Zapatrzyłam się w okno z niesmakiem kontemplując szarość poranka. Nie znoszę jesieni i zimy. Krajobraz za oknem z każdym dniem staje się coraz bardziej siny i szary. Wkrótce ostatnie liście trzymające się gałęzie ostatkiem sił, podzielą los braci i sióstr, i wylądują w czarnych worach. Te, które zapomniane pozostaną na ziemi, zalewane mżawką, chłostane zimnym wiatrem rozpoczną przykry kres wegetacji w gnijących kupkach. … Gardło zadławił mi strach i ból.
Jesień, czas umierania…. Od kilku lat żyję nadzieją, że tata jeszcze nie odejdzie. Ta myśl boli, bo choć nie jest idealnym ojcem, ale jest… Wraz z lekarzami walczę o każdy dzień jego życia, o oddech w okaleczonych rakiem płucach. Ja walczę, bo mama jest ponad to. Rasowy hipochondryk nie lubi się dzielić chorobami i zainteresowaniem otoczenia. Stale słyszę, że ojciec nie jest chory. To nic, że nie ma połowy płuca,że każdego dnia umiera po trochu…. . Boję się, bo wiedzę o tym, że rozwinął się kolejny nowotwór złośliwy w śródpiersiu, posiadam tylko ja i lekarz. To ja podjęłam decyzję o zatajeniu tego przed rodzicami. Zrobiłam to po długiej i rzeczowej rozmowie z lekarzem. Po zapoznaniu się z wynikiem badania, zapytałam o drugą operację. Czy ojciec ma szansę ją przeżyć, bo pierwszą zniósł źle. Usłyszałam, że można człowieka ciąć po kawałku, i można usunąć tego guza, ale… No właśnie, ale. Nie wiadomo czy się obudzi po narkozie, bo organizm jest słaby. Moim sprzymierzeńcem stał się fakt, że tacie nie chciało się iść do lekarza. Wysłał mnie po wyniki badań i na rozmowę . Wzięłam skierowanie na operację, bo , jak powiedział, musi je dać. Szłam do domu niosąc po pachą torbę z takim strachem, jakby w jej wnętrzu leżał odbezpieczony granat. Szłam i płakałam. W dupie miałam, że przyciągam ciekawskie spojrzenia. W dupie miałam, że staranny makijaż spływa razem ze łzami. W dupie miałam wtedy jeszcze ciepłe czerwcowe lato, śpiew ptaków, drżenie zielonych liści muskanych zefirkiem. Nie poszłam do taty, nie mogłam z zapuchniętymi oczami, czerwonym nosem i bólem w oczach. Zadzwoniłam i udając wesołość obiecałam, że wpadnę jutro. A badania? Wszystko w porządku. Przez całą noc biłam się z myślami. Rano ubłagałam lekarza o wsparcie i pomoc w realizacji szatańskiego planu. Nie zdziwiłam się, kiedy uznał mój pomysł na tatę za słuszny. To był i jest wspaniały lekarz, i mądry człowiek. Ot, taka osobliwość wśród lekarzy. Słuszne się wydawało, że tata dłużej pożyje bez operacji, niż po niej. Nowotwór w tym wieku bywa mniej agresywny, zatem jest nadzieja. Ważny był również czynnik stresu. Na pierwszą operację usunięcia guza namawiałam ojca ja i lekarze. Napociliśmy się zdrowo zanim udało się go przekonać do zabiegu. To co ? Teraz miałby się zdecydować ot tak sobie? Że jak niby? A w życiu!!! I co, miałby żyć ze świadomością, że każdy oddech może być tym ostatnim? Że nie żyje, ale czeka na śmierć? Miałabym patrzeć w jego oczy pociemniałe smutkiem i niepewnością? Taki los zgotować mu w ostatnich latach życia? Po rozmowie , odłożyłam telefon i zapaliłam w oczach radosne błyski. Musiałam. Szłam do taty, który ma zaledwie lekką astmę i będzie pod stałą kontrolą lekarza. Tak jak dotychczas. Ja oczywiście będę z nim jeździła jak dotąd. Błysk radości w oczach był lichy, jak pijak na kacu. Spięłam się w sobie. Kurwa !!! Muszę i dam radę. Wyć będę w czterech ścianach własnego mieszkania. Pustych, bo Karolina w Belgii kontynuuje studia, a Ania żyje własnym życiem. Tylko ja. Sama. Dam radę, bo jestem twarda jak żołnierskie buty. Karolinie nie powiedziałam, bo po cholerę. Nic nie pomoże. Ta wiedza nie sprawi, że będzie lepiej, łatwiej. Ani nie powiedziałam ze strachu. Ojciec ma nie wiedzieć, a córka pomimo moich próśb z całą pewnością podzieli się tą wiedzą z mężem i jego rodziną. Ci zaś mogą coś palnąć i szlag trafi intrygę. Przyszła jednak taka chwila, że musiałam powiedzieć jej prawdę zaklinając aby zostawiła ją dla siebie. Nie zostawiła.