę, że to ma sens - należy obudzić się wypoczętym. Jeśli człowiek czuje się zmęczony po całej nocy snu, wtedy dostaje informację, że nie jesteś zregenerowany, że ma braki w energii. Dodatkowo jeśli to zmęczenie po przebudzeniu długo nie znika, tzn. regularnie się powtarza mimo, że nie są to 3 godziny snu na dobę, a np. 8, to oznacza, że coś jest nie tak i że warto zgłębić temat. Za chroniczne zmęczenie często odpowiada źle pracująca tarczyca.
Nigdy nie byłam śpiochem, 6-7 godzin snu na dobę, jeśli usypiam przed północą w zupełności mi wystarczają. Ale np. zauważyłam, że odkąd przeszłam na żywienie wyłącznie roślinne potrzebuję mniej snu na regenerację. Nie oznacza to, że śpię krócej, oznacza to, że mogę obudzić się wcześniej, a mój akumulator jest naładowany w pełni i nie mam problemu ze wstawaniem. I to jest regularna obserwacja, trwająca już ponad 7 lat.
Kiedyś zdarzało mi się budzić zmęczoną, ale od lat, odkąd więcej się ruszam i uważniej zwracam uwagę na to co jem, jakość mojego snu znacznie się poprawiła. Właściwie poprawia się jakość całego życia. Tego na jawie jak i we śnie. Zawsze dobrze sypiałam, teraz sypiam doskonale.
Lubię spać, ale jeszcze bardziej lubię “nie-spać”. Nie wstaję codziennie o tej samej porze i nie kładę się o tych samych godzinach. Mój cykl snu/aktywności nie jest do końca regularny. Po prostu odpoczywam wtedy kiedy czuję taką potrzebę. Zdarza mi się zasnąć w ciągu dnia między pracą, a pracą, potrafię zatrzymać samochód na 15 minutową drzemkę na parkingu czy przy lesie.
Słucham siebie i chyba dobrze na tym wychodzę, tzn. mój organizm. Zawsze będę powtarzała to stare powiedzenie, że sen to zdrowie. I nie do końca podzielam zdanie “wyśpię się w grobie”, czy “nie chcę przespać życia”. Bo co mi z szaleńczego życia jeśli potrwałoby w dobrej formie zaledwie 30-40 lat? Nie da się szaleć i spać? Wolę chyba dożyć 90, regenerując się “normalnie” i trzymać “pion” znacznie dłużej, niż być staruszką bez energii, bo za młodu się “wypaliłam”. :)
Na koniec napiszę, że sen jest potrzebny, by efektywnie uprawiać sport i czerpać z niego radość. A kiedy pojawia się problem ze snem, należy znaleźć przyczynę tego problemu. Koniecznie. Bezsenność, czy trudności w zasypianiu, sen szarpany, niepewny, nerwowy, za krótki, ma różne podłoże, najczęściej chorobowe i nie powinno się tego objawu lekceważyć.
Pamiętacie mój zachwyt Domem Tkacza...? Półtora roku później moje drogi z Asią (właścicielką domu) mocniej się łączą i obecnie wspólnie robimy bieg upamiętniający bunt tkaczy sowiogórskich. Tworzymy klimatyczną imprezę w stylu biesiadnym, z dopieszczonymi tkackimi detalami, z piękną manufakturą i z historią polsko-niemiecką w tle.
Zapraszam serdecznie na I Bieg Tkacza, który już 9 czerwca w Pieszycach. Czeka Was 30 km malowniczej trasy szlakami Parku Krajobrazowego Gór Sowich!
Bieganie z Wilkami - jak było? Podsumowanie 4 dni na końcu świata.
Pomysł
To nie było łatwe. Całe to przedsięwzięcie nie musiało się udać. Czekała nas I edycja i to od razu zimowa, w trudnych, choć wspaniałych do tropienia warunkach.
Chęci przekazania tego co wiemy i co uważamy, że jest ważne i warte poznania, były ogromne i szczere. Pojawił pomysł, który bardzo szybko zaczął być przez nas realizowany. Las, jego mieszkańcy, jego życie, obiekty fascynacji każdego z nas, wiele tajemnic i historii związanych z lasem, który pamiętamy z baśni i dziecięcych opowieści. Zasłyszane zdania, by lepiej samemu/samej do niego nie chodzić.. Ale to nie tak. Absolutnie nie tak. Las trzeba poznać wnikliwie, dobrze, od podszewki. To konieczność. Owiane tajemnicą wilki, rysie… Las to miejsce tętniące życiem, a górski las to dodatkowe wyzwanie, wymagające od nas czegoś jeszcze. Energi, siły, sprawności i wytrzymałości.
Tak powstał projekt Wilczych Spotkań Naukowych i pierwszych warsztatów ”Bieganie z wilkami - 4 dni na końcu świata”. Wypadło na zimę, na luty, kiedy jest czas “walentynek”. Wtedy wilczy rodzice starają się o potomstwo. Bardzo chcieliśmy opowiedzieć o wilkach, obalić mity, przedstawić naukowe, rzetelne fakty - zaskoczyć Was jak wspaniałymi zwierzętami są wilki. Chyba nam się udało.
Uczestnicy
Trzeba było zebrać grupę. To takie chybił trafił, bo przecież nie wiadomo kto przyjedzie, czy osoby dobrze dobiorą się w grupy, by we 4 spać w jednym pokoju. Ale mogło to mieć swój urok, powroty do czasów szkolnych wycieczek, koloni, obozów, kiedy najważniejsze było towarzystwo, wspólny, dobry czas, a nie koniecznie spanie. Mieliśmy komplet Uczestników. Pełen dom ciekawych ludzi. Dziewczyny, które przyjechały “same” dobrały się razem, pary razem, kilka osób się znało, wymieszało ze sobą w pokojach i nagle okazało się, że jest fantastycznie i bezproblemowo. Pierwszego wieczora każdy się przedstawił i opowiedział osobie. To było to. Niesamowita grupa, każdy inny, każdy ciekawy, z własnymi pasjami i życiorysem. Po 4 dniach wspólny (ostatni) obiad ukazywał ludzi, którzy się już znają i którzy chcieli ponownie razem się spotkać.
Bieganie
Poranne bieganie było czymś nieobligatoryjnym, wstawaliśmy tak by o 7 ruszyć w góry. W kolejne dni podzieliliśmy się na dwie grupy - mocniejszą, która chciała biegać szybciej i trochę dłużej i grupę “spokojniejszą”. Pełna swoboda. Najważniejsze, że o 8:30 spotykaliśmy się wszyscy na śniadaniu - uśmiechnięci, głodni i otwarci na to co przyniesie dzień w terenie. Biegaliśmy między 5 a 10 km.
Wykłady i tropienie
Michał Figura dał czadu. Chyba rozkochał w sobie wszystkich Uczestników - zaskoczył ogromną wiedzą, którą przekazywał Uczestnikom zarówno podczas wieczornych wykładów, jak i w terenie. Michał może poszczycić się szczególnie wiedzą praktyczną. By tak znać wilki, nie wystarczy przeczytać kilku książek czy artykułów. Filmy popularno-naukowe to też nie to samo. Tak naprawdę trzeba do tego tysięcy km przebytych po lesie, setek godzin obserwacji tropów i innych śladów obecności zwierząt, drugie tyle godzin analizy filmów i zdjęć z fotopułapek, które na dodatek samemu się rozwiesza. Trzeba też mieć znakomitych nauczycieli, a Michał uczy się od najlepszych, czyli od dr Sabiny Nowak i dr Roberta Mysłajka - naszych wilczych guru zarówno w Polsce jak i na świecie. Cała nasza czwórka należy do “Stowarzyszenia dla Natury “Wilk”, którego Sabina jest prezesem.
Ludzie
Na każdej wyprawie najważniejsi są ludzie i ich wzajemne relacje, szczególnie jeśli się dopiero poznają. I tu czekało na mnie ogromne zaskoczenie, ale i utwierdzenie w przekonaniu, że warto próbować łączyć ludzi w grupy, poznawać się i rozmawiać. Czułam wiszącą nade mną serdeczność, dobrą energię, ciekawość dziecka, którą miał w sobie każdy na tych warsztatach. Nie wiem czy ten wyjazd miał jakieś terapeutyczne działanie, ale wiem jedno - niektórzy wyjeżdżali zmienieni - na lepsze, ze wspomnieniami, które mam nadzieję sprawią, że inaczej będą się czuli w lesie, bardziej świadomi tego co ich tak naprawdę otacza, w jak pięknym i bogatym w przyrodę kraju żyjemy. I jak warto - po tysiąckroć warto, to piękno i życie chronić.
Podziękowania i zaproszenie
Bardzo dziękuję za to spotkanie, za ten czas, który nauczył mnie wiele, który utwierdził mnie w przekonaniu, że obraliśmy z Michałem dobry kierunek. Poznawanie ludzi i wilków jest fascynujące.
Była zima, idzie wiosna, a wraz z nią kolejne wilcze spotkanie w dniach 6-8 kwietnia. Wilczyce są w ciąży, w mają urodzą szczenięta. Mamy Wam wiele do opowiedzenia o tym czasie.
Dołączcie do nas. Zapraszamy na nasz koniec świata na “Wiczym tropem” - edycję wioseną, na niezapomniany czas bez zasięgu, bez sklepów, z dala od gwaru, z pysznym, domowym wegetariańskim i wegańskim jedzeniem, do domu pod gwiaździstym niebem, z ciszą i spokojem wokół. Do krainy wilków.
JoKo (i Michał)
P.S. za wszystkie wspaniałe zdjęcia dziękuję Robertowi Urbaniakowi.
Wczoraj była sobota, 3 marca 2018. Byłam w górach. Dziś jest niedziela, czyli dzień później i leżę zakatarzona w łóżku. A kiedy leżę, to nawet przez bolącą głowę przelatują myśli. Przeróżne. Dziś mocno wracam do swojej książki, do tego, że zdecydowanie za mało piszę - jej i na blogu, że muszę szybko to zmienić, bo sama czekam na to, aż coś wypłynie spod mojego pióra. Tęsknię za wiosną. Na stole ustawiłam już żonkile w doniczce.
*
3 dni temu usmażyłam pieczarki z cebulą. Były tak dobre, że nadal pamiętam ich smak. Soczystość, mięsistość, sól na przyrumienionej skórce. Przedwczoraj zrobiłam makaron z brokułami i tempehem. Podsmażyłam go z czosnkiem i cebulą w wielkim rondlu, aż lekko się przybrązowił i stał chrupiący. Brokuł nie rondel oczywiście. Wczoraj ugotowałam makaron z pomidorami - taką prostotę, bo już czułam się średnio i bardzo szybko chciałam coś przyrządzić. W zimę używam pomidorów tylko z puszki albo własny przecier zamknięty w słoiku z letnich polskich pomidorów. Inne mi nie smakują.
Na razie staram się przygotowywać nieskomplikowane dania. Jestem na etapie fascynacji kulinarną prostotą.
*
Dzisiejszą niedzielę rozpoczęłam późno, wstając po 9 z zatkanym nosem i cykającą jak bomba głową. W lodowce czekały na mnie ogórki i pasta z papryki - w słoiczku. Na półce leżał czosnek i pieczywo. Powstała szybka kanapka, która wypaliła mi podniebienie i język. Ale w sposób bardzo smakowity. Inhalacja przecisnęła się przez nozdrza rozsadzając skronie. Potem ulga. Resztę dnia spędziłam w łóżku z chusteczką, oglądając filmy, smarcząc naprzemiennie ze wzruszenia i z choroby. Właściwie to jest nawet niezły sposób na przeziębienie - oglądać płaczliwe filmy. Nos oczyszcza się szybciej, a i czas zlatuje nie wiadomo kiedy. Dzięki takiej niedzieli nadrobiłam część kinematograficznych zaległości.
*
Potrzebowałam po prostu napisać jak mi minął dzień. Zwyczajny dzień zasmarkanej dziewczyny.
JK
P.S. Przez tą głowę przeszła również myśl, że smutno mi obserwować, jak bardziej interesują nas życia obcych ludzi, niż nasze własne.
Nie po raz pierwszy twierdze i lubię, to podkreślać, że proste i szybkie, czasem wręcz jednoskładnikowe danie też może być przepyszne! Kwestia przypraw i drobnych dodatków. Zobaczmy pieczarki. Uwielbiam je nawet surowe, umyte, obrane pokrojone w plasterki z solą.
Dziś polecę Ci je w formie podsmażonej - na szybki obiad lub kolację. I obiecuję - będziesz żałować, że to już koniec, kiedy talerz zostanie pusty..
Do potrzebujesz:
- opakowanie pieczarek, lub ok 15-20 szt. (tych niewielkich)
- 1 duża cebula
- dobry olej (użyłam rzepakowego BIO)
- łyżka mąki
- łyżka tartej bułki
- łyżka masła (ja dodaję roślinne Alsan Bio)
- sól i pieprz (najlepiej świeżo mielone)
Jak robisz:
Pieczarki dokładnie umyj (ja moczę je chwilę w zimnej wodzie z solą). Następnie obierz ze skórki (ja połowę obrałam, połowę nie), zostaw kilka z ogonkami i te pokrój na pół. Reszcie odłam ogonki - jeśli jadasz ogonki zostaw je obrane do smażenia, jeśli nie, to nie będą potrzebne. Cebulę obierz i pokrój w plasterki. Rozgrzej na patelni olej i wrzuć najpierw cebulę smażąc ją aż będzie lekko przyrumieniona. Do gotowej cebuli dodaj pieczarki. Smaż ok 7-8 min mieszając od czasu do czasu by się nie przypaliły. Można w połowie smażenia dodać masło i odrobinę wody jeśli zobaczymy, że za bardzo pieczarki przywierają do patelni. Pieczarki z cebulą puszczają sos (głównie wodę) dlatego taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Pod koniec smażenia pieczarki zaczną się już lekko podduszać i wtedy dodajemy łyżkę mąki i bułki tartej. Warzywa duszą się teraz chwilę w sosie.
Gotowe. Najlepiej pieczarki smakują z chlebem z masłem, szczególnie gdy na dnie patelni zostaje resztka sosu z cebulką... Zgłodniałeś? Ja znowu tak!
Smażona kapusta chińska z czosnkiem, czyli pak - choi w wersji deluxe
Nastał czas edycji przepisu osławionej już rzymskiej sałaty (mini). Podmieniamy warzywo. I tak, jak sposób przygotowania pak-choi jest identyczny co “sał-rzym”, to osobiście zauważam różnicę finalną, czyli w smaku i to na plus! Wyobraź sobie jak bierzesz taką gotową, lekko ostudzoną kapustę w palce (o tak tak, widelec odłóż), a następnie wgryzasz się w miękki i słodki miąższ z końcówki kapusty i po prostu wysysasz go tak, że aż sok z niej cieknie wam po kącikach ust. Ja odprawiłam taki rytuał i się zakochałam. Całe warzywo, przyrządzone w sposób jaki opisuję poniżej, jest słodziutkie i delikatne, a liście nawet nie chrupią, tylko się rozpływają pod wpływem pracujących ślinianek. To jak? Jesteś gotowy? Namówiłam? Przygotowanie takiej pak-choi nie zajmie Ci więcej niż 10 minut. Zjeść ją można zarówno jako dodatek do większego dania, lub jako pojedynczy lekki posiłek. Zapraszam!
Potrzebujesz:
- 1-2 sztuki kapusty pak-choi
- dobry olej roślinny - słonecznikowy lub rzepakowy
- 3-4 ząbki czosnku
- sól kamienna kłodawska (miałka, albo rozkruszona w moździerzu czy młynku)
Jak robisz:
Umyte i osuszone kapustki kroisz wzdłuż na pół. Na patelni rozgrzej dobrze olej, wyciśnij 3 ząbki czosnku, posól i podsmaż tak, by czosnek się zarumienił. Następnie połóż 2/4 połówki kapusty wewnętrzną stroną na patelnię, posyp delikatnie solą i smaż w czosnku aż liście zmiękną. Po 2- 3 minutach przełóż sałatę na drugą stronę i podsmaż kolejne 2-3 minuty. Podczas smażenia możesz dolać troszkę oleju i przykryć przykrywką by poddusić kapustę (głąb musi zmięknąć).
Selerowe “pulpeciki” z kaszą jęczmienną, które stały się kotlecikami
Faktem jest, że do piekarnika włożyłam kulki, a wyjęłam spłaszczone kotleciki. Najważniejsze jednak, i to jest drugi fakt, że w smaku były niezmiennie soczyste, delikatne i słodkie - tak, bo upieczony seler jest przepysznie słodki. Nadają się idealne do klasycznego dania z ziemniaczkami czy ryżem i kapustą kiszoną. Na zimno wybornie smakują w kanapce np. z liściem sałaty i pomidorem albo w bułce np. z rukolą, ogórkiem kwaszonym i chrzanem - zrobią furorę. Drugie śniadanie do pracy jak znalazł.
Gotowi? Zapraszam na przepis. Powstanie minimum 20 kotlecików lub kuleczek, które potem same zmienią kształt :)
Co potrzebujesz:
2 selery
1 duża marchewka
1 duża cebula cukrowa (podobna do czosnkowej ale słodsza w smaku)
1 woreczek kaszy jęczmiennej perłowej lub 100 g
natka pietruszki - 1 pęczek
czosnek - 3-4 ząbki
mąka ziemniaczana - 4 łyżki
bułka tarta - 4 łyżki
olej rzepakowy - 4 łyżki
Przyprawy:
słodka czerwona papryka - 1 łyżeczka
sól kłodawska
pieprz
rozmaryn (świeży poszatkowany lub ususzony - 1 łyżeczka) - opcjonalnie (my w domu uwielbiamy)
Jak robisz:
Ugotuj kaszę jęczmienną ok. 15 min i rozgrzej piekarnik do 180 st. W tym czasie umyj warzywa, obierz i posiekaj drobno w mikserze (razem z natką). Następnie usmaż je do przyjemnej miękkości (ok 8-10 min) na dobrym oleju (ja używam w kuchni rzepakowego albo słonecznikowego). Na 2-3 minuty przed końcem dodaj przyprawy i posmakuj czy odpowiadają ci proporcje. Ew więcej solisz lub pieprzysz wedle gustu. Następnie do miski wrzucasz ugotowaną kaszę (dobrze odsączoną z wody), gotowe ciepłe warzywa, bułkę tartą, mąkę ziemniaczaną i olej rzepakowy. Niektórzy dodają jeszcze zmielone siemię lniane, ale tak samo dobrze wychodzi bez, więc siemię nie jest potrzebne. Wszystko razem mieszasz i na koniec ponownie spróbuj czy masa jest smaczna. Ja podjadam już z miski..
Przygotuj na blaszce papier do pieczenia i uformuj kulki rozmiarów odrobinę większej piłeczki ping-pongowej. Milej zabawy. Wstawiasz do rozgrzanego piekarnika na ok 40 min w połowie czasu przewracając je łopatką kuchenną na drugą stronę. Wyciągam już kotleciki (nie kulki) po 50 minutach (10 min leżakują w wyłączonym piekarniku). Są delikatne, przyrumienione na powierzchni i nie rozpadają się nic a nic. Zimne sztywnieją.
* RADA: obserwujecie kotleciki w piekarniku - każdy piekarnik jest inny i może się okazać, że czas pieczenia będzie krótszy o pare minut lub dłuższy. Przy temperaturze 180 st. nie powinny się spalić, ale co piekarnik to inne historie. Dobierzcie własne parametry metodą obserwacji. Zawsze możecie jednego kotlecika wyjąć wcześniej i spróbować. Tylko reszty nie zjedzcie.
Ten biszkopt zrodził się z potrzeby jaką było zrobienie tortu urodzinowego dla mojego syna. A ja bardzo chciałam móc zjeść przynajmniej jeden kawałek ciasta ze wszystkimi gośćmi. Mój plan udał się podwójnie, bo nie tylko biszkopt wyszedł świetny, ale i cały tort :)
Dziś podzielę się z Tobą przepisem na prosty biszkopt, który może posłużyć zarówno jako baza do tortu ale i jako babeczki biszkoptowe ala muffinki. Te zrobię kiedy indziej. Zapraszam!
Co potrzebujesz:
- mąka pszenna - 1,5 szkl. (375 ml)
- ksylitol - 1/2 szkl.
- proszek do pieczenia bio - 1 łyżeczka
- soda oczyszczona - 1 łyżeczka
- mleko sojowe - 1 szkl (250 ml)
- olej rzepakowy lub słonecznikowy (dobry gatunkowo) - 1/3 szkl.
- ocet jabłkowy - 1 łyżka
Jak robisz:
W jednej misce mieszasz suche składniki a w drugiej mokre. Łączysz wszystko w jednej misce i dokładnie mieszasz na gładką masę (można mikserem z trzepaczką mechaniczną, ale zwykła, ręczna doskonale sobie poradzi). Do wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy z wysmarowanymi roślinnym masłem bokami wlewasz masę i pieczesz w rozgrzanym do 180 st. C piekarniku około 40 min. Ja wyłączam piekarnik i nie wyciągam biszkoptu od razu, by spokojnie się chłodził wraz ze spadającą temperaturą (po 5 min można lekko uchylić drzwiczki piekarnika). Jak całkowicie wystygnie według potrzeb pokrój biszkopt ostrym nożem. Ja nacinam go wielozadaniowym nożem victorinox z ząbkami, a potem dalej rozcinam szerokim, dużym nożem. Biszkopt jest genialny i jeszcze ani razu mi się nie zdażyło, by nie wyszedł. Część zjadłam z samym kremem do tortu i musem malinowym. Po prostu nie mogłam się oprzeć!
Chciałabym Wam opowiedzieć historię o tym, jak powinno się zachować, a jak nie należy, kiedy po ulicy pełnej aut biega oszołomiony pies.
Jakiś czas temu przytrafiła mi się niecodzienna sytuacja. Jechałam na trening na Ślężę, kiedy tuż przed Sobótką zauważyłam po prawo stłuczkę - dwie kobiety, całe i zdrowe, oglądały ledwo muśnięte zderzaki. Równocześnie, po drodze, kilka metrów dalej, miotał się oszołomiony piesek - biegał to w lewo to w prawo, po obu pasach ruchu. Na 5-6 samochodów w efekcie zatrzymało się jedno - moje. Chwilę potem drugie. Na awaryjnych zablokowaliśmy drogę i szybko złapaliśmy przestraszonego psa. Wzięłam pieska do swojego auta. Zapewne to on był przyczyną "stłuczki" obu pań. Pan w drugim aucie, który do mnie podszedł okazał się niezwykle pomocną osobą! Poprosił byśmy za nim pojechali do punktu weterynaryjnego, w którym jednocześnie można zostawić pieska zanim nie znajdzie się dla niego domu. Cała operacja "Sobótek" (tak nazwaliśmy pieska) zajęła nam raptem 40 min. Weterynarz obejrzał małego - był szczeniakiem o nieznanej nam historii ucieczki... Pan Kamil (czyli pan z drugiego auta) szybko uruchomił swoje lokalne znajomości i po kilku godzinach od rozstania z psem wiedziałam, że wrócił do domu. Oby dobrego.
I wiecie co..? Gdyby właściciel się nie odnalazł, pies znalazłby dom - coś czuję, że mój. Poczułam to mocno w sobie, kiedy tak się patrzył w moje oczy i tulił. Dotarło do mnie, że to pies musi nas odnaleźć. Od dziś będę czekała na naszego drugiego psa.
Radość z finału tej historii była wielka, pozostał za to niesmak w związku z kobietami z aut ze stłuczki. Żadna z nich nawet nie pobiegła do psa - oglądały natomiast przejęte zderzaki, kompletnie ignorując dramatyczną sytuację na drodze - także "wypadkogenną"! Bardzo smuci mnie fakt, jak wiele osób jest obojętna na takie sytuacje. Żałuję, że do nich potem nie podeszłam i nie powiedziałam kilku słów, jednak miałam ważniejszą sprawę na głowie i potrzebę szybkiego działania. Nas to bulwersuje, szokuje - nas wrażliwych ludzi, ale tworzymy mniejszość, co widać po tym, jak źle się dzieje na świecie.
Niemniej nie opuszcza mnie nadzieja, że każdy czytający tę historię zareagowałby dokładnie tak samo i pomógł, lub na przyszłość tak postąpi. Wracałam do domu z wypełnionym dobrym uczynkiem sercem. <3
Wszystkim zaangażowanym dziękuję za pomoc. Przy okazji napiszę, że Sobótka to świetne miasto. Posiada w Gminie komórkę zajmującą się pomaganiem zwierzętom poprzez finansowe wsparcie tymczasowym domom i weterynarzom, którzy się nimi do momentu znalezienia domu opiekują.
Przepis przechodził ewolucję przez kilka tygodni, aż w końcu uzyskał formę ostateczną. Teraz wydają się być gotowe także do zaserwowania gościom, oczywiście tym lubiącym zarówno smak jak i zapach kokosa. I nareszcie nie są tak kruche - po ugryzieniu reszta mięciutkiego ciasteczka zostaje w w palcach w jednym kawałku. :) Zapraszam na przepis!
Co potrzebujesz:
szklanka namoczonych wiórków kokosowych*
1/3 szklanki mielonych migdałów
3/4 szklanki mąki kokosowej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1/4 szklanki oleju rzepakowego
1/4 szklanki oleju kokosowego
5 łyżek syropu z agawy / może być miód jeśli jadacie
Jak robisz:
* szklankę wiórków kokosowych zalać szklanką wrzątku i odczekać 2 h - wiórki odsączyć przez sitko - posłużą do ciasteczek. Mleczka nie wylewać, jest pyszne! Będzie jak znalazł do sosów, zupy albo kawy. 🙂
Kiedy nasze wiórki są już gotowe, wszystkie składniki mieszamy w wygodnej misce łyżką, a następnie ugniatamy ręką. Formujemy kulki wielkości dużych włoskich orzechów, które mogą się lekko kruszyć, dlatego delikatnie układamy je na papierze i pieczemy przez max 20 min w 180 st. To tyle. :)
Smacznego! Bon appétit