Jeśli osiągnęłam w końcu jakiś sukces, to tylko dzięki ryzyku i nieustannemu hakowaniu własnego umysłu, cierpieniu, walce, licznym upokorzeniom i jeszcze liczniejszym chwilom uniesienia.
Ad rem, to moje pierwsze wprawki, intuicje, których nieudolność, a być może nawet kalectwo intelektualne, zmuszą mnie do dalszych poszukiwań i konceptualizacji. Niedojrzałość tych myśli, to fantazja o pełni. Z doświadczenia widzę, że tylko to mi pomaga w rozwoju. Nie chcę nikomu dowalić. Chcę wyzwolić siebie. Przegonić wyobraźnię. Przestać wytwarzać symulakry, za którymi cały czas biegnę. Chcę je w końcu złapać i połknąć jak hostię.
Książka o dekadentyzmie profesor Teresy Walas (z roku 1986) uderzyła mnie świeżością i aktualnością. Współczesny polski XXX nazwijmy to roboczo nurt postpoststrukuralistyczny (szczerze? nie wiem jak nazwać te kolaże stylistyczne krytyki literackiej) wydaje mi się wyczerpany. Brakuje mu głębi i odwagi intelektualnej; zbyt często opiera się na epigońskich powtórzeniach, które zamiast otwierać myślenie, raczej je domykają. Z wyjątkami.
Tam, gdzie teoria powinna przywracać wolność myśli, nierzadko ją neutralizuje, oferując prestiż i widzialność i stabilizację.
Od dekad niewiele się w tym polu wydarzyło dlatego te same nazwiska i pojęcia krążą w obiegu z uporem, który zaczyna przypominać inercję. Krytyka przyzwyczaiła się do status quo, funkcjonuje w warunkach komfortowych, a jej gesty oporu coraz częściej mają charakter rytualny, nie ryzykowny.
Ignoruje sporo artystów, którzy nie mają tytułów naukowych, dobrego marketingu czy kontaktów, być może sprytu. Być może nawet ustabilizowanej dykcji; rozwiniętych intuicji i topografii dyskursywnych; lecz ja szczerzę chcę wierzyć, że sprawne wnętrze, i bystre oko, i ucho, widzą i słyszą więcej. Formę i materię, które się jeszcze nie zrodziły. Drobne uchybienia stylu, które stukają na starych torach.
Kultura stała się częścią logiki widzialności i utowarowienia. Walczy o uwagę, o miejsce w obiegu, o symboliczną pozycję. Wytworzyła własną mitologię i etos „walki”, który w praktyce sprowadza się do funkcjonowania w zamkniętych bańkach dyskursywnych.
Nie jest to zarzut wobec konkretnych osób, lecz próba opisu pewnej struktury, bezosobowej, zewnętrznej siły, która porządkuje to pole.
Pole się powinno poszerzać, na polu jest przestrzeń.
Pójdź na spacer na pole, poczuj tę przestrzeń.
Pole to przestrzeń.
Słowo to śmierć,
lecz tam, gdzie fala ginie w mroku,
nie dotyka dna, nie rzuca uroku,
która wszystko w sobie skryje —
świat po ostatnie tchnienie żyje
Wyzbyłam się resentymentu, poczucia niższości, kapitalistycznych fantazji, nie skraplam cudzych emocji, nie rachuje znajomości, jeśli się ze mną nie zgadzasz, ok, peace, love and rave
a teraz posłuchaj muzyczki: (...)












