Popatrzmy na fotografię towarzyszącą temu tekstowi. Widzicie ją? Myślę że tak… Nie muszę niczego sugerować, bo zobaczy ją na tej fotografii każdy, kto nie ma kłopotów z widzeniem. Ale to nie wszystko, bo jeśli ją widzicie, to praktycznie nie ma możliwości, aby przestać ją widzieć. Oczywiście nie mam tu na myśli tej przywiędłej róży, bo nie o kwiatek tu chodzi. Jestem mocno przekonany, że każdy od razu zobaczył czachę na tej fotografii. Prawda? No to jak to jest – jest tam to diabelstwo, czy go nie ma?
Dodam, że fotografia jest autentyczna i nie manipulowana. Różę sfotografowałTodd Terwilliger w ogrodzie koło paryskiej katedry Notre Dame.
To z czym teraz mamy do czynienia to pareidolia, czyli zjawisko psychiczne polegające na rozpoznawaniu sensownych wzorców w przypadkowych obrazach lub dźwiękach. Jest szczególnym przypadkiem apofenii – czyli bardziej ogólnego zjawiska psychicznego, polegającego na dostrzeganiu pozornych związków, w rzeczywistości nieistniejących.
Nazwa jest złożeniom dwóch greckich słów: "para" (παρά) oznaczającego w tym kontekście coś niewłaściwego, fałszywego, występującego "zamiast"; oraz słowa "eidōlon" (ε δωλον) oznaczającego kształt lub formę.
Zwykle odnosi się je do sfery naszych wrażeń wzrokowych, ale nierzadkim złudzeniem słuchowym tego typu bywa np. uporczywe wrażenie szeptów lub niezrozumiałej mowy, występujące w pobliżu cieknącej wody.
Klasycznym przykładem pareidolii są znane i lubiane zabawy w rozpoznawanie kształtów "ukrywających" się w chmurach, lub wróżby z wosku lanego na wodę. Zwykle przy tym ludzie mają pełną świadomość nierzeczywistego charakteru takich obrazów. Tym niemniej istotnym aspektem zjawiska są liczne "objawienia" o charakterze religijnym i parareligijnym. W kulturze chrześcijańskiej wielokrotnie odnotowywano obserwacje Matki Boskiej, Jezusa czy innych świętych postaci, "objawiających" się na skałach, drzewach itp. Wiele osób dopatrywało się też wizerunku diabła w smugach dymu unoszącego się z płonących wież World Trade Center. Szatana widziano w swoim czasie we włosach królowej Elżbiety II, na jej portrecie z kanadyjskich banknotów. Z kolei w kręgach kulturowych znajdujących się pod wpływem Islamu obserwowano nieraz obrazy przestawiające słowo "Allach" (wszak muzułmanom nie wolno tworzyć i powielać wizerunków). Kilka lat temu, w Singapurze, narośl na drzewie przybrała dla wiernych kształt Sun Wu-Konga – popularnego na Dalekim Wschodzie "małpiego boga".
Zjawisko to nie jest jednak, bynajmniej, ściśle związane z przekonaniami religijnymi. Czyż w dzieciństwie nie pokazywano nam ludzkiej twarzy na tarczy Księżyca, opowiadając przy tym stosowną bajkę? Podobne historie stworzyło wiele kultur na świecie. Skojarzenia tego rodzaju nieobce są również racjonalnie myślącym naukowcom, dla których kosmiczne mgławice mogą wyglądać jak Halloween'owe "wściekłe dynie" (goo.gl/7s9JTO), albo patrzeć na nas z głębin Wszechświata spokojnym "boskim okiem" (goo.gl/wTuQgx). Astronomowie dostrzegli też kształt meduzy w zarysie mgławicy HFG1 (goo.gl/A4sBD1), a na fotografiach wykonanych przez marsjańskiego łazika Curiosity zaobserwowano skały w kształcie… szczurów (goo.gl/D2voLf). Skoro już dotarliśmy do Marsa, to pamiętacie zapewne słynną "twarz z Marsa" (goo.gl/Ub4jyE)? Po ponownym sfotografowaniu tego marsjańskiego wzniesienia, z większą rozdzielczością i pod innym kątem, twarz zniknęła (goo.gl/2ObiyP). Fenomen ten może mieć tak silny wpływ na rozumowanie, że czasami jest bazą dla zupełnie kuriozalnych teorii spiskowych. Opracowany przez Hermana Rorschacha test plam atramentu, został z założenia zbudowany w oparciu o całkowicie przypadkowe kształty. Nie przeszkodziło to jednak niektórym osobom twierdzić, że celowo odtworzono w nim kształty... kobiecej waginy. No cóż – niektórzy już tak mają, że wszystko się im skojarzy… ツ
Czasami wizja może nawet sporo kosztować – no bo czy ktoś rozsądny dałby 8 tys. dolarów za kawałek przeterminowanego kurczaka w kształcie głowy amerykańskiego prezydenta (goo.gl/Nrp4ep)?
Można by mnożyć przykłady, lecz opisane sytuacje to różne przejawy tego samego zjawiska, które najbardziej jaskrawo manifestuje się nam w odniesieniu do ludzkich twarzy. Jednak, chociaż nie potrafimy go uniknąć, to wcale nie znaczy, że musi ono pozostawać jedynie w sferze ludzkich "przypadłości". Dla geniusza jakim był Leonardo da Vinci, świadomie wykorzystana pareidolia była narzędziem pracy twórczej.
Co powoduje, że z taką uporczywością pojawiają się w naszym umyśle te iluzoryczne wizje nieistniejących realnie obiektów? Racjonalnie analizując sytuację wiemy, że ich tam nie ma i nie może ich być – lecz wciąż je widzimy… Słynny Carl Sagan postawił kiedyś tezę, że owa łatwość dostrzegania twarzy w neutralnych elementach otoczenia, musi być trwale "zakodowana" w strukturze ludzkiego mózgu. Rozpoznawanie to miałoby zachodzić dzięki wyspecjalizowanym strukturom, wykonującym swoje funkcje szybko i poza naszą świadomością. Oczywiście istnienie ośrodka "wykrywania twarzy" powinno mieć dla ludzi, istot wybitnie społecznych, istotną wartość przystosowawczą – zatem dobór naturalny powinien utrwalać geny jednostek u których mechanizm ten działał lepiej.
Mózg wyewoluował i doskonalił się jako narząd do wychwytywania sensownych informacji z otaczającego nas informacyjnego szumu. Ponieważ jego możliwości są ograniczone, to układ nerwowy, zanim przekaże informacje do świadomego umysłu, najpierw je intensywnie filtruje – usuwając z nich niepotrzebne "śmieci". Strumień danych dopływający z narządów zmysłów, jest tak modulowany, aby zmniejszyła się ilość danych do przetworzenia przez kolejne struktury. W ten sposób poszczególne piętra układu nerwowego przetwarzają sukcesywnie coraz bardziej zwarty i skondensowany obraz świata. Ale bez złożonego mechanizmu rozpoznawania powiązań, system ten nie mógłby dobrze funkcjonować. Z nawały docierających bodźców musi na bieżąco odtworzyć konsekwentną i aktualną reprezentację świata. Dlatego jednym z bardzo ważnych ewolucyjnie przystosowań jest umiejętność szybkiego rozpoznawania kształtów i przypisywania ich do odpowiednich kategorii. Nasi przodkowie nie mieli czasu na wpatrywanie się w krzaki i deliberowanie, czy aby na pewno siedzi w nich lampart, albo na rozważania czy w rzecznym brodzie czai się krokodyl (goo.gl/Np8NBr). Bardziej opłaca się zmarnować trochę energii na ucieczkę przed wyimaginowanym zagrożeniem, niż zostać czyimś posiłkiem. Może to dlatego, o zmroku, drzewne potwory wyciągają swoje łapska po przerażone małe dzieci – ktore później rankiem z niedowierzaniem i ulgą oglądają zwykły przydomowy skwer. Dziecięcych lęków wprawdzie nie wyeliminujemy, ale możemy spróbować je zrozumieć…
Wrodzona zdolność wychwytywania prawidłowości, czyli wzorów, pozwala na ich szybkie i bezbłędne rozpoznawanie, bez angażowania bardziej czasochłonnych i analitycznych obwodów neuronalnych. Mózg naszych przodków musiał się nauczyć rozpoznawać obiekty otoczenia, potencjalnie będące np. dzikim kotem – i to niezależnie od tego, czy tego kota widział z bliska lub z daleka, od przodu czy od tyłu. Dzięki takiej ewolucyjnej presji, dzisiaj nasz mózg podobnie reaguje zarówno na żywego kota, jak i na jego rysunkowe schematyczne przedstawienie. Dzięki temu możemy też cieszyć się plakatem lub rysunkami. Szczegóły czy kolory obrazu są tu mało istotne, ważne aby właściwy "detektor" wykrył istnienie znanego schematu. W procesie ewolucji nabyliśmy wiele świetnie działających funkcji poznawczych, jednak nie obyło się to bez pewnych skutków ubocznych, dróg na skróty czy nawet ewidentnych "wpadek". Dlatego dzieci uczące się pisać mają początkowe poważne problemy z nauką podobnych do siebie liter. Litery takie jak W i M albo p, b i q aktywują pętle neuronalne stwierdzające ich podobieństwo. Zatem bez dodatkowego treningu mogą być one zupełnie nieodróżnialne od siebie. A skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać, znaczy przepisywać… Warto zrozumieć, że początkowo dzieci mogą tych różnic najzwyczajniej nie widzieć. Mózg nie toleruje bowiem niedomówień i niekonsekwencji w obrazie świata. A jeśli już występują, to musi sobie z nimi szybko poradzić. Teoria dysonansu poznawczego Leona Festingera mówi, że stając w obliczu niezgodnych elementów poznawczych, odczuwamy dyskomfort, stan nieprzyjemnego napięcia i musimy zmienić jeden z elementów tak, aby pasował do drugiego. Typowe reakcje działają wtedy jak najmniejszym kosztem. Trzeba zatem szybko odszukać w pamięci najbardziej zgodny stereotyp i wdrożyć go do interpretacji świata. Za pomocą takich pamięciowych "wskaźników" mózg upraszcza rzeczywistość i może się z nią łatwiej uporać. Pewna chińska przypowieść, przypisywana Lie Yukou, opowiada o człowieku który zgubił siekierę. Od tej pory syn jego sąsiada wyglądał dla niego jak złodziej – poruszał się jak złodziej, mówił jak złodziej i miał złodziejski wyraz twarzy. Ale kiedy siekiera wreszcie się odnalazła, syn sąsiadów znów wyglądał jak dawniej. A u nas wiadomo – kowal zawinił, a Cygana powiesili…
Sugestia Carla Sagana, przez długie lata pozostała w sferze teorii. Wieloletnie badania mózgu pozwoliły stopniowo ustalić, że wiele funkcji poznawczych, związanych z interpretacją otaczającego świata, ma swoją lokalizację w obszarze płatów skroniowych. Oprócz ośrodków służących do przetwarzania informacji o kształcie ciała i twarzy i wyrażanych przez nią emocji, w obszarze płatów skroniowych znajdują się również ośrodki odpowiadające za przetwarzanie informacji o barwach, rozpoznawanie i pamiętanie słów czy identyfikację obiektów leksykalnych wewnątrz kategorii. Tu mieści się nasze rozumienie mowy i muzyki.
Funkcjonalne neuroobrazowanie pracy mózgu, przeprowadzone w 2009 przy użyciu magnetoencefalografii (MEG), dało niezłe wskazówki co do lokalizacji mózgowego "detektora twarzy". Okazało się, że reakcja na pojawienie się twarzy albo wzoru który ją przypomina, jest szybka i aktywuje obszary tzw. zakrętu wrzecionowatego – leżącego w dolnej przyśrodkowej części płata skroniowego (37 pole Brodmanna), a związane m.in. z obróbką informacji wzrokowej dotyczącej klasyfikacji obiektów. Obecnie określa się tą część mózgowia skrótem FFA (ang. Fusiform Face Area). a do jego badania wdrożono bardziej zaawansowane obrazowanie tomograficzne takie jak PET (ang. positron emission tomography) czy fMRI (ang. functional magnetic resonance imaging).
Uszkodzenia zakrętu wrzecionowatego mogą być przyczyną tzw. "ślepoty twarzy", czyli prozopagnozji. Dysfunkcja ta polega na niemożności identyfikacji ludzkich twarzy, lub trudnościach w ich odróżnieniu od innych obiektów. Przeciętnemu człowiekowi trudno jest zrozumieć, że ktoś nie widzi różnicy np. pomiędzy głową a hydrantem. Osoby takie nie potrafią rozpoznać swoich bliskich lub znajomych, a nawet samych siebie. Mają problemy ze śledzeniem akcji filmów, bo trudniej im odróżniać aktorów. Ludzi rozpoznają po ich sposobie poruszania się, głosie, włosach albo ubraniu. Nierzadko "na wszelki wypadek" pozdrawiają napotkane osoby, aby uniknąć komplikacji społecznych. Za szczególny przypadek prozopagnozji można uznać niemożność odróżniania obiektów w otoczeniu, z zachowaniem umiejętności rozpoznawania twarzy. Tacy pacjenci nie potrafią np. odróżniać warzyw i owoców, czy obiektów żywych od nieożywionych. U osób autystycznych oglądających twarze aktywność nerwowa w partiach odpowiedzialnych za identyfikację emocji jest bardzo obniżona, lub niewykrywalna – możemy zatem mówić o "ślepocie emocji". Z kolei wzmożona aktywacja ośrodków w tej okolicy, np. na skutek zażywania niektórych narkotyków, może skutkować halucynacjami.
Zakręt wrzecionowaty lewej i prawej półkuli nie powielają swoich funkcji. O ile lewa strona zajmuje się wykrywaniem obiektów "twarzopodobnych", to zadaniem prawej jest ustalenie czy dany obiekt rzeczywiście jest realną twarzą. Obszar FFA również nie jest jednorodny. Z rożnych badań wynika, że używamy go nie tylko do wykrywania twarzy, ale również do rozpoznawania marek samochodów albo gatunków ptaków. Dokładniejsze analizy pozwoliły na postawienie hipotezy o jego bardziej dyskretnym podziale na podjednostki funkcjonalne, aktywujące się przy wykrywaniu i interpretacji szczegółów wyglądu twarzy (np. oczu). Część wyników wskazuje na to, że może istnieć wyspecjalizowany obszar wykrywający twarz tylko w jej prawidłowym ułożeniu, czyli z oczami u góry. To mogłoby tłumaczyć, dlaczego mamy zwykle kłopoty w interpretacji twarzy obróconych. Wreszcie tu prawdopodobnie jest zlokalizowany ośrodek wyczulony szczególnie nie tyle na twarze jako takie, ile na podobieństwa obrazów.
Widzenie to nie prosty odbiór informacji wizualnej, ale złożona dekompozycja i ponowna synteza odbieranego zmysłami świata. Wygląda na to, że świat który "zobaczył" nasz umysł został wcześniej skategoryzowany, poetykietowany i zindeksowany. A jeśli jeszcze będzie to obiekt w ruchu, to może się okazać że widzieliśmy nie tyle rzeczywisty obiekt, lecz jego symulację zbudowaną w oparciu o naszą pamięć i doświadczenia dotyczące jemu podobnych obiektów. Wszak powszechnie wiadomo, że krople wody i kamienie nie lecą do nieba...
Żyjemy na codzień w naszej własnej "rzeczywistości wirtualnej". Nie wiemy jeszcze dokładnie jak ona powstaje, ale znamy niektóre skutki uboczne działania tego naszego prywatnego symulatora świata. Jednym z nich jest właśnie ona. Prawda, że ładna? ツ
Ciekawe, czy uda się teraz komuś nie zobaczyć tej czachy?
Przypuszczam, że niewielu osobom i może tylko na chwilę…