Coś mnie nagle tknęło i wstałam z ławki na przystanku, żeby pójść do żabojadyny. Jest jeszcze czas, może coś na ząb, bułka na ten przykład. Taka zwykła bułka. Jeść mi się bardzo chciało, a przede mną ważna rozmowa.
Idę do żabojadyny. Między przystankiem tramwajowym a powyższą zobaczyłam miejsce o nazwie Bar Pierożek.
Menu z pierogami wisi w miejscu, gdzie na pierwszy rzut oka go nie widać. A już szczególnie, kiedy zapatrują szkła okularów.
Pomyślałam: bar Pierożek bez pierogów? Trochę to dziwne. Ale ileż razy człowiek może się dziwić? Niewiele nas, mnie zdziwi.
Zamówiłam gołąbka bez mięsa.
Pyszny! Naprawdę palce lizać!
Tak mi narobił apetytu, że zamówiłam pierogi - tak, w końcu zobaczyłam menu, kiedy go jadłam.
Nikt mi nie płaci za reklamę.
Dziewczyna, która przyjmuje zamówienia, jest sympatyczna i dopytuje, co ma być na talerzu.
Gołąbek najlepszy. Pierogi nieco niedoprawione.
Wrócę tam, to wiem.












