u never know

if i look back, i am lost
NASA
Show & Tell
let's talk about Bridgerton tea, my ask is open
Color Me Curious
No title available
𓃗
KIROKAZE
No title available

No title available
No title available
EXPECTATIONS

gracie abrams

roma★
RMH
Noah Kahan
Cookie Run:Kingdom Official!
Cosmic Funnies
🩵 avery cochrane 🩵
Monterey Bay Aquarium
seen from United States

seen from Peru

seen from T1

seen from Germany
seen from Germany
seen from Colombia
seen from United States
seen from Kosovo

seen from United States

seen from Türkiye
seen from Serbia
seen from Indonesia
seen from Netherlands

seen from Germany
seen from United States

seen from Vietnam
seen from Philippines

seen from Argentina

seen from Türkiye

seen from Malaysia
@zbytfajna
u never know
Równouprawnienie vol 2
Nic, czyli co?
– Kiedy mówicie, że nie macie nic w lodówce, to co macie? – Zapytała Martyna. – No jajka, ser żółty, jakieś zwiędłe warzywa, dżem, ketchup, majonez, ale to wiadomo, mam zawsze – odpowiedziałam – różnie, czasami resztkę wędliny, albo obiad z wczoraj. – Kabanosy, zawsze jakieś sery, mrożoną pizzę, mrożone warzywa i dania na patelnie, mleko, kilka pootwieranych słoiczków z oliwkami, pomidorami suszonymi, ogórkami – wyliczała Jolka. – To wyobraźcie sobie, że jak pierwszy raz przyszłam do Daniela, powiedział mi, że może zamówimy coś na telefon, bo nie ma nic w lodówce. Myślę sobie – dobra kucharka zrobi coś z niczego, więc mówię mu – nie będzie takiej potrzeby. Otwieram lodówkę a tam whisky i ze 20 puszek coli. – Martyna zrobiła wielkie oczy.
Siedziałyśmy na dużych, indyjskich poduchach w salonie Jolki. Na podłodze leżały talerzyki pełne przekąsek – warzywa, kilka rodzajów serów, koreczki, melon z prosciutto, caprese. Jolka przywiązywała dużą wagę do detali, więc każdy talerz był pięknie ozdobiony. Na dużym telewizorze w drugiej części salonu leciał koncert Alicii Keys, rolety były zasłonięte, a światło rzucało – oprócz telewizora – pięć małych lampek i kilka świec.
– Ej, coś w tym jest – parsknęłam gryząc seler naciowy – Wiktor miał w lodówce tylko Finlandię, Jacka Danielsa i słoiczek przeterminowanych papryczek jalapeño. Czasami zastanawiałam się, czy on w ogóle tam mieszka. Pominę, że poza lodówką ja mam szafki pełne makaronów, przypraw, gotowych sosów na wszelki wypadek, mąki, muesli i innych takich. A kiedy piekłam mu pizzę i zapytałam w sklepie „mąkę pewnie masz?”, popatrzył na mnie jakby pierwszy raz w życiu usłyszał słowo mąka. – Tylko kto tu mąci, dziewczęta – Martyna wzięła łyk wina i uniosła wskazujący palec ku niebu – oni powiedzieli, że nie mają N I C i nie mieli nic. My, kiedy mówimy, że nie mamy nic w lodówce, śmiało możemy ugotować jakieś danie i przeżyć na tym co jest kilka ładnych dni. – To prawda – przyznała Jolka – to my upraszczamy zdanie do „nie mam nic w lodówce”, zamiast powiedzieć „nie mam w lodówce niczego, na co miałabym dzisiaj ochotę. Muszę iść na zakupy”. – Albo „kończą mi się jajka. Muszę iść do sklepu”, nigdy tak jeszcze nie powiedziałam. Zawsze mówię, że nie mam nic w lodówce – Martyna przyznała jej rację. – Może dlatego, jeśli powiemy facetowi, że wcale nie mamy focha i nie chodzi nam o nic, on zamiast dopytywać, idzie na mecz do kolegi – poczułam się, jakbym odkryła Amerykę. – Ich nic oznacza nic. Nasze nic oznacza kilka małych rzeczy – Martyna pokiwała głową i uniosła kieliszek z winem na gest toastu.
Kiedy powiedzieć dość?
Być może będę myśleć, że nie wykorzystałam szansy, że nie zawalczyłam do końca. Tylko co to znaczy walczyć do końca? Kiedy należy powiedzieć sobie dość?
Ponoć jeśli kogoś kochasz, powinieneś puścić go wolno. Jeśli wróci, to jest twój. Podejrzana dla mnie ta teoria, po pierwsze dlatego, że namawia do odpuszczania, poddawania się, skrywania uczuć. Po drugie – co, jeśli oboje daliście sobie wolność i będziecie czekać w nieskończoność? Do kogo należy pierwszy krok? Czekać, czy nie czekać – co jest dowodem prawdziwej miłości? Walka, czy odpuszczanie?
Wierzę w te ckliwe historie z filmów, w których po 30 latach wpadasz na dawną miłość i dowiadujesz się, że on też tęsknił, jemu też zależało, ale myślał, że tobie nie. Przecież nie będę się narzucał, zabierał przestrzeni osobistej. Zmarnuję sobie życie. Zmarnuję je tęskniąc do ukochanej, bo nie mam odwagi rozmawiać o uczuciach.
Boję się, że za 30 lat staniesz w moich drzwiach i powiesz, że mnie kochałeś. Chyba zrzucę cię wtedy ze schodów. Mimo to, odpuściłam. Zawsze odpuszczam.
Pokonałam wiele kilometrów w twoim kierunku, nie zrobię ani kroku więcej. Ślepa uliczka, dotarłam do celu.
Pożądanie, miłość i niemiłość
– Panie Tomaszu, widzi pan tego mężczyznę w granatowej marynarce? On chciałby, żebym została jego żoną.
Kamil stał za przezroczystą ścianą mojego gabinetu. W ręku trzymał pięć fioletowych tulipanów i nerwowo przebierał nogami. Pan Tomasz podszedł bliżej i położył rękę na mojej talii. Przeszedł mnie dreszcz mocniejszy od elektrowstrząsów – a ty? – Zapytał.
A ja byłam rozdarta. Pomiędzy starą, nieszczęśliwą miłością, z której nie mogłam się pozbierać, dotykiem Pana Tomasza, a Kamilem który właśnie miał poinformować mnie o ekskluzywnym dwupokojowym mieszkaniu z cudownym tarasem, które dla nas wynajął. Prezent z okazji półrocznicy. Czułam się jak dziecko, które dostało najdroższe zabawki z katalogu świętego Mikołaja, a jedyne o czym marzy to odzyskać swojego poszarpanego pluszaka, którego matka wyrzuciła podczas sprzątania strychu. Nie zastąpi go mówiąca lalka w różowej sukience i reagujący na ruch robot z Rivers Riders.
– Co ja mam… co ja powinnam teraz zrobić? – Hania spojrzała na pana Tomasza przestraszonym wzrokiem. Marzyła o tym, by zerwał z niej ołówkową spódnicę. Nie chciała myśleć o miłości, trosce i wspólnym życiu. Przecież to jakieś brednie. – Ja powiedziałbym tak. – Droczył się ze mną, podpierając wskazującym palcem mój podbródek. Puścił do mnie oczko i opuścił dłoń. – Do widzenia panie Tomaszu.
Hania wyszła z gabinetu i rzuciła się w ramiona Kamila. Kiedy się denerwował, drgała mu dolna warga, ledwo widoczna zza zarostu. Objął ją i pocałował w policzek, kiedy ona obróciła głowę w stronę gabinetu. Pan Tomasz stał oparty o moje biurko, z założonymi rękami i wzrokiem wbitym w nas.
Przez sen
– Pani Haniu, jak zdrowie? – Podbiega i staje kilkanaście centymetrów ode mnie. Muszę unieść wysoko głowę, by spojrzeć mu w oczy. – A dziękuje panie Tomaszu, znacznie lepiej. – Dobrze pani wygląda. Dłoń Tomasza obejmuje mnie w talii i pełnym finezji ruchem gładzi bok do kręgosłupa i z powrotem. Jej ciało przechodzi dreszcz, a pan Tomasz uśmiecha się i odchodzi w głąb korytarza, rozciągając pole magnetyczne, które zdaje się oddziaływać ze wzmożoną siłą. Stoję owijając rąbek spódnicy o wskazujący palec i staram się otrząsnąć z pełnego dezorientacji podniecenia, gdy pan Tomasz zawraca. – Pani Hanno, proszę pamiętać jutro o tych dokumentach przetargowych, to bardzo ważne. – Patrzy na nią z góry, z poważna miną i kokieteryjnym spojrzeniem. Zawrócił, bo chciał zobaczyć jak zastygła w jego dotyku. Z dokumentami nie miało to żadnego związku, przecież Hania zawsze dotrzymuje terminów. – Komplet dokumentów będzie rano na pańskim biurku – powiedziałam udając, że nie czuję napięcia, które między nami rośnie, gdy on znów staje zbyt blisko. – Dziękuję, Haneczko – posyła uśmiech i odchodzi. Czekam, aż pogłaszcze mnie na do widzenia, ale tego nie robi. Pogłaskał mnie zwrotem Haneczko i nie dał już niczego więcej. Ukrywam rozczarowanie tak, jak ukryłam dreszcz uderzający moje podbrzusze niespełna dwie minuty temu.
Pan Tomasz ma niewiele ponad czterdzieści lat. Swoim ubiorem zdaje się pozować na trzydziestolatka, choć zachowaniem bliżej mu pięćdziesiątki. Krążą plotki, że zastępcą dyrektora była niegdyś jego żona, jednak ani po żonie, ani po tym stanowisku, nie ma w firmie śladu. Jest w jego brzydocie coś, co mnie pociąga. W jego smukłym, prawie dwumetrowym ciele, zielonych jak szmaragd oczach, lwiej zmarszczce i kręconych, kasztanowych włosach. W delikatności, z jaka wycofuje dłoń w zakazanym dotyku. Czwartą noc śni mi się w objęciach moich nóg, a jego dłoń jakby rozszyfrowała moje sny. Czyżby przeczytał w moich myślach? A może erotyczne sny zawsze śnią się dwóm stronom równocześnie, ale nikt jeszcze nie miał odwagi się do tego przyznać?
Kocha się na zawsze
Zakazać wspomnień o dawnej miłości to przemoc gorsza od fizycznej. Kiedy musisz udawać, że nigdy nie kochałaś, że nigdy ci na nikim nie zależało, że życie przed nim było wielką pustką pozbawioną wschodów słońca, zapachu liści spadających na aleję wzdłuż rzeki, śniegu w Wigilię, ciepłych rękawiczek, śmiechu i łez.
Boję się wchodzić w nowy związek. Boję się, że będę musiała udawać, że ciebie nigdy nie było, Wiktorze. Że nie było między nami miłych chwil i szczerego uczucia.
Hanka miła wtedy 16 lat, Piotr 25. Nigdy wcześniej nie miała chłopaka, nie była na randce, nikt jej nie pocałował ani nie poprosił do tańca na szkolnej dyskotece. Nie brała ślubu na koloniach, nie dostała żadnej walentynki i anonimowego listu miłosnego, nikt nawet nie ciągnął jej za warkoczyk. Piotr był jej pierwszą miłością, ona jego – niestety – nie.
Nie rozumiałam dlaczego miał w ramce zdjęcie z Kingą, jej listy w szufladzie, poduszkę w kształcie serca, maskotkę, SMSy i 9 cyfr w pamięci własnej i telefonu. Zżerała mnie zazdrość, nienawidziłam Kingi, choć jej zupełnie nie znałam. Zrobiłam awanturę, gdy pożyczył od niej płytę Pink Floyd i skasowałam z komputera ich wspólne zdjęcia. Nie mieściło mi się w głowie, jak może mnie kochać, nie wyrzucając jej ze swojego życia; po co mu te wszystkie pamiątki, dlaczego się z nią kontaktuje? Nie wiedziałam, czy zabić ją, jego czy siebie.
Hanka zniszczyła ten związek chorobliwą zazdrością. Nie uwierzyła w tę miłość, nie dała Piotrowi szansy na kochanie jej aż po grób. Dzisiaj to mój numer telefonu ma w zakamarkach pamięci, to do mnie pisze SMSy kiedy w radiu leci Placebo, albo gdy spojrzy na zegarek o 22:22. Lata mijają a nasza miłość stała się jak ta do ulubionej cioci i wujka, nie ciągnie nas do siebie fizycznie, ale psychicznie jest między nami nierozerwalna więź, która trwa tylko dzięki temu, że kiedyś łączyła nas szczera, prawdziwa, ogromna i romantyczna miłość. A Kinga jest cudowną i przepiękną kobietą, która tak samo jak ja, dzwoni do Piotra aby życzyć jemu i jego żonie zdrowia i radości.
Ja nie chcę nie pamiętać. Nie chcę aby mi zabierano i nie chcę zabierać nikomu prawa do wspomnień, to okrutne jak cios nożem w plecy. Nie chcę nie ufać, nie chcę by mi nie ufano.
Kochałam cię Wiktorze i boję się, że jeśli będę kiedyś szła ulicą z Nowym Nim, nie będę mogła cię objąć i pochwalić diamencikiem na serdecznym palcu. Nie będę mogła spojrzeć w twoje oczy i życzyć ci zdrowia i radości na nowej drodze życia. Boję się, że nie będę mogła życzyć ci wesołych świąt.
Boję się przyszłości.
To mężczyźni stworzyli friendzone
Kiedy zaczynamy się z kimś spotykać, zastanawiamy się czy spotkania mają prowadzić do czegoś więcej; czy spacer był randką; jakie druga strona ma wobec nas zamiary i wreszcie, czy my sami chcemy czegoś więcej?
Kobiety potrafią wykazać inicjatywę, ale robią to do pewnego momentu. Chcą pokazać, że można się o nie postarać, że znajdą czas i chęci na spotkanie, ale to, co wydarzy się dalej, jest w rękach mężczyzny. Niezależne, silne, przywódcze, wyemancypowane – gówno prawda. Większość kobiet marzy o tym, by to mężczyzna wykonał pierwszy krok, by to on zawalczył.
Nie jesteśmy skomplikowane. To, czego oczekujemy to szacunek, inicjatywa i wzruszenie. Chcemy, aby mężczyzna zaproponował miejsce i godzinę spotkania i był tam tylko dla nas, dał nam poczucie bezpieczeństwa. Nie oszukujmy się, obie strony myślą o seksie, myślą czy i kiedy powinno to nastąpić, zastanawiają się jak miałoby to wyglądać, do czego mogłoby prowadzić. Kalkulujemy w głowie, kiedy zwykłe spotkanie staje się randką, kiedy randki przeobrażają się w głębszą relacje między dwojgiem ludzi, co sprawia, że jesteśmy parą?
W randkowaniu ważne jest zachowanie pewnego tempa, rytmu spotkań, rozwoju. To trochę jak z dystansem osobistym – jedni czują się komfortowo obok znajomych w odległości 45 cm, a inni 120 cm. Przestrzeń osobista jest sferą bardzo indywidualną, ale da się ją zamknąć w pewne ramy. Podobnie jest ze skracaniem dystansu na spotkaniach. Jeśli, powiedzmy, na trzeciej randce mężczyzna nie pocałuje kobiety, będzie to głębokim skokiem we friendzone. Właśnie przestała czuć się atrakcyjna, nie czuje z drugiej strony zainteresowania, nie widzi inicjatywy. Właśnie zyskała nowego kolegę. Następnym razem zacznie opowiadać o tym, że rozdwajają jej się końcówki i że musi iść do kosmetyczki, bo ma okropne paznokcie. Dystans wydłuża się do 120cm i więcej.
Krótko mówiąc, jeśli była zainteresowana, a już nie jest – wina leży po jego stronie. To, że dziewczyny zaczęły nosić spodnie nie oznacza, że chcą chodzić na polowania.
Ona może ramiona odsłonić, ale on ma silnymi ramionami osłonić ją przed złym światem.
Deszcz
Wyczekiwałam cię jak deszczu w spowitym upałami mieście. Wyczekiwałam cię jak kropli, która zmyje ze mnie kurz.
Siedziałyśmy w ogródku modnego hipsterskiego baru, otoczonego ścianami kamienic. Nad stolikami wisiały palące się we wszystkich kolorach tęczy neony, w tle leciała cicha muzyczka z bitem.
Błysk. Jeden, dwa trzy, cztery, pięć, sześc, siedem. Grzmot.
Burza jest siedem kilometrów stąd. Pora spadać.
Pożegnałyśmy się i rozeszłyśmy do domu. Po burzy nie było śladu. Uciekłam przed czymś, czego oczekiwałam i… nie nadeszło.
Jesteś jak grzmot, wypełniasz mi myśli hałaśliwym hukiem, przedostajesz się w najgłębsze zakamarki mózgu. Jesteś jak błysk, oślepiasz mnie swoją aurą, tracę z pola widzenia szary horyzont, widzę tylko ciebie i tylko ciebie chcę widzieć. Uciekam. Chowam się pod kołdrę, choć marzę o tym, by tańczyć w kroplach deszczu, by zmyły ze mnie kurz, w spowitym upałami mieście. Uciekam, nie gonisz mnie.
Czekam, aż deszcz zmyje ze mnie wstyd i upokorzenie. Aż burza zagłuszy moją nieśmiałość i rozjaśni twoją twarz tak, bym zauważyła jakiekolwiek emocje, które powiedzą mi, w którą stronę mam iść.
Bądź moim deszczem, a tym razem nie ucieknę.
Dawać się ranić z paraliżującej tęsknoty – polecam 2/10
– Ten kretyn w czerwonej czapeczce to ja. – Telefon zawibrował w rytm bicia serca.
Tak, jakbym nie pamiętała, jak wyglądasz – pomyślała. A jednak nie pamiętałam.
Założyła na siebie najbrzydsze ubrania – czarne rurki, t-shirt z wizerunkiem Betty Boop i Air Maxy – żeby nie myślał, że się dla niego stroję; pod spód koronkowy, pudrowo różowy biustonosz i seksowne majteczki podkreślające jej super zgrabny tyłek – na wszelki wypadek.
Stał do mnie tyłem. Przez chwilę myślałam, że czas się zatrzymał; korzystając z okazji chciałam odwrócić się i uciec z powrotem do mieszkania, ale skoro powiedziałam A, muszę powiedzieć B.
Kurwa mać jak ty pachniesz.
Przepadłam. Wpadłam jak w toń lodowatą, bezkres wzburzonego oceanu, serce biło zbyt szybko, motyle w brzuchu trzepotały zbyt mocno.
Gdybym była twoją żoną, byłabym równocześnie najbardziej i najmniej szczęśliwą kobietą na świecie. Jesteś jak amfetamina, wypełniasz nozdrza dając mi 200% mocy, by następnego dnia zostawić mnie na okrutnym zjeździe. Dajesz mi radość i sińce pod oczami. Euforię i rozpacz, śmiech i łzy, przyciągasz mnie i odpychasz.
Będę wchodzić do tej rzeki, choć paraliżuje zimnem me stopy i zabiera zdolność poruszania się. Może i mam poukładane życie, otacza mnie porządek i harmonia, potrafię wszystko załatwić i dostaję to, o co się staram. Ale kiedy pojawiasz się się ty, zachowuję się jak wypełniona sianem kukła, chcę powiedzieć to, co leży mi na sercu a zamiast tego tańczymy rock’n’rolla w twoim salonie, szukając wśród książek miejsca na obroty. Nagradzam cię za wszystko, co robisz źle. Jestem idiotką i najgorsze jest to, że pretensje mogę mieć tylko do siebie. Jestem jak psycholog z depresją, uzależniony od środków przeciwbólowych lekarz, strażak ginący od płomienia zapalniczki.
Niewiele rozumiem
Możliwości
Odpychająca
7:50. Budzi mnie smród palonego przez sąsiada papierosa. Najpierw wypełnia mi nozdrza, po chwili osiada na moich włosach, pościeli i firankach. Nie mija 15 minut, a fala nowego skręta z siana i słomy rozmywa się w atmosferze mojego pokoju. Mieszkam w dyskotece. W sali dla palących. Pod palcami zamiast satynowej pościeli zaczynam czuć lepki, okrągły odcisk szklanki. Nie zdziwiłabym się, gdyby prawa dłoń, wycelowana kiepem w moje okno miała tkwić tam cały dzień, zaś lewa wierciła w sekundowych odstępach czasu dziury w betonie i mojej głowie. Mimo wszystko, dobrze być w domu. Najchętniej bym go dziś nie opuszczała, choć powinnam była w nim zostać wczorajszego wieczora. Idziemy wszystkie razem potańczyć - rzuciły hasło koleżanki z pracy. Cóż. To idziemy. Zawsze zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak skoro inne, niektóre nawet bardzo, bardzo brzydkie dziewczyny mają w klubach wzięcie, a ja nie za bardzo. Cieszy mnie święty spokój i nienawidzę pijackiego oddechu obcego, wieszającego się na mnie kolesia, więc nie narzekam. Ale jedno jest pewne - twarzą nie odstraszam, ruchami raczej też nie. Co jest ze mną nie tak? Ruda, krótkowłosa Kama przyprowadziła ze sobą kumpla - przeciętnego wzrostu, krótko ostrzyżony dwudziestoparolatek w szarej bluzie, w skrócie - powietrze lub jeszcze jedna ściana w pomieszczeniu. Tańczę niby w kółku, niby na uboczu, trochę sama a jednak zaczepiana puszczaniem oczek przez koleżanki. Otwieram oczy i zauważam jak Kama rozkłada ręce na znak bezradności. Prawdopodobnie Ściana bezskutecznie próbował zaprosić mnie do tańca. Ktoś tam obok mnie tańczył, nie wiedziałam, że był to Ściana i jego przećwiczony przed imprezą ruch godowy. Miałam nadzieję, że to w końcu jakiś podmuch wiatru w dusznym i zatłoczonym klubie. Na zewnątrz zaczepia nas grupka facetów w obciachowych koszulach w kratę, z jeszcze bardziej obciachowymi twarzami i najbardziej obciachowymi tekstami wieczoru. Koleżanki uśmiechają się i droczą, kiedy wyrywa mnie z zamyślenia głos: - Ona nam nie powie gdzie się wybierają. - Słucham? - Wywracam oczami. - Jesteś z tych wrednych dziewczyn. Stoisz i robisz miny. - Aha. - Wywracam oczami. Nagle dociera do mnie, jak bardzo gardzę każdym mężczyzną w odległości 4 kilometrów ode mnie. Uświadamiam sobie, że oni wszyscy o tym wiedzą. Marzył mi się powrót do domu, marzyło mi się, aby ktoś w tym domu na mnie czekał, chwycił mnie w ramiona i powiedział, że nie jestem wredna, lecz przepełniona słodyczą i kobiecym wdziękiem. Że nikt, tylko ja tak uroczo i że delikatnie, tu i teraz, najmocniej, miło. Obejmuję z czułością kubek porannej zielonej herbaty, otulona miękkim szlafrokiem, całowana przez spokojne dźwięki muzyki. Nie potrzebuję niemiłych słów, nieodpowiednich ludzi, złych opinii.
Sex z litości?
- Dziewczyny, przespałyście się kiedyś z jakimś facetem z litości? Wspólny shopping stał się dla nich comiesięcznym rytuałem. Zawsze w okolicach wypłaty, kiedy to żadna sukienka nie wydaje się zbyt droga, Jolka, Martyna i Hanka spędzały w galerii handlowej kilka godzin. - Hm... - Hanka zawiesiła wzrok w wirującym pod sufitem, dużym wiatraku na co najmniej 30 sekund - a co dokładnie masz na myśli mówiąc z litości? - No wiesz, nie chciałaś się przespać, ale się przespałaś, bo na przykład było ci go szkoda, albo obiecałaś, czy coś - Martyna szukała w naszych oczach aprobaty. - Ja przespałam się kiedyś z kolegą mojego młodszego kuzyna. Stare dzieje, bardzo za mną biegał, a ja gówniarza olewałam, ale jak dowiedziałam się, że jest prawiczkiem pomyślałam, że dam mu najlepszy prezent pod Słońcem. Myślę, że dzięki mnie jakaś kobieta będzie miała baaaaaardzo udane życie seksualne - Jolka była dumna jak paw. - Słuchajcie, mam takiego kolegę z Zakopanego. Kiedyś u niego byłam kilka dni, wydawało mi się, że złapaliśmy dobry kontakt. Krótko przed tym, jak zaczęłam umawiać się z Dawidem, przyjechał do mnie; tłukł się 7 godzin, bo był jakiś wypadek na drodze, później jeszcze zerwał u mnie w salonie karnisz, bo nadepnął na zasłonkę, a podczas kolacji zadławił się i z braku oddechu aż pociekły mu po policzku łzy. Było mi go tak szkoda, bo wiecie jak to facet - chciał wypaść przede mną jak prawdziwy macho... Do tego jeszcze - Martyna zarumieniła się na twarzy, ewidentnie nie chcąc kontynuowac historii. - Co?! Mów! - Szukałam pikantnych szczegułów. - Do tego chciał mnie pocałować, a ja się tego nie spodziewałam i akurat odwróciłam głowę, a on pocałował... - Martyna schowała twarz w dłoniach - pocałował mnie w ucho. Cała ta jego wizyta była tak żenująca, że wieczorem zaciągnęłam go do łóżka, po czym powiedziałam, że muszę jutro pilnie wyjechac z miasta. - A było chociaż fajnie? - Jolka posłała nam tajemniczy uśmiech. - Było okropnie... - Martyna znów ukryła twarz w dłoniach - było okropnie, a mimo to zrobiliśmy to jeszcze nad ranem. Dziewczyny, było mi go tak szkoda, że czułam że muszę! Po prostu muszę pójść z nim do łóżka, żeby wracając w te swoje góry, jechał jak zdobywca, macho, wielki pan małej kobietki. Zrobiłam to z litości, a teraz on do mnie pisze, wydzwania, wysyła mi swoje zdjęcia jak stoi przed lustrem w łazience i się pręży, a ja jestem z Dawidem, zresztą nawet gdybym z nim nie była, to Góral jest ostatnim facetem, którego chciałabym jeszcze kiedykolwiek dotknąć. - Trudno, takie rzeczy się zdarzają, Marti. Zmień numer, albo zablokuj go na Facebooku. - Hania starała się jak mogła. - Albo wyślij mu seksowne zdjęcie, a później przepadnij jak kamień w wodzie. Należy mu się, pomyśl, że przynajmniej spaliłaś dzięki niemu trochę kalorii. - Jolka puściła nam oczko i ruchem głowy dała znak, że pora na mierzenie szpilek.
Najprościej rzecz ujmując
Zobacz, to jest moje dziecko
Ze spełnianiem marzeń jest trochę jak z pokazywaniem swojego dziecka. Generalnie wszyscy się cieszą, ale mają to trochę w dupie. Fajnie, że się rozwijasz, fajnie, że coś robisz, oby ci się wiodło, powodzenia -> bardzo ładny szkrab, no no niech rośnie zdrów, podobny do mamusi, ale szybko rośnie. A później każdy wraca do swoich obowiązków i nie myśli o twoich marzeniach, nie myśli o twoim dziecku. I nie ma w tym niczego złego. Miło, jeśli ktokolwiek chociaż przez pięć minut pochylił się nad czymś, co go nie dotyczy i powiedzmy sobie szczerze - nie obchodzi. Hanka wróciła od rodziców totalnie zmęczona. Zmęczona na tyle, że zapowiedziała, że następnym razem przyjedzie na Boże Narodzenie. Rodzice są najfajniejsi na odległość, kiedy za nimi tęsknisz i myślisz sobie, że masz najwspanialszych rodziców na świecie. A kiedy odbywasz z nimi kolejną rozmowę, w której cię totalnie nie rozumieją czujesz się, jakbyś znów miała 15 lat, masz ochotę założyć glany, przyczepić na agrafce do torebki naszywkę "każdy inny wszyscy równi", trzasnąć drzwiami i nigdy nie wrócić. Ale później wyjeżdżasz i myślisz, że są naprawdę fajni, jedyne co musisz zrobić to ograniczyć kontakt do rozmowy na zasadzie "u mnie dobrze, pogoda ładna". Moim dzieckiem są moje plany, moje starania, rzeczy nad którymi skrupulatnie pracuję. Chciałabym ubrać je w różowy płaszczyk i złote kolczyki. Chciałabym nadać im imię, kształtować je po swojemu, patrzeć jak z każdym dniem dojrzewają i nabierają własnego charakteru. Chciałabym, by każde spełnione marzenie dostawało 80 lajków na Facebooku i było podobne do mamy, chciałabym każdy sukces celebrować zdmuchnięciem świeczki z tortu i lampką owocowego Piccollo. Chciałabym, żeby ludzie zatrzymywali się i mówili "niuniuniu jak pięęęęęknie hihihi". Chciałabym, żeby rodzice byli ze mnie dumni. Tylko po co ktoś miałby zatrzymać się nad moim marzeniem i łechtać szczęście aż po zmrużenie oczu? Dlaczego tak bardzo potrzebuję aprobaty, komentarza "jestem z ciebie dumny"? Czy aby odpowiednio docenić własne starania, musimy za nie zostać pochwaleni?