Zmierzch wczesny w mieście
Nie sięga głęboko
Jak Noc
I wielu kroczy pospiesznie
Tak bardzo wiedząc dokąd
A mi jest wstyd stać w świetle
Miasta
Gdy na zewnątrz
Tak zimny i piękny
Mrok
Keni
art blog(derogatory)
wallacepolsom
Misplaced Lens Cap

titsay
YOU ARE THE REASON
"I'm Dorothy Gale from Kansas"
No title available

Kaledo Art
Alisa U Zemlji Chuda
will byers stan first human second
RMH
Peter Solarz

Janaina Medeiros

izzy's playlists!
Cosimo Galluzzi

shark vs the universe
taylor price
we're not kids anymore.
tumblr dot com
seen from United Kingdom

seen from Japan
seen from Japan

seen from United States

seen from Singapore

seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from Croatia
seen from United States

seen from Germany
seen from United Kingdom
seen from United States

seen from Singapore

seen from United States

seen from Germany
seen from Germany

seen from United States
seen from United States
seen from United States
@slowaciszy
Zmierzch wczesny w mieście
Nie sięga głęboko
Jak Noc
I wielu kroczy pospiesznie
Tak bardzo wiedząc dokąd
A mi jest wstyd stać w świetle
Miasta
Gdy na zewnątrz
Tak zimny i piękny
Mrok
przy mnie. ze mną. ty, ja, razem po prostu my to dwa, nie jedno niech szczerość będzie nam mostem gdy zakręt w życiu wiosną już nic nie będzie mi grobem więc rosnę — przy Tobie. z Tobą.
A wewnątrz
Nie wiem, jak zacząć, choć słów mam wiele I jest ze mnie człowiek Wielomarzący Kartka skąpana jest wciąż w swojej bieli A ja coś nieśmiało ją piórem trącam
I o czym mam myśleć, gdy siedzisz tak blisko? Uśmiechu nie skryję i łez nie powstrzymam Spod dłoni rozdrganych ucieka mi wszystko Ty patrzysz za okno, ja wierzyć zaczynam
Że zmarszczki są szkicem Uroku na twarzy Gdy łagodnie, skrycie Świat spokojem darzysz
I w to, że najpiękniejsze Są siwe loki w słońcu A słońce najjaśniejsze Gdy się uśmiechniesz w końcu
Dziecinne wyliczanki Bo nie stać mnie na więcej Niż to i wzrok znad kartki Nerwowowość i rumieńce
Znów siądź na blacie obok Ja wbiję wzrok w podłogę I tak za wiele świata Nie widzę poza tobą
Do nikąd
o losie, gdzie moje dziecko? puste osiedle korytarz chodniki oczy nie łzawią usta nie szepczą nie chcę płakać za nikim
gdzie jesteś serce kochane tak dobrze cię wciąż pamiętam wspomnienia jak z filmu wybrane czy ja też zostałam wycięta?
noże mi w serce już wrosły na stałe za miłość do obcych tak karać człowieka? świat jest tak wielki gdy sił mam tak mało dlaczegoś jest tak daleko?
Buntownik
Pokochałam buntownika Rozedrgałam serce smętne Zatopiona w jego krzykach Jak teolog w Piśmie Świętym
Sam przed siebie dumnie kroczył Okradając z westchnień płuca Razem z pięścią wznosząc oczy Gdy wyzwanie niebu rzucał
Ach, dlaczego spuścił wzrok? I dla kogo na trakt wrócił Swój marszowy gubiąc krok Pośród kroków Innych Ludzi?
Własnym się zawierzę krzykom Zagrzmi dla mnie własna duma Bo kochałam buntownika A on umarł.
wieczna chroniczna porażka
Nie jest posłuszna mi jedna myśl Ni jedno serca drgnienie Puste me łkanie kiedy łzy Skazane są na milczenie
Nie jest posłuszna mi jedna myśl Wątłego szarpiąca ducha Lecz właśnie pośród myśli tych Naiwnie szukam otuchy
Nie jest posłuszna mi jedna myśl Wśród westchnień leżąca licznych Cóż za nieszczęście, w tym świecie być Przegranie tak romantycznym
Moje spokojne wody wzburzone
Moje spokojne wody wzburzone Tafla jeziora umysłu zadrżała Aż dreszczem spłynęła na moje ramiona I ciemnym szkarłatem na twarz się wylała
Targnęła wichura bezwładnym mym ciałem Do biegu dzikiego rwąc serce zajęcze A nogi wnet gliną rozmokłą się stały I drżały jak kryte w kieszeniach ręce
Z krzykiem ostatnich ginących obrońców Rozpalił się ogień we wnętrzu mej czaszki I kości wypełnił bolesnym gorącem Aż stary kręgosłup mój złamał się z trzaskiem
...
Boję się żądzy, co w sercu mym czyha O łzach swoich dawnych zapomnieć nie mogę Lecz kiedy cię widzę - nie mogę oddychać A gdy na mnie patrzysz, od zmysłów odchodzę
proszę pana!
Ach, czy pan wie, proszę pana Że jest pan jak dziki kot? Znów płonę, rumieńcem oblana Znów spuszczam płochliwie wzrok
Czy dla nas to kły pan obnaża? Rozgramia pan tych, co się zlękli? Gdy ja tylko papier przerażam Odwagą myśli swych miękkich?
Bajka
Gdy byłabym twoim kotem Nie bałabym się po prostu Podejść bliżej choć trochę I blisko ciebie pozostać
Mogłabym mieszkać z tobą I gdybyś nie domknął drzwi W nocy leżałabym obok I w ciszy patrzała jak śpisz
Gdy zacząłbyś coś opowiadać Wskoczyłabym ci na kolana Nie myśląc że dużo ważę I wciąż bym tylko słuchała
Mościłabym się na krzesłach Wsuwała ci głowę pod ręce I nikt by głupio nie myślał Że mogę chcieć czegoś więcej
Miliony lat świetlnych
Pomiędzy światami
W których żyjemy
Nie czekam już na nic
Z daleka patrzę
Marzę coraz więcej
A ogrom dystansu
Wbija mi nóż w serce
Schronienie
Piękno lasu to brak ludzi Gdy krok za krokiem idę wgłąb siebie Wyraźniej czuję myśl każdą Pragnienia ze wstydu się budzą
Wysokie drzewa śpią ze mną Jak babcia z obrazka w bujanym fotelu Kołyszą się najłagodniej Wiedzą kim jestem na pewno
Czasami ciepło słońca pali suszą Wtedy z tęsknoty za nimi zawodzę I czuję rosnące wśród suchych łez powodzi Marzenie więdnącej duszy
Najciszej
Jesteś bielą wśród czerni I czernią pośród bieli A ja własnym myślom niewierna Oddaję ci ich wciąż zbyt wiele Wiesz, gdy wieczorem się kładę Na zimnej jak czas poduszce Wciąż miejsce ci obok zostawiam By poczuć, jak bardzo jest puste I nigdy, nigdy nie płaczę I mówię, że nigdy nie tęsknię Powtarzam, że nie mam za czym Ot, raz na oddech, nie więcej
Niezrozumienie
-Smutne dziecko współczesności
Kolejny sługo świata
Jakich bogów w sercu gościsz
Czym dziury w sercu łatasz?
-Ach, mój drogi przyjacielu
Trosko i wyższości
Choć służyłam bogom wielu
Żadnego nie chcę gościć
-Wierzysz w życia swego pana?
-Tak, wciąż wierzę w siebie
Pocieszeniem sobiem sama
Mocą oraz chlebem
-Czy wyznajesz boskie słowa?
-Są mi drogowskazem
Jednak jestem ja gotowa
By na inne zważyć
Pośród lotnych marzeń serca
Wiernam ja wolności
I niewiele pragnę więcej
Niż ją w duszy gościć
-Smutny kwiecie mój nieczysty
Burzo podczas lata
Twoje wojny i twe myśli
Nie dla mego świata
Wieczór w mieście
Wraz z wieczorem w mieście blady mrok nastaje
Pomiędzy blokami parę drzew zmęczonych
Sztuczność światła lamp osłania gałęziami
Tworząc pod stopami cienie pokrzywione
Od brudnego nieba księżyc schorowany
Ledwie utrzymuje nań słabe oblicze
Jak obraz co już dawno odpaść miał od ściany
Ale wciąż ma siłę by choć na pomoc liczyć
Gwiazdy już ekranom miejsca ustąpiły
Tylko kilka z nich wciąż jeszcze świeci trochę
Szuka ich wytrwale ten nowo przybyły
Co dzikie i wolne niebo niegdyś kochał
To on właśnie stojąc na szarym chodniku
Powiedział cicho by dodać mi odwagi
Że choć wieczór w mieście nie kryje ich przed nikim
Też na jego smutki nie zwraca nikt uwagi
Odrodzenie
A oto gdzie mieszkały niegdyś moje myśli
Tam za zbutwiałym ogrodzeniem
Nie pożegna ich żadne tęskne westchnienie
Przebrzydły budynek gnijący wśród kup liści
Jak dobrze mi patrzeć jak wali się i kruszy
Ostatnią rzeczą słyszaną przez ściany
Gdy z życia przeze mnie były obdzierane
Była agonia mej zakurzonej duszy
Tak to ja własnymi rękami
Szafom wydzierałam serca
Tak to ja morderca
Krzesła i stoły otuliłam płomieniami
Wyrwałam lampę z sufitu
I cisnęłam żarówkami o ziemię
By je zdeptać stopami bosymi
Krew brud szkło i spalenizna wśród krzyku
W kominku chciałam dziury wiercić
Lecz nie znalazłam tam uczuć płomienia
A pleśń grzyb i znaki oziębienia
Choć wiem iż gniew daleki jest śmierci
Spójrz tylko na szczątki myśli starych
Czego nie zniszczyłam zostało wyrzucone
I niebo rozbłysło przez wiatr podburzone
I dumne dźwięki bębnów rozgrzmiały
Oto w ten późny dzień grudniowy
Gdy jestem już świadoma rzeczy co się dzieje
Po raz pierwszy w życiu prawdziwą mam nadzieję
Iż nadchodzący rok naprawdę będzie nowy
Nowina
Gdy z gniazda wypada pisklę
Któż da mu w przeżycie wiarę
A jednak gdy ziemi już bliskie
Odkryło iż skrzydeł ma parę
Ja marzę lecz nigdy głośno
Gdyż jeszcze nie jestem gotowa
Na próbę walki z marnością
Jaką mówione są słowa
Kohelecie nauczycielu
Pozwoliłeś mi żyć bez wzniosłości
I dni przetrwałam tak wiele
Więdnącej nie goniąc radości
A jednak się nie myliły
Moje nieśmiałe nadzieje
I zapowiedzią są siły
Co kiedyś zaistnieje
A chociaż nie będzie łatwo
Gdzie jestem łatwo nie jest
To krzyczę "widziałam światło
W oddali światło istnieje"
Wspomnienie
Wiesz, dni nie mijają powoli
Tylko wieczory są wieczne
Tak trochę wbrew mojej woli
To chyba nie jest konieczne
Nad Twoim ramieniem widziałam
Początki wiosennych liści
Teraz je Jesień zabrała
Pozostawiając mi myśli
Może mnie zrozumiałeś
Kiedyś tak właśnie myślałam
Tak łatwo mi pokazałeś
To na czym wzrosła ma wiara
Wracam do Ciebie myślami
To trochę smutne uczucie
Tysiące dróg między nami
A ja nie mogę wciąż uciec
Ale łzy wyschną do rana
Te smutku i te ze złości
Z resztą dam radę sama
Ponownie cisza zagości
I spytam jeszcze raz
Kiedy minęło to wszystko?
Nasz wspólny wątły czas
Dlaczego, dlaczego tak szybko?